08.01.2025, 15:32 ✶
Nie zdawał sobie sprawy z tego jak bardzo oboje potrzebowali podobnego absurdu. Tej lekkiej, całkowicie abstrakcyjnej rozmowy. Tego mitycznego robaka, w którego mogłaby się zmienić a on i tak bez wahania był w stanie powiedzieć, że w dalszym ciągu by ją kochał.
No cóż. W dalszym ciągu nie byłby to zbyt przyszłościowy związek, prawda? Nie mogliby mieć tego, czego pragnęli, ale nie myślał o tym w tych kategoriach. Już nie. Bawiła go. Choć by się o to nie podejrzewał, tłumił śmiech, obejmując Rinę ramieniem.
- Wiesz, potrzeba wielu dżdżownic, żeby efektywnie robić kompost - odparł w pierwszej chwili, odruchowo uśmiechając się pod nosem na tę przesadnie karcącą nutę w tonie głosu Geraldine.
Jego dłoń przesunęła się po materiale koszuli dziewczyny (tak właściwie to jego, ale to był tylko szczegół; jego koszuli, nie jego kobiety), zahaczając o jej wygięty kręgosłupa i sunąc wzdłuż niego. Powoli wsuwając się pod ubranie, jednak nie w tym pożądliwym, zaczepnym sensie. Raczej mimowolnie.
Po to, aby poczuć ciepło pod palcami. Miękkość skóry, znajome krawędzie znajdującej się tam blizny. Coś tak realnego, że mógł udowodnić tym sobie, że w rzeczywistości tu razem byli, nie majaczył ani nie śnił.
Leżeli na wrzosowisku, rozmawiając o czymś tak absurdalnym, że nie mógł reagować na to tak jak jeszcze chwilę temu na atmosferę panującą między nimi. Teraz się uśmiechał. Kąciki jego ust mimowolnie wyginały się ku górze a słowa, choć chaotyczne i lekko mamroczące przez płaczący się język, same płynęły z ust Ambroisa.
- Choć przy tobie i tym, co robisz, może masz rację. Nie potrzeba by było żadnych innych robaków. Bylibyśmy doskonałym zespołem - mruknął do niej cicho, nie kryjąc rozbawienia na samą myśl o tym, że gdyby się zaparła to z pewnością byłaby w stanie sama zadbać o cały ten kompost, byleby tylko wygryźć z niego wszystkie inne dżdżownice.
Już to kiedyś zrobiła, prawda? Wyłącznie samą swoją obecnością była w stanie go opętać. Sprawić, że miesiącami nie był w stanie zbliżyć się do żadnej innej dziewczyny, przeznaczając długie godziny na wspólne spędzanie czasu. Myśląc tylko o niej. Samemu nie wiedząc, kiedy tak właściwie zmienił swoje kawalerskie nawyki, licząc na to, że być może kiedyś uda im się zmienić przyjaźń w coś więcej.
Nie żałował tego. Nie mógłby tego żałować, nawet jeśli nie mogli mieć swojego szczęśliwego zakończenia. Nawet w momencie, w którym znaleźli się mile morskie od siebie. Gdy wrócił do tamtych przyzwyczajeń, usiłując zabić w sobie tęsknotę za nimi. Za ich wrzosowiskiem i domem, za morzem, nadmorskim wiatrem i chmurami pędzącymi po niebie.
- Pewnie byłabyś bardzo długą dżdżownicą. Najdłuższą ze wszystkich - odmruknął bez namysłu, opuszką palca rysując kółko na kręgosłupie Geraldine. - Spojrzałbym na ciebie i wiedziałbym, że to ten robak, którego chcę nosić w mojej kieszonce - ich rozmowa była tak absurdalna jak tylko mogła być, ale chyba tego teraz potrzebowali. - Nadal nosiłabyś moje koszule - mruknął, tym razem pozwalając sobie tylko na cień uśmiechu i przeniesienie spojrzenia z powrotem na błękitne niebo.
To też było coś, co jednocześnie bezwiednie zaakceptował, nawet jeśli od czasu do czasu czuł konieczność podkreślenia swojego niezadowolenia z powodu gubionej garderoby. Nie mówił tego na głos, ale ten rodzaj zaznaczania swojej obecności w jej życiu był dla niego całkiem właściwy, gdy jeszcze byli ze sobą. Pozwalał jej na to, mając wrażenie, że dzięki temu pewne kwestie same były jasne dla otoczenia.
