08.01.2025, 14:53 ✶
Nie był w stanie stwierdzić, czym tak właściwie był uśmiech Nory - faktycznym daniem mu znać o jej wyrzutach sumienia (choć było to trochę zbyt mocne określenie) z powodu zatajenia przed nim jej dotychczasowego udziału w sprawie czy też po prostu mydleniem mu oczu i wykorzystywaniem na nim uroku osobistego.
Tak czy inaczej, krótko pokręcił głową, kwitując to niczym więcej jak machnięciem ręki. Znacznie bardziej interesowały go jej kolejne słowa, na które już uniósł brwi, posyłając Figgównie badawcze spojrzenie. Jasne, zdawał sobie sprawę z przyjaźni łączącej Norę z Longbottomem, ale wymienienie go przed jej własną babcią było poniekąd całkiem osobliwe.
Swego czasu sam całkiem lubił tego człowieka. Jasne, Erik solidnie wkurwiał go w czasach szkolnych, podczas gdy rywalizował z nim o pozycję w drużynie (a później rzeczywiście ją dostał, co podkurwiło dochodzącego do siebie Ambroisa). Jednakże później, już w dorosłym życiu, Longbottom raczej wzbudzał w Greengrassie neutralne odczucia.
Jeszcze do dwóch lat wstecz zdarzało im się wypić wspólne piwo w barze w Dolinie, prowadząc całkiem ciekawą rozmowę. Teraz? Obecnie Erik działał mu na nerwy. Na tyle mocno, że Ambroise wolał trzymać się od niego z daleka, nie zamierzając pozwolić sobie na zrobienie jakiegoś głupstwa w imię...
...no, właśnie. W imię czego? Bo było całkiem sporo powodów, dla których Roise już na samo wspomnienie o ich znajomej gwieździe reagował co najmniej alergicznie. O ironio, nie dzieląc się z Norą tymi przemyśleniami ani swoimi powodami, choć prawdopodobnie, gdyby to zrobił, jego życie momentalnie stałoby się łatwiejsze.
Ale przecież w istocie nie lubił go sobie ułatwiać, prawda? Podświadomie stronił od poruszania tematu własnego skrajnie urażonego ego i poczucia wielowymiarowej zdrady. Teraz po prostu zamykając japę i nie odpowiadając, żeby nie powiedzieć czegoś, czego by pożałował.
W ostatnich dniach nie był rozmowny. Jeszcze bardziej niż zazwyczaj, jeśli to w ogóle było możliwe. A najwyraźniej było.
- Rzeczywiście - przytaknął zamiast tego, nieświadomie pochmurnym spojrzeniem wpatrując się w horyzont. - W tych czasach lepiej uważać na to, co się myśli i robi - stwierdził krótko, nie bawiąc się w zbyt zawiłe dyskusje odnośnie tego, jak bardzo zaskoczyło go nagle całkiem ponuro racjonalistyczne podejście Nory.
No cóż, w ostatnim czasie zaczęło robić się tak pochmurno, że nawet najjaśniejsze promyczki najwidoczniej nie były w stanie unikać podobnych tematów. To było...
...smutne. Tragiczne. Niepokojące. Wszystko na raz? Zresztą nie musiała mówić mu o niektórych sprawach a on nie musiał pytać. Znali się na tyle długo i dobrze, że Ambroise wiedział, że nigdy nie miała łatwego życia, starając się jej je choć trochę ułatwić, jeśli tylko mógł to zrobić.
Poszukiwania kota, na którym ewidentnie jej zależało, były jedną z takich rzeczy. Być może wcale nie pałał entuzjazmem ku temu, aby snuć się po okolicy za mruczkiem, ale zamierzał to zrobić. Nijak nie spodziewając się, że ich dwuosobowy spacer tak szybko ewoluuje w znacznie szerszą ekspedycję.
Kogo jak kogo, nie spodziewał się wpaść tu na Corneliusa, szczególnie że przecież zdawał sobie sprawę z chaosu panującego obecnie w Ministerstwie. Wraz z nadejściem wojny i jej stopniowym acz niezaprzeczalnym rozwojem, biuro koronera co rusz zyskiwało nowe sprawy.
