08.01.2025, 12:51 ✶
Siedząc tuż obok Geraldine na wrzosowisku, które tak jak wszystkie miejsca w okolicy niosło ze sobą wiele wspomnień, czuł... ...sam nie do końca wiedział, co czuł. W jego głowie jednocześnie kłębiły się myśli i panowała trudna do zrozumienia pustka. Dwa niemalże wykluczające się stany, które chyba jeszcze nigdy nie były sobie tak bliskie i nigdy wcześniej nie zagościły w umyśle Greengrassa.
Pogrążony w milczeniu usiłował analizować ostatnie minuty ich rozmowy w kuchni. Cofał się w myślach do tej godziny, może chwilę dłużej wstecz, ale nie potrafił pojąć, co tak właściwie się stało, że zaczęli rozmawiać ze sobą w ten zadziwiająco spokojny, wręcz depresyjny sposób.
Tym bardziej, że jednocześnie sam nie do końca pamiętał wszystkie słowa, które między nimi padły. Zdawał sobie sprawę z tego, że powiedzieli dużo, że być może nawet odsłonił się przed Riną bardziej niż chciałby to zrobić, ale chaos w jego głowie sprawiał, że Ambroise miał problem z oddzieleniem wypowiedzi od myśli.
Granica między jednym a drugim została zatarta a Geraldine uparcie milczała, wbijając wzrok w horyzont i niczego mu nie ułatwiając. Nie mówiła nic więcej. Nic, odkąd wyszli z domu, praktycznie od razu trafiając w to miejsce i od tej pory nie wymieniając ani jednej cichej wypowiedzi.
Patrzył na nią co jakiś czas. Już nie kątem oka a otwarcie, bowiem szybko spostrzegł, że ona ani myślała na niego spojrzeć. Mógł to robić bez obawy, że ich spojrzenia zetkną się ze sobą i w tej ciężkiej ciszy zapanuje między nimi jeszcze większa niezręczność, kolejne fale smutku rozleją się po wrzosowiskach, zatapiając je już na zawsze.
Bowiem nie wyglądało na to, by burza miała kiedykolwiek odejść. Choć pogoda była piękna, nad ich głowami nadal padał deszcz. Sztorm nie odpuścił, nie było dobrze i nie miało być. Sami to sobie robili, nie potrafiąc dojść do porozumienia, nawet jeśli gdzieś w głębi serca naprawdę chciałby po prostu powiedzieć Geraldine, że jest piękna, że jest jego i że od tej pory będzie inaczej.
Zamiast tego plecami opadł między wrzosy, czując przy tym stanowczo zbyt dużą pustkę, żeby nie wyciągnąć dłoni ku dziewczynie. Bez niej to nie było to samo.
Z nią? Roztworzył przed nią ramiona, dbając o to, żeby nie ochlapać jej alkoholem. Objął ją wolnym ramieniem, przyciągając Yaxleyównę do siebie i składając przelotny pocałunek na jej włosach. Chyba mógł sobie na to pozwolić, tym bardziej, że nie zamierzał pytać. Po prostu to zrobił, ignorując fakt, że w dalszym ciągu nie doszli do tego jak powinny wyglądać ich najbliższe godziny.
Chwilowo leżeli w milczeniu, obdarzając się ciepłem i pozwalając sobie na wrażenie bliskości w oddaleniu. Nie spodziewał się jej słów. Kiedy otwarła usta, rozchylając wargi, oczekiwał...
...sam nie wiedział, czego. Na pewno nie tego.
Z jego ust wyrwało się mimowolne ciche, trochę niedowierzające parsknięcie. Odruchowo także przeniósł spojrzenie zmrużonych oczu na Geraldine, praktycznie od razu dochodząc do wniosku, że na niego nie patrzyła a z jej twarzy w dalszym ciągu nie był w stanie wyczytać ani odrobiny tego, co potrzebował wiedzieć. Głównie, choć nie tylko dlatego, że teraz skryła ją w jego piersi, przyciskając do niej swój ciepły policzek. Nawet przez warstwę materiału czuł ciepło jej skóry.
Bezwiednie miarowo przesuwając dłonią po plecach dziewczyny, gładząc ją w ten niesamowicie spokojny sposób (zwłaszcza jak na ich sytuację i to, co się ostatnio wydarzyło) nie zamarł ani nie przestał. Zamiast tego prawie się zaśmiał, tłumiąc szczekliwe roześmianie, choć jego pierś gwałtowniej się uniosła, opadając również w niekontrolowany sposób.
Czy kochałby ją, gdyby była robakiem?
Niedorzeczność, szczególnie że nawet nie mógł spytać jakim, bo to także zdążyła uściślić. A więc dżdżownicą. Czy kochałby ją, gdyby była dżdżownicą. Ponownie stłumił bardziej gwałtowną reakcję, mimo to uśmiechając się pod nosem.
