09.01.2025, 00:09 ✶
Czyż nie istniało powiedzenie, wedle którego z kim przystajesz takim się stajesz? Mugole i czarodzieje mieli ich naprawdę, naprawdę dużo, nie tylko to. Tutaj, w tej sytuacji, do Cynthii pasowałoby ciągnie swój do swego, bo skoro wokół niej orbitowali Śmierciożercy... To trzeba było się zastanowić, czy jednak nie działo się na odwrót i to Flint nie lawirowała jak satelita. W końcu badała śmierć, taplała się w cielesnej przeszłości zmarłych. Sprawdzała, co można i czego nie można. Potrafiła czytać z ludzkiego ciała tak, jak zwykły człowiek czytał książki. Skalpel w jej dłoni nie był tylko ostrym narzędziem, służącym do przecinania tkanek, by odsłonić wnętrze pełne odpowiedzi - to była broń, bo przecież wiedza była potęