22.10.2022, 02:56 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 22.10.2022, 04:34 przez Elliott Malfoy.)
Docinek Eden i samo jej spojrzenie, mimo że mogłoby zabijać o wiele skuteczniej niż nie jedno ostrze, sprawiły, ze poczuł przyjemne ciepło. Nikt nigdy nie powiedział, ze relacje w ich rodzinie były zdrowe, bo ktokolwiek o zdrowych zmysłach nawet by na taki pomysł nie wpadł. Większość życia spędzili na nienawidzeniu się, uprzykrzaniu go sobie i rywalizacji, ale udało im się dojść do kompromisu i teraz, wszystkie te, niegdyś irytujące i przepełniające pogardą spojrzenia, słówka i gesty wydawały się jak wyrwany kawałek sielankowego obrazu ubiegłych lat. Chociaż ani młodość, ani początki dorosłości tej dwójki niczego z sielanką nie miały wspólnego, ot, człowiek po prostu akceptuje i przeinacza w pozytywne, to co ma pod ręką. A Elliott za dużo nie miał, jeżeli o przyjemnych emocjach mówimy. Miał, i wciąż ma, pieniądze i cokolwiek, czego by tylko sobie nie zamarzył w sferze materialnej.
Zaśmiał się pod nosem, choć bardzo gorzko, jakby naśmiewał się z siebie akceptując każde, nawet lekkie nieprzyjemne słowo z wytchnieniem, jakby właśnie po to tutaj przyszedł, dokładnie tak, 'po guza'. Chociaż to wcale nie było prawdą. Potrzebował chwili, aby zebrać myśli.
Przymknął oczy i wziął oddech pozwalając klatce piersiowej unosić się i opadać miarowo. Czuł chłód ubrań i wbijająca się w kość miednicy różdżkę. Otworzył niebieskie oczy i skupił ich spojrzenie na stoickim wyrazie twarzy bliźniaczki. Szybko się opamiętał i nałożył filtr; zmiana w jego ekspresji wydała się nienaturalna, była bardzo skrupulatnie wyuczonym mechanizmem nie mającym nic wspólnego z ciepłem człowieczeństwa.
- Definitywnie, droga siostro. - nie wrócił już do rozbujanego alkoholem tonu głosu, lata wyrachowania sprawiły, że nawet w stanie podchmielenia zdawał się potrafić zapanować nad własnym językiem zaskakująco umiejętnie. Siostrzane podobieństwo do ojcowskich gestów wzbudziły w nim igiełki poirytowania, ale stłamsił je w zarodku. Nie przyznał jej racji na głos, ale skłamałby mówiąc, że nie był tu zastanawiać się nad sobą. Co więcej, przyszedł do niej, aby przyznać się do okropieństwa jakiego się dopuścił. Musiał wypowiedzieć kłębiące się, zatruwające umysł myśli na głos, stanąć z nimi twarzą w twarz, usłyszeć je i ukształtować. Zmaterializować wszystkie te emocje, jakie teraz skrywał pod zaledwie szczeniackim grymasem skrapianym gorzkością kropli bursztynowego trunku.
- Jeżeli chcesz przeprowadzać tę rozmowę jak parlamentarzyści to chyba już za długo nie było cię w Ministerstwie. Muszę cię zmartwić, ale niektóre obrady naszego drogiego parlamentu zajmują więcej niż dwanaście godzin, czyli conajmniej 15 minut. - nie omieszkał zwrócić jej uwagi na te małe niedociągnięcie, ale też nie wstał z zajmowanego na pikowanym meblu miejsca ignorując jej podszyte złośliwością gesty, ba. Nie pozostał dłużny rozsiadając się jeszcze wygodniej, choć wciąż wyprostowany, coby nie wyglądać jakby dopiero wytoczył się z londyńskiego rynsztoku.
Przełknął ślinę walcząc ze sobą, aby nie spuścić wzroku. Zacisnął zęby tak mocno, ze rysowało się to widocznie na mięśniach twarzy. Wsłuchał się w pare sekund ciszy, dając jej przepływać harmonijnie przez ostatnią swobodę niewiedzy.
- Simone nie żyje. - wypowiedział te słowa powoli, wyraźnie, nie wykrzywiając już ust, jego wyraz twarzy osiagnął ten sam poziom spokoju, co bliźniaczki, więc przypominali teraz odbicia naprawdę krzywego zwierciadła. Ona, z wilgotnymi, acz idealnie zaczesanymi włosami, w suchym szlafroku, on z poskręcanymi od kropel deszczu kosmykami i przyklejonymi do skóry warstwami ubrań - Zgon stwierdzono dzisiaj o godzinie szóstej czterdzieści trzy wieczorem. - dodał. Głos mu się nie załamał, a ręce miał złożone na mokrym, tweedowym materiale spodni.
Uniósł lekko brwi.
Zaśmiał się pod nosem, choć bardzo gorzko, jakby naśmiewał się z siebie akceptując każde, nawet lekkie nieprzyjemne słowo z wytchnieniem, jakby właśnie po to tutaj przyszedł, dokładnie tak, 'po guza'. Chociaż to wcale nie było prawdą. Potrzebował chwili, aby zebrać myśli.
Przymknął oczy i wziął oddech pozwalając klatce piersiowej unosić się i opadać miarowo. Czuł chłód ubrań i wbijająca się w kość miednicy różdżkę. Otworzył niebieskie oczy i skupił ich spojrzenie na stoickim wyrazie twarzy bliźniaczki. Szybko się opamiętał i nałożył filtr; zmiana w jego ekspresji wydała się nienaturalna, była bardzo skrupulatnie wyuczonym mechanizmem nie mającym nic wspólnego z ciepłem człowieczeństwa.
- Definitywnie, droga siostro. - nie wrócił już do rozbujanego alkoholem tonu głosu, lata wyrachowania sprawiły, że nawet w stanie podchmielenia zdawał się potrafić zapanować nad własnym językiem zaskakująco umiejętnie. Siostrzane podobieństwo do ojcowskich gestów wzbudziły w nim igiełki poirytowania, ale stłamsił je w zarodku. Nie przyznał jej racji na głos, ale skłamałby mówiąc, że nie był tu zastanawiać się nad sobą. Co więcej, przyszedł do niej, aby przyznać się do okropieństwa jakiego się dopuścił. Musiał wypowiedzieć kłębiące się, zatruwające umysł myśli na głos, stanąć z nimi twarzą w twarz, usłyszeć je i ukształtować. Zmaterializować wszystkie te emocje, jakie teraz skrywał pod zaledwie szczeniackim grymasem skrapianym gorzkością kropli bursztynowego trunku.
- Jeżeli chcesz przeprowadzać tę rozmowę jak parlamentarzyści to chyba już za długo nie było cię w Ministerstwie. Muszę cię zmartwić, ale niektóre obrady naszego drogiego parlamentu zajmują więcej niż dwanaście godzin, czyli conajmniej 15 minut. - nie omieszkał zwrócić jej uwagi na te małe niedociągnięcie, ale też nie wstał z zajmowanego na pikowanym meblu miejsca ignorując jej podszyte złośliwością gesty, ba. Nie pozostał dłużny rozsiadając się jeszcze wygodniej, choć wciąż wyprostowany, coby nie wyglądać jakby dopiero wytoczył się z londyńskiego rynsztoku.
Przełknął ślinę walcząc ze sobą, aby nie spuścić wzroku. Zacisnął zęby tak mocno, ze rysowało się to widocznie na mięśniach twarzy. Wsłuchał się w pare sekund ciszy, dając jej przepływać harmonijnie przez ostatnią swobodę niewiedzy.
- Simone nie żyje. - wypowiedział te słowa powoli, wyraźnie, nie wykrzywiając już ust, jego wyraz twarzy osiagnął ten sam poziom spokoju, co bliźniaczki, więc przypominali teraz odbicia naprawdę krzywego zwierciadła. Ona, z wilgotnymi, acz idealnie zaczesanymi włosami, w suchym szlafroku, on z poskręcanymi od kropel deszczu kosmykami i przyklejonymi do skóry warstwami ubrań - Zgon stwierdzono dzisiaj o godzinie szóstej czterdzieści trzy wieczorem. - dodał. Głos mu się nie załamał, a ręce miał złożone na mokrym, tweedowym materiale spodni.
Uniósł lekko brwi.
“An immense pressure is on me
I cannot move without dislodging the weight of centuries”
♦♦♦