Jeśli miałby być ze sobą całkowicie szczery (co w ostatnim czasie było dla niego trudniejsze niż zazwyczaj) komukolwiek innemu prawdopodobnie wymierzyłby już lepę na mordę albo co najmniej posłałby przeraźliwie oziębłe spojrzenie, wypluwając z siebie jakąś wymownie jadowitą odpowiedź. Mało kto miał u niego tyle szczególnych względów, co Cornelius.
W żadnym razie nie oznaczało to, że od czasów solidnego napierdalania się na korytarzach czy błoniach Hogwartu, gdy mieli po góra dwanaście lat, ani razu nie dali sobie po mordzie. Przy ich charakterach nie dało się tego uniknąć na dłuższą metę, zresztą żaden z nich nie próbował tego jakoś specjalnie ukrywać. Nie raz rzucili się na siebie z pięściami, chwytając się nawzajem za fraki i całkowicie zapominając o dobrych manierach, ale to nie był ten moment.
W tej chwili, Ambroise wyłącznie uniósł wzrok ku niebu, parskając cicho i kolejny raz wymownie kręcąc głową. Żenujące. Trafne acz żenujące. Nawet nie próbował kryć politowania rysującego mu się na twarzy, gdy dwukrotnie kląsnął językiem o podniebienie.
- Osobiście nazwałbym to raczej wstecznym nepotyzmem, skoro własna ciotka tak bardzo nie mogła znieść twojego ryja, że aż postanowiła pociągnąć za sznurki i wypchnąć cię do Ministerstwa, ale skoro uważasz to za swój osobisty sukces - nieznacznie rozłożył ręce, kwitując to wzruszeniem ramion. - Wiem, wiem. To strasznie wyczerpujące, tak szybko przeskakiwać po szczeblach kariery - mógłby ewentualnie dodać jeszcze coś w rodzaju nie dostań zadyszki, frajerze albo dobrze, że natura wyposażyła cię w tak długie kulasy, bo jeszcze byś nie nadążył, ale zamiast tego posłał Corio wymowne spojrzenie spod uniesionych brwi.
Nie spodziewał się tego, co przez ten cały czas kłębiło się w głowie Nory. Prawdę mówiąc, nie dostrzegł żadnego z tych wymownie sugestywnych spojrzeń, które mu posłała, choć bez wątpienia robiła to na tyle intensywnie, że jeszcze moment i byłaby w stanie zacząć wymuszać to na nim na przekaz myśli. Dostrzegł ten fakt dokładnie w tej samej chwili, w której spojrzał na nią ze zdziwieniem, słysząc słowa kierowane do Corneliusa.
Nawet nie próbował jej przed tym powstrzymać. Nie tylko z uwagi na to, że gdy Figgówna postanowiła pomóc komuś czynić dobro, nie było siły, która by ją przed tym powstrzymała. I to nawet w momencie, w którym wspomniana osoba raczej sama z siebie nie planowała być bohaterem dnia (coś o tym przecież wiedział). Lecz także w uwagi na fakt, że Nora zdążyła ruszyć w kierunku tylnej części ogrodu pani Swan.
Co prawda, nawet gdyby postanowiła naprawdę gwałtownie wyrwać do przodu, żaden z nich raczej nie miałby problemu, aby dogonić ją w dwóch bądź trzech krokach. Jednak zamiast stać jak kółek, Ambroise wzruszył ramionami. Z raczej całkiem neutralnym, może nieco rozbawionym wyrazem twarzy, posłał jednoznaczne spojrzenie w kierunku przyjaciela i wzruszył ramionami.
No sorry, nie musiał dodawać nic więcej. Machnięciem dłoni puścił go przed sobą, jednocześnie rzeczywiście bez problemu doganiając Figgównę.