Obecnie jednak czuł głównie przytłoczenie. Zarówno wtedy w Dolinie Godryka, kiedy przypomniała mu tym o ich dobrych czasach (szczególnie że zastanawiał się czy to był celowy zabieg, czy też dzieło przypadku), jak i w tej chwili. Bowiem to miało się skończyć. Dziś, jutro, za kilka dni. Nie mówili sobie, kiedy. Nie określali daty ani godziny, ale to nie mogło trwać.
- Ty mi powiedz. Jesteś ekspertem od zwierząt, nie? - Odparł gładko, przewracając oczami na to, co padło, ale jednocześnie brzmiąc jak ktoś, kogo naprawdę interesowały szanse przeżycia Geraldine-dżdżownicy w ptasim żołądku. - Poza tym nigdy nie wątp w to, że bym cię nie zostawił na pożarcie. Kto by mnie wtedy drażnił? - Jego palce w dalszym ciągu wodziły po jej ciepłej skórze a nozdrza były wypełnione znajomym, błogim zapachem.
Wargi same wyginały się w łuk, powieki opadały leniwie a każdy kolejny łyk pociągnięty z butelki sprawiał, że Ambroise coraz mniej myślał o tamtych chwilach w kuchni. O tym, co prawdopodobnie sam sobie uroił, myląc słowa z myślami, bo przecież gdyby powiedział jej to wszystko, o czego wypowiedzenie się niepokoił, nie byliby w stanie leżeć tutaj w ten sposób.
- Bzdury. Dobrze wiesz, że darzę je sympatią - odparł miękko, mocniej obejmując ją ramieniem. - Tak, można go sobie posadzić na kolanach. Napuścić go na kogoś w razie potrzeby. Jedynym problemem byłaby nieporęczność w noszeniu, bo byłabyś za duża na kieszonkę. Musiałabyś mi siedzieć na ramieniu a korytarze na Ścieżkach bywają niskie i wąskie - nawet nie zdawał sobie sprawy z wypowiadanych słów i poszukiwania rozwiązań dla nieistniejących problemów.
Tego, że nie zamierzali pojawiać się razem w ten sposób w żadnym miejscu. Tym bardziej nie w najgłębszej części półświatka. Nie tylko przez to, że jej tam nie dopuszczał, lecz przez to, że już ich nie było. W tym momencie, leżąc w swoich objęciach, takie myśli nie przychodziły mu do głowy.
No cóż. W dalszym ciągu nie byłby to zbyt przyszłościowy związek, prawda? Nie mogliby mieć tego, czego pragnęli, ale nie myślał o tym w tych kategoriach. Już nie. Bawiła go. Choć by się o to nie podejrzewał, tłumił śmiech, obejmując Rinę ramieniem.
- Wiesz, potrzeba wielu dżdżownic, żeby efektywnie robić kompost - odparł w pierwszej chwili, odruchowo uśmiechając się pod nosem na tę przesadnie karcącą nutę w tonie głosu Geraldine.
Jego dłoń przesunęła się po materiale koszuli dziewczyny (tak właściwie to jego, ale to był tylko szczegół; jego koszuli, nie jego kobiety), zahaczając o jej wygięty kręgosłupa i sunąc wzdłuż niego. Powoli wsuwając się pod ubranie, jednak nie w tym pożądliwym, zaczepnym sensie. Raczej mimowolnie.
Po to, aby poczuć ciepło pod palcami. Miękkość skóry, znajome krawędzie znajdującej się tam blizny. Coś tak realnego, że mógł udowodnić tym sobie, że w rzeczywistości tu razem byli, nie majaczył ani nie śnił.
Leżeli na wrzosowisku, rozmawiając o czymś tak absurdalnym, że nie mógł reagować na to tak jak jeszcze chwilę temu na atmosferę panującą między nimi. Teraz się uśmiechał. Kąciki jego ust mimowolnie wyginały się ku górze a słowa, choć chaotyczne i lekko mamroczące przez płaczący się język, same płynęły z ust Ambroisa.
- Choć przy tobie i tym, co robisz, może masz rację. Nie potrzeba by było żadnych innych robaków. Bylibyśmy doskonałym zespołem - mruknął do niej cicho, nie kryjąc rozbawienia na samą myśl o tym, że gdyby się zaparła to z pewnością byłaby w stanie sama zadbać o cały ten kompost, byleby tylko wygryźć z niego wszystkie inne dżdżownice.
