08.01.2025, 16:19 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 21.09.2025, 20:35 przez Anthony Shafiq.)
W kolejce sonat była czternasta, dzieło całkiem młodzieńcze, ledwie dwudzieste czwarte z tych, które kompozytor postanowił pokazać światu. Ciemna barwa tonacji cis-moll, łaskoczące ucho dysonanse, sekundy współbrzmiące srebrzystą poświatą z której utkany był skalpel otwierający klatkę piersiową. Bezdusznie, monotonnie, młoteczki uderzały o strunę płynną melodią, która obrazoburczo przeszła nieoczekiwanie w kompozycje własną splatającą w ciemnym warkoczu inspiracje płynące nie z jednego, a trzech życiodajnych romantycznej muzyce fortepianowych źródeł. Ten pierwszy, ten środkowy i ten ostatni, w wynaturzonej, snobistycznej wersji opowieści o złotowłosej i trzech niedźwiadkach, w której roli zaprezentował się kędzierzawy, próżny Crouch. Jego osoba nie miała aż takiego znaczenia, nie teraz, nie gdy rozkładał krosno, by tkać na nim pełen gobelin recitalu.
Kolejne jego pozycje uspokoiły zachowawczy konserwatyzm serca Anthony'ego, ukoiły go znajomymi tonami. Znał już te opusy, po przymkniętymi powiekami śledził partytury, do których sam niekiedy podchodził, zwłaszcza podczas francuskiej misji dyplomatycznej, gdy w bieli i czerni klawiszy odnajdywał ukojenie wobec dziejących się wkoło burz. Małe tłoczące się główki nut szybko jednak ustąpiły innym doznaniom, sunące krople pasaży przywoływały w pamięci deszcze pocałunków składanych na wytęsknionej skórze, sunące pochody gamowe niczym opuszki palców przemierzające napiętą szyję wygiętą w potrzebie pieszczoty, pławiącą się w podziwie ześlizgujących się po krzywiźnie złocistych ślepi, gotową przyjąć wszystko - od ledwie wyczuwalnych muśnięć, po agresywne akordy zakleszczonych na niej zębisk. W pasji, w namiętności odmawianej sobie miesiącami, w tęsknocie zaduszonej silnymi ramionami, w miłości, która nigdy nie została wypowiedziana, w strachu, który na krótki moment mógł zasnąć, aby powrócić z pełnią siły kilka dni później, pośród szarej rzeczywistości obojętności i nieprzebytego dystansu jednego piętra, które dzieliło ich biura.
Ułożył się wygodniej, pozwalając fantomowym gestom wspomnieć gorąc języka, szorstkość policzka pozostawiającego zaczerwienione ścieżki niekończącej się eksploracji. Ułożył się wygodniej, torturując się każdym dźwiękiem, otwierającym kolejne wspomnienia zaszyte w złocistych monetach robionych na zamówienie. Każda wyprawa niosła ze sobą jeden wirujący krąg noszący dumnie na rewersie symbol miejsca, które stawało się ich rajem, które teraz jawiło mu się kolejnymi kręgami piekła, niekończącej się boleści osamotnienia i żałoby za utraconą szansą, za wyśnioną bliskością, po którą sięgnął okrutny bezbarwny poranek.
Gwałtowne wejście w etiudę zwaną rewolucyjną niemalże zrzuciło go z wygodnego legowiska. Irytacja przyszła falą, w zaburzeniu sennego, nostalgicznego nastroju krzykiem, szybko jednak zalała go fala innych, bardziej burzliwych wspomnień. Wdarła się słoną falą przez usta, niczym wody morza czerwonego, odbierając dech, wyciskając łzy. Czy nie tak czuł się tamtego wieczoru, gdy otrzymał odpowiedź odmowną? Jedyne dwie przyjemności, jedyne dwie oazy wypełnione złotem skóry słonecznego bożka spalającego go, po całym dniu pracy, całym dniu lśnienia na nieboskłonie ukradzionych przez Anthony'ego dni z dala od angielskiej rzeczywistości. Dwa punkty, jasne i jak złote topazy zajmujące należyte miejsce w podziemnym skarbcu, jak para oczu patrzących zamglonych pragnieniem, para oczu tnących ostro pogardą i odrzuceniem.