Nie czuł potrzeby udzielania zaległej odpowiedzi na pytanie zadane przez Norę, skoro dziewczyna i tak skierowała się do ogródka. Czcza gadanina nie była w jego stylu. Zamiast tego zajął się przesuwaniem wzrokiem po okolicy, poszukując czegokolwiek, co mogłoby być związane z Karmelkiem.
Tak czy inaczej, krótko pokręcił głową, kwitując to niczym więcej jak machnięciem ręki. Znacznie bardziej interesowały go jej kolejne słowa, na które już uniósł brwi, posyłając Figgównie badawcze spojrzenie. Jasne, zdawał sobie sprawę z przyjaźni łączącej Norę z Longbottomem, ale wymienienie go przed jej własną babcią było poniekąd całkiem osobliwe.
Swego czasu sam całkiem lubił tego człowieka. Jasne, Erik solidnie wkurwiał go w czasach szkolnych, podczas gdy rywalizował z nim o pozycję w drużynie (a później rzeczywiście ją dostał, co podkurwiło dochodzącego do siebie Ambroisa). Jednakże później, już w dorosłym życiu, Longbottom raczej wzbudzał w Greengrassie neutralne odczucia.
Jeszcze do dwóch lat wstecz zdarzało im się wypić wspólne piwo w barze w Dolinie, prowadząc całkiem ciekawą rozmowę. Teraz? Obecnie Erik działał mu na nerwy. Na tyle mocno, że Ambroise wolał trzymać się od niego z daleka, nie zamierzając pozwolić sobie na zrobienie jakiegoś głupstwa w imię...
...no, właśnie. W imię czego? Bo było całkiem sporo powodów, dla których Roise już na samo wspomnienie o ich znajomej gwieździe reagował co najmniej alergicznie. O ironio, nie dzieląc się z Norą tymi przemyśleniami ani swoimi powodami, choć prawdopodobnie, gdyby to zrobił, jego życie momentalnie stałoby się łatwiejsze.
Ale przecież w istocie nie lubił go sobie ułatwiać, prawda? Podświadomie stronił od poruszania tematu własnego skrajnie urażonego ego i poczucia wielowymiarowej zdrady. Teraz po prostu zamykając japę i nie odpowiadając, żeby nie powiedzieć czegoś, czego by pożałował.
W ostatnich dniach nie był rozmowny. Jeszcze bardziej niż zazwyczaj, jeśli to w ogóle było możliwe. A najwyraźniej było.
- Rzeczywiście - przytaknął zamiast tego, nieświadomie pochmurnym spojrzeniem wpatrując się w horyzont. - W tych czasach lepiej uważać na to, co się myśli i robi - stwierdził krótko, nie bawiąc się w zbyt zawiłe dyskusje odnośnie tego, jak bardzo zaskoczyło go nagle całkiem ponuro racjonalistyczne podejście Nory.
No cóż, w ostatnim czasie zaczęło robić się tak pochmurno, że nawet najjaśniejsze promyczki najwidoczniej nie były w stanie unikać podobnych tematów. To było...
...smutne. Tragiczne. Niepokojące. Wszystko na raz? Zresztą nie musiała mówić mu o niektórych sprawach a on nie musiał pytać. Znali się na tyle długo i dobrze, że Ambroise wiedział, że nigdy nie miała łatwego życia, starając się jej je choć trochę ułatwić, jeśli tylko mógł to zrobić.
Poszukiwania kota, na którym ewidentnie jej zależało, były jedną z takich rzeczy. Być może wcale nie pałał entuzjazmem ku temu, aby snuć się po okolicy za mruczkiem, ale zamierzał to zrobić. Nijak nie spodziewając się, że ich dwuosobowy spacer tak szybko ewoluuje w znacznie szerszą ekspedycję.
Kogo jak kogo, nie spodziewał się wpaść tu na Corneliusa, szczególnie że przecież zdawał sobie sprawę z chaosu panującego obecnie w Ministerstwie. Wraz z nadejściem wojny i jej stopniowym acz niezaprzeczalnym rozwojem, biuro koronera co rusz zyskiwało nowe sprawy.