Już to kiedyś zrobiła, prawda? Wyłącznie samą swoją obecnością była w stanie go opętać. Sprawić, że miesiącami nie był w stanie zbliżyć się do żadnej innej dziewczyny, przeznaczając długie godziny na wspólne spędzanie czasu. Myśląc tylko o niej. Samemu nie wiedząc, kiedy tak właściwie zmienił swoje kawalerskie nawyki, licząc na to, że być może kiedyś uda im się zmienić przyjaźń w coś więcej.
Nie żałował tego. Nie mógłby tego żałować, nawet jeśli nie mogli mieć swojego szczęśliwego zakończenia. Nawet w momencie, w którym znaleźli się mile morskie od siebie. Gdy wrócił do tamtych przyzwyczajeń, usiłując zabić w sobie tęsknotę za nimi. Za ich wrzosowiskiem i domem, za morzem, nadmorskim wiatrem i chmurami pędzącymi po niebie.
- Pewnie byłabyś bardzo długą dżdżownicą. Najdłuższą ze wszystkich - odmruknął bez namysłu, opuszką palca rysując kółko na kręgosłupie Geraldine. - Spojrzałbym na ciebie i wiedziałbym, że to ten robak, którego chcę nosić w mojej kieszonce - ich rozmowa była tak absurdalna jak tylko mogła być, ale chyba tego teraz potrzebowali. - Nadal nosiłabyś moje koszule - mruknął, tym razem pozwalając sobie tylko na cień uśmiechu i przeniesienie spojrzenia z powrotem na błękitne niebo.
To też było coś, co jednocześnie bezwiednie zaakceptował, nawet jeśli od czasu do czasu czuł konieczność podkreślenia swojego niezadowolenia z powodu gubionej garderoby. Nie mówił tego na głos, ale ten rodzaj zaznaczania swojej obecności w jej życiu był dla niego całkiem właściwy, gdy jeszcze byli ze sobą. Pozwalał jej na to, mając wrażenie, że dzięki temu pewne kwestie same były jasne dla otoczenia.
Obecnie jednak czuł głównie przytłoczenie. Zarówno wtedy w Dolinie Godryka, kiedy przypomniała mu tym o ich dobrych czasach (szczególnie że zastanawiał się czy to był celowy zabieg, czy też dzieło przypadku), jak i w tej chwili. Bowiem to miało się skończyć. Dziś, jutro, za kilka dni. Nie mówili sobie, kiedy. Nie określali daty ani godziny, ale to nie mogło trwać.
- Ty mi powiedz. Jesteś ekspertem od zwierząt, nie? - Odparł gładko, przewracając oczami na to, co padło, ale jednocześnie brzmiąc jak ktoś, kogo naprawdę interesowały szanse przeżycia Geraldine-dżdżownicy w ptasim żołądku. - Poza tym nigdy nie wątp w to, że bym cię nie zostawił na pożarcie. Kto by mnie wtedy drażnił? - Jego palce w dalszym ciągu wodziły po jej ciepłej skórze a nozdrza były wypełnione znajomym, błogim zapachem.
Wargi same wyginały się w łuk, powieki opadały leniwie a każdy kolejny łyk pociągnięty z butelki sprawiał, że Ambroise coraz mniej myślał o tamtych chwilach w kuchni. O tym, co prawdopodobnie sam sobie uroił, myląc słowa z myślami, bo przecież gdyby powiedział jej to wszystko, o czego wypowiedzenie się niepokoił, nie byliby w stanie leżeć tutaj w ten sposób.
- Bzdury. Dobrze wiesz, że darzę je sympatią - odparł miękko, mocniej obejmując ją ramieniem. - Tak, można go sobie posadzić na kolanach. Napuścić go na kogoś w razie potrzeby. Jedynym problemem byłaby nieporęczność w noszeniu, bo byłabyś za duża na kieszonkę. Musiałabyś mi siedzieć na ramieniu a korytarze na Ścieżkach bywają niskie i wąskie - nawet nie zdawał sobie sprawy z wypowiadanych słów i poszukiwania rozwiązań dla nieistniejących problemów.
Tego, że nie zamierzali pojawiać się razem w ten sposób w żadnym miejscu. Tym bardziej nie w najgłębszej części półświatka. Nie tylko przez to, że jej tam nie dopuszczał, lecz przez to, że już ich nie było. W tym momencie, leżąc w swoich objęciach, takie myśli nie przychodziły mu do głowy.
Because no matter how long the night
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down