Drżał na całym ciele i był wdzięczny bardzo muzykowi, że ten nie przestał, nie zwracał nań większej uwagi poświęcając się w sztuce i zapadając w dogasającym koncercie w łagodniejsze znów strefy otulające żal słuchacza, niosące mu gorzką pociechę, widmo długiego życia wbrew sobie, w zamknięciu, oderwaniu i tajemnicy, w straconej bezpowrotnie szansy. Krople Preludium Deszczowego zmieszały się z jego łzami, na które pozwalał sobie tak rzadko, teraz jednak smakując katharsis, cierpiąc i odradzając się w tym cierpieniu, pogrążał się w ciężkich akordach środkowej części, jakby stał obok siebie i ze stoickim spokojem obserwował potrzaskaną duszę.
Deszcz przemijał. Dźwięki ustały, podobnie jak łzy.
Nuty leżały na drugim z fortepianów, tym wniesionym do sypialni, gdzie katował Chopina od miesiąca. Teraz szczęśliwie mógł dotknąć ideału, w prezencie, w torturze, którą sam sobie ufundował dłońmi zdolnego młodzieńca.
Cisza nabrzmiała między nimi.
Nie klaskał.
Zmęczony przypatrywał się artyście, który teraz wyłonił się zza zasłony dźwięków w swojej ludzkiej powłoce. Zdążył poznać środowisko muzyków czy innych poświęcających życie sztuce na tyle, aby wiedzieć, że to sceniczna poza, nie surowe wnętrze człowieka, którego szarpią zapewne jego własne rozterki. Oleander był pięknym, nocnym kwiatem, który mógł zakwitnąć tu - w jego ogrodzie, jego płatki długich sprawnych palców, pełen natchnienia uśmiech, niewinna biel młodości doprawiona blaskiem pereł lśniących jak krople rosy na aksamitnej powierzchni. Oleander był trującym kwieciem i nawet przez myśl mu nie przeszło, aby chwycić mocniej za długą łodyżkę szyi i zerwać go w ciszy ogrodu. Pogrążony w rozpaczy, wbrew poradom bliskich nie potrafił znajdować ukojenia w obcych ramionach, innych niż te, które zawłaszczyły go sobie pewnej lipcowej nocy na włoskiej alei dedykowanej gwiazdom. Dlatego jego dłoń zacisnęła się na innej łodydze. Biała, cięta róża zdawała się bardziej odpowiednim podziękowaniem od złotej, w tej ulotności chwili chodziło bowiem o nieśmiertelność dźwięku wobec śmiertelności jakiegokolwiek innego żywota. Podniósł się i niespiesznie podszedł do wykonawcy, jednego z trójcy najświętszej bogini sztuki obok dzieła i odbiorcy. Pośrednik, przez którego wrażliwe filtry przebiła uniesienie, jasność i upadek. Oczy Anthony'ego wciąż były lekko zaczerwienione, gdy podał mu kwiat. Wciąż milcząc, wciąż ważąc swoje istnienie wobec doświadczenia, które współdzielili bez słów wyjaśnień, rozległych opowieści o cudzych życiach.
I tak jak milczał w drodze do niego, tak samo odszedł, niechętny brukania dźwiękowej tkanki słowom przechodzącym przez gardło. Nie był świadom nawet, że syn jego przyjaciół dysponuje inną magią ponad tą wypływającą z jego palców. Urokliwość młodziutkiej twarzy choć nieco podbijała walory estetyczne, tak nie miała w ogóle znaczenia, wobec doświadczenia, które przyszło mu poczuć tej nocy. Oleander mógł być każdym, w bardziej dosłownym sensie, ale tak na prawdę to muzyka sprawiała, że w percepcji Anthony'ego przebierał w maskach kolejnych afektów. Nie mógł, a po prostu był i to nie obliczem, za którym tęsknił, ale samym Anthonym, doświadczającym krystalicznych emocji utkanych dźwięków, emocji, które były na wskroś prawdziwe, jakby wychodziły spod jego palców.
Utonąwszy w krystalicznej wodzie nostalgii pragnął już tylko złożyć ciążącą głowę na poduszce, modląc się w duchu do wszelkich bogów żywych i martwych o spokojny sen pozbawiony śnienia.
Kolejne jego pozycje uspokoiły zachowawczy konserwatyzm serca Anthony'ego, ukoiły go znajomymi tonami. Znał już te opusy, po przymkniętymi powiekami śledził partytury, do których sam niekiedy podchodził, zwłaszcza podczas francuskiej misji dyplomatycznej, gdy w bieli i czerni klawiszy odnajdywał ukojenie wobec dziejących się wkoło burz. Małe tłoczące się główki nut szybko jednak ustąpiły innym doznaniom, sunące krople pasaży przywoływały w pamięci deszcze pocałunków składanych na wytęsknionej skórze, sunące pochody gamowe niczym opuszki palców przemierzające napiętą szyję wygiętą w potrzebie pieszczoty, pławiącą się w podziwie ześlizgujących się po krzywiźnie złocistych ślepi, gotową przyjąć wszystko - od ledwie wyczuwalnych muśnięć, po agresywne akordy zakleszczonych na niej zębisk. W pasji, w namiętności odmawianej sobie miesiącami, w tęsknocie zaduszonej silnymi ramionami, w miłości, która nigdy nie została wypowiedziana, w strachu, który na krótki moment mógł zasnąć, aby powrócić z pełnią siły kilka dni później, pośród szarej rzeczywistości obojętności i nieprzebytego dystansu jednego piętra, które dzieliło ich biura.
Ułożył się wygodniej, pozwalając fantomowym gestom wspomnieć gorąc języka, szorstkość policzka pozostawiającego zaczerwienione ścieżki niekończącej się eksploracji. Ułożył się wygodniej, torturując się każdym dźwiękiem, otwierającym kolejne wspomnienia zaszyte w złocistych monetach robionych na zamówienie. Każda wyprawa niosła ze sobą jeden wirujący krąg noszący dumnie na rewersie symbol miejsca, które stawało się ich rajem, które teraz jawiło mu się kolejnymi kręgami piekła, niekończącej się boleści osamotnienia i żałoby za utraconą szansą, za wyśnioną bliskością, po którą sięgnął okrutny bezbarwny poranek.
Gwałtowne wejście w etiudę zwaną rewolucyjną niemalże zrzuciło go z wygodnego legowiska. Irytacja przyszła falą, w zaburzeniu sennego, nostalgicznego nastroju krzykiem, szybko jednak zalała go fala innych, bardziej burzliwych wspomnień. Wdarła się słoną falą przez usta, niczym wody morza czerwonego, odbierając dech, wyciskając łzy. Czy nie tak czuł się tamtego wieczoru, gdy otrzymał odpowiedź odmowną? Jedyne dwie przyjemności, jedyne dwie oazy wypełnione złotem skóry słonecznego bożka spalającego go, po całym dniu pracy, całym dniu lśnienia na nieboskłonie ukradzionych przez Anthony'ego dni z dala od angielskiej rzeczywistości. Dwa punkty, jasne i jak złote topazy zajmujące należyte miejsce w podziemnym skarbcu, jak para oczu patrzących zamglonych pragnieniem, para oczu tnących ostro pogardą i odrzuceniem.