Mimo tego, że w żadnym razie nie przyznałby tego na głos, chyba był bardziej pijany niż zamierzał być. W dalszym ciągu pociągał kolejne łyki całkiem mocnego alkoholu wprost z butelki. W tym momencie unosząc i zginając jedno wolne kolano, żeby mieć o co oprzeć butelkę, nieświadomie pozwalając sobie na kolejne parsknięcie.
Rozbawiony. Był rozbawiony. Alkohol dawno nie działał na niego w ten sposób, zazwyczaj (no dobrze, przez ostatnie niecałe dwa lata) wprawiając go raczej w parszywie nostalgiczny, melancholijny nastrój. Teraz ręką mocniej ścisnął przytulającą się do niego kobietę, mając wrażenie, że słowa same cisną mu się na usta i to w cholernie zabawny sposób.
- Nooo, byłabyś moją ulubioną dżdżownicą. Trzymałbym cię w resztkach organicznych i robilibyśmy razem kompost - odmruknął trochę zachrypniętym, ale jednocześnie całkiem miękkim głosem, nie do końca dowierzając w to, o czym teraz rozmawiali.
Wbrew temu milczeniu, ciężkiej i ponurej atmosferze, jaka zapanowała między nimi, w tej chwili jego słowa były znacznie cieplejsze. Tak, dało się wyczuć pewien absurd sytuacyjny, bo chyba jeszcze nigdy nie dostał od niej aż tak kuriozalnie głupiego pytania, ale...
...potrzebowali tego, prawda? Coś wewnątrz mu o tym mówiło. Wyrwało go z zawieszenia, wzbudziło w nim śmiech, który jeszcze powstrzymywał, znowu pociągając solidny łyk z butelki.
- Tylko jest jedno ale, bo gdybyś była robakiem to jakbyśmy się poznali? Musiałabyś nim zostać w trakcie a wtedy nie mógłbym cię zostawić w ogródku, żeby nie zeżarły cię ptaki. Laziłbym z tobą w kieszeni, szukając rozwiązania naszego problemu - zabrałby ją pewnie na Ścieżki, gdzie jako robak prawdopodobnie czułaby się lepiej niż większość ludzi tam bywających.
O tym jednak nie mówił. Omiótł czubek blond głowy Yaxleyówny swoim ciepłym oddechem, zanim wygiął szyję, żeby musnąć go ustami. Chwilę później ponownie racząc się alkoholem, nawet jeśli z dużym prawdopodobieństwem nie powinien już tego robić, bo czuł się skołowany.
- Wolę, gdy jesteś skunksem - zakończył bez potrzeby dalszego doktoryzowania się na temat tego, że choć w jego oczach dżdżownice są bardziej przydatne to ze skunksem mógł się wdać w zdecydowanie więcej interakcji.
Pogrążony w milczeniu usiłował analizować ostatnie minuty ich rozmowy w kuchni. Cofał się w myślach do tej godziny, może chwilę dłużej wstecz, ale nie potrafił pojąć, co tak właściwie się stało, że zaczęli rozmawiać ze sobą w ten zadziwiająco spokojny, wręcz depresyjny sposób.
Tym bardziej, że jednocześnie sam nie do końca pamiętał wszystkie słowa, które między nimi padły. Zdawał sobie sprawę z tego, że powiedzieli dużo, że być może nawet odsłonił się przed Riną bardziej niż chciałby to zrobić, ale chaos w jego głowie sprawiał, że Ambroise miał problem z oddzieleniem wypowiedzi od myśli.
Granica między jednym a drugim została zatarta a Geraldine uparcie milczała, wbijając wzrok w horyzont i niczego mu nie ułatwiając. Nie mówiła nic więcej. Nic, odkąd wyszli z domu, praktycznie od razu trafiając w to miejsce i od tej pory nie wymieniając ani jednej cichej wypowiedzi.
Patrzył na nią co jakiś czas. Już nie kątem oka a otwarcie, bowiem szybko spostrzegł, że ona ani myślała na niego spojrzeć. Mógł to robić bez obawy, że ich spojrzenia zetkną się ze sobą i w tej ciężkiej ciszy zapanuje między nimi jeszcze większa niezręczność, kolejne fale smutku rozleją się po wrzosowiskach, zatapiając je już na zawsze.
Bowiem nie wyglądało na to, by burza miała kiedykolwiek odejść. Choć pogoda była piękna, nad ich głowami nadal padał deszcz. Sztorm nie odpuścił, nie było dobrze i nie miało być. Sami to sobie robili, nie potrafiąc dojść do porozumienia, nawet jeśli gdzieś w głębi serca naprawdę chciałby po prostu powiedzieć Geraldine, że jest piękna, że jest jego i że od tej pory będzie inaczej.
Zamiast tego plecami opadł między wrzosy, czując przy tym stanowczo zbyt dużą pustkę, żeby nie wyciągnąć dłoni ku dziewczynie. Bez niej to nie było to samo.