Jeśli miałby być ze sobą całkowicie szczery (co w ostatnim czasie było dla niego trudniejsze niż zazwyczaj) komukolwiek innemu prawdopodobnie wymierzyłby już lepę na mordę albo co najmniej posłałby przeraźliwie oziębłe spojrzenie, wypluwając z siebie jakąś wymownie jadowitą odpowiedź. Mało kto miał u niego tyle szczególnych względów, co Cornelius.
W żadnym razie nie oznaczało to, że od czasów solidnego napierdalania się na korytarzach czy błoniach Hogwartu, gdy mieli po góra dwanaście lat, ani razu nie dali sobie po mordzie. Przy ich charakterach nie dało się tego uniknąć na dłuższą metę, zresztą żaden z nich nie próbował tego jakoś specjalnie ukrywać. Nie raz rzucili się na siebie z pięściami, chwytając się nawzajem za fraki i całkowicie zapominając o dobrych manierach, ale to nie był ten moment.
W tej chwili, Ambroise wyłącznie uniósł wzrok ku niebu, parskając cicho i kolejny raz wymownie kręcąc głową. Żenujące. Trafne acz żenujące. Nawet nie próbował kryć politowania rysującego mu się na twarzy, gdy dwukrotnie kląsnął językiem o podniebienie.
- Osobiście nazwałbym to raczej wstecznym nepotyzmem, skoro własna ciotka tak bardzo nie mogła znieść twojego ryja, że aż postanowiła pociągnąć za sznurki i wypchnąć cię do Ministerstwa, ale skoro uważasz to za swój osobisty sukces - nieznacznie rozłożył ręce, kwitując to wzruszeniem ramion. - Wiem, wiem. To strasznie wyczerpujące, tak szybko przeskakiwać po szczeblach kariery - mógłby ewentualnie dodać jeszcze coś w rodzaju nie dostań zadyszki, frajerze albo dobrze, że natura wyposażyła cię w tak długie kulasy, bo jeszcze byś nie nadążył, ale zamiast tego posłał Corio wymowne spojrzenie spod uniesionych brwi.
Nie spodziewał się tego, co przez ten cały czas kłębiło się w głowie Nory. Prawdę mówiąc, nie dostrzegł żadnego z tych wymownie sugestywnych spojrzeń, które mu posłała, choć bez wątpienia robiła to na tyle intensywnie, że jeszcze moment i byłaby w stanie zacząć wymuszać to na nim na przekaz myśli. Dostrzegł ten fakt dokładnie w tej samej chwili, w której spojrzał na nią ze zdziwieniem, słysząc słowa kierowane do Corneliusa.
Nawet nie próbował jej przed tym powstrzymać. Nie tylko z uwagi na to, że gdy Figgówna postanowiła pomóc komuś czynić dobro, nie było siły, która by ją przed tym powstrzymała. I to nawet w momencie, w którym wspomniana osoba raczej sama z siebie nie planowała być bohaterem dnia (coś o tym przecież wiedział). Lecz także w uwagi na fakt, że Nora zdążyła ruszyć w kierunku tylnej części ogrodu pani Swan.
Co prawda, nawet gdyby postanowiła naprawdę gwałtownie wyrwać do przodu, żaden z nich raczej nie miałby problemu, aby dogonić ją w dwóch bądź trzech krokach. Jednak zamiast stać jak kółek, Ambroise wzruszył ramionami. Z raczej całkiem neutralnym, może nieco rozbawionym wyrazem twarzy, posłał jednoznaczne spojrzenie w kierunku przyjaciela i wzruszył ramionami.
No sorry, nie musiał dodawać nic więcej. Machnięciem dłoni puścił go przed sobą, jednocześnie rzeczywiście bez problemu doganiając Figgównę.
Nie czuł potrzeby udzielania zaległej odpowiedzi na pytanie zadane przez Norę, skoro dziewczyna i tak skierowała się do ogródka. Czcza gadanina nie była w jego stylu. Zamiast tego zajął się przesuwaniem wzrokiem po okolicy, poszukując czegokolwiek, co mogłoby być związane z Karmelkiem.
Because no matter how long the night
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down