Drżał na całym ciele i był wdzięczny bardzo muzykowi, że ten nie przestał, nie zwracał nań większej uwagi poświęcając się w sztuce i zapadając w dogasającym koncercie w łagodniejsze znów strefy otulające żal słuchacza, niosące mu gorzką pociechę, widmo długiego życia wbrew sobie, w zamknięciu, oderwaniu i tajemnicy, w straconej bezpowrotnie szansy. Krople Preludium Deszczowego zmieszały się z jego łzami, na które pozwalał sobie tak rzadko, teraz jednak smakując katharsis, cierpiąc i odradzając się w tym cierpieniu, pogrążał się w ciężkich akordach środkowej części, jakby stał obok siebie i ze stoickim spokojem obserwował potrzaskaną duszę.
Deszcz przemijał. Dźwięki ustały, podobnie jak łzy.
Nuty leżały na drugim z fortepianów, tym wniesionym do sypialni, gdzie katował Chopina od miesiąca. Teraz szczęśliwie mógł dotknąć ideału, w prezencie, w torturze, którą sam sobie ufundował dłońmi zdolnego młodzieńca.
Cisza nabrzmiała między nimi.
Nie klaskał.
Zmęczony przypatrywał się artyście, który teraz wyłonił się zza zasłony dźwięków w swojej ludzkiej powłoce. Zdążył poznać środowisko muzyków czy innych poświęcających życie sztuce na tyle, aby wiedzieć, że to sceniczna poza, nie surowe wnętrze człowieka, którego szarpią zapewne jego własne rozterki. Oleander był pięknym, nocnym kwiatem, który mógł zakwitnąć tu - w jego ogrodzie, jego płatki długich sprawnych palców, pełen natchnienia uśmiech, niewinna biel młodości doprawiona blaskiem pereł lśniących jak krople rosy na aksamitnej powierzchni. Oleander był trującym kwieciem i nawet przez myśl mu nie przeszło, aby chwycić mocniej za długą łodyżkę szyi i zerwać go w ciszy ogrodu. Pogrążony w rozpaczy, wbrew poradom bliskich nie potrafił znajdować ukojenia w obcych ramionach, innych niż te, które zawłaszczyły go sobie pewnej lipcowej nocy na włoskiej alei dedykowanej gwiazdom. Dlatego jego dłoń zacisnęła się na innej łodydze. Biała, cięta róża zdawała się bardziej odpowiednim podziękowaniem od złotej, w tej ulotności chwili chodziło bowiem o nieśmiertelność dźwięku wobec śmiertelności jakiegokolwiek innego żywota. Podniósł się i niespiesznie podszedł do wykonawcy, jednego z trójcy najświętszej bogini sztuki obok dzieła i odbiorcy. Pośrednik, przez którego wrażliwe filtry przebiła uniesienie, jasność i upadek. Oczy Anthony'ego wciąż były lekko zaczerwienione, gdy podał mu kwiat. Wciąż milcząc, wciąż ważąc swoje istnienie wobec doświadczenia, które współdzielili bez słów wyjaśnień, rozległych opowieści o cudzych życiach.
I tak jak milczał w drodze do niego, tak samo odszedł, niechętny brukania dźwiękowej tkanki słowom przechodzącym przez gardło. Nie był świadom nawet, że syn jego przyjaciół dysponuje inną magią ponad tą wypływającą z jego palców. Urokliwość młodziutkiej twarzy choć nieco podbijała walory estetyczne, tak nie miała w ogóle znaczenia, wobec doświadczenia, które przyszło mu poczuć tej nocy. Oleander mógł być każdym, w bardziej dosłownym sensie, ale tak na prawdę to muzyka sprawiała, że w percepcji Anthony'ego przebierał w maskach kolejnych afektów. Nie mógł, a po prostu był i to nie obliczem, za którym tęsknił, ale samym Anthonym, doświadczającym krystalicznych emocji utkanych dźwięków, emocji, które były na wskroś prawdziwe, jakby wychodziły spod jego palców.
Utonąwszy w krystalicznej wodzie nostalgii pragnął już tylko złożyć ciążącą głowę na poduszce, modląc się w duchu do wszelkich bogów żywych i martwych o spokojny sen pozbawiony śnienia.
Koniec sesji