Z nią? Roztworzył przed nią ramiona, dbając o to, żeby nie ochlapać jej alkoholem. Objął ją wolnym ramieniem, przyciągając Yaxleyównę do siebie i składając przelotny pocałunek na jej włosach. Chyba mógł sobie na to pozwolić, tym bardziej, że nie zamierzał pytać. Po prostu to zrobił, ignorując fakt, że w dalszym ciągu nie doszli do tego jak powinny wyglądać ich najbliższe godziny.
Chwilowo leżeli w milczeniu, obdarzając się ciepłem i pozwalając sobie na wrażenie bliskości w oddaleniu. Nie spodziewał się jej słów. Kiedy otwarła usta, rozchylając wargi, oczekiwał...
...sam nie wiedział, czego. Na pewno nie tego.
Z jego ust wyrwało się mimowolne ciche, trochę niedowierzające parsknięcie. Odruchowo także przeniósł spojrzenie zmrużonych oczu na Geraldine, praktycznie od razu dochodząc do wniosku, że na niego nie patrzyła a z jej twarzy w dalszym ciągu nie był w stanie wyczytać ani odrobiny tego, co potrzebował wiedzieć. Głównie, choć nie tylko dlatego, że teraz skryła ją w jego piersi, przyciskając do niej swój ciepły policzek. Nawet przez warstwę materiału czuł ciepło jej skóry.
Bezwiednie miarowo przesuwając dłonią po plecach dziewczyny, gładząc ją w ten niesamowicie spokojny sposób (zwłaszcza jak na ich sytuację i to, co się ostatnio wydarzyło) nie zamarł ani nie przestał. Zamiast tego prawie się zaśmiał, tłumiąc szczekliwe roześmianie, choć jego pierś gwałtowniej się uniosła, opadając również w niekontrolowany sposób.
Czy kochałby ją, gdyby była robakiem?
Niedorzeczność, szczególnie że nawet nie mógł spytać jakim, bo to także zdążyła uściślić. A więc dżdżownicą. Czy kochałby ją, gdyby była dżdżownicą. Ponownie stłumił bardziej gwałtowną reakcję, mimo to uśmiechając się pod nosem.
Mimo tego, że w żadnym razie nie przyznałby tego na głos, chyba był bardziej pijany niż zamierzał być. W dalszym ciągu pociągał kolejne łyki całkiem mocnego alkoholu wprost z butelki. W tym momencie unosząc i zginając jedno wolne kolano, żeby mieć o co oprzeć butelkę, nieświadomie pozwalając sobie na kolejne parsknięcie.
Rozbawiony. Był rozbawiony. Alkohol dawno nie działał na niego w ten sposób, zazwyczaj (no dobrze, przez ostatnie niecałe dwa lata) wprawiając go raczej w parszywie nostalgiczny, melancholijny nastrój. Teraz ręką mocniej ścisnął przytulającą się do niego kobietę, mając wrażenie, że słowa same cisną mu się na usta i to w cholernie zabawny sposób.
- Nooo, byłabyś moją ulubioną dżdżownicą. Trzymałbym cię w resztkach organicznych i robilibyśmy razem kompost - odmruknął trochę zachrypniętym, ale jednocześnie całkiem miękkim głosem, nie do końca dowierzając w to, o czym teraz rozmawiali.
Wbrew temu milczeniu, ciężkiej i ponurej atmosferze, jaka zapanowała między nimi, w tej chwili jego słowa były znacznie cieplejsze. Tak, dało się wyczuć pewien absurd sytuacyjny, bo chyba jeszcze nigdy nie dostał od niej aż tak kuriozalnie głupiego pytania, ale...
...potrzebowali tego, prawda? Coś wewnątrz mu o tym mówiło. Wyrwało go z zawieszenia, wzbudziło w nim śmiech, który jeszcze powstrzymywał, znowu pociągając solidny łyk z butelki.
- Tylko jest jedno ale, bo gdybyś była robakiem to jakbyśmy się poznali? Musiałabyś nim zostać w trakcie a wtedy nie mógłbym cię zostawić w ogródku, żeby nie zeżarły cię ptaki. Laziłbym z tobą w kieszeni, szukając rozwiązania naszego problemu - zabrałby ją pewnie na Ścieżki, gdzie jako robak prawdopodobnie czułaby się lepiej niż większość ludzi tam bywających.
O tym jednak nie mówił. Omiótł czubek blond głowy Yaxleyówny swoim ciepłym oddechem, zanim wygiął szyję, żeby musnąć go ustami. Chwilę później ponownie racząc się alkoholem, nawet jeśli z dużym prawdopodobieństwem nie powinien już tego robić, bo czuł się skołowany.
- Wolę, gdy jesteś skunksem - zakończył bez potrzeby dalszego doktoryzowania się na temat tego, że choć w jego oczach dżdżownice są bardziej przydatne to ze skunksem mógł się wdać w zdecydowanie więcej interakcji.
Because no matter how long the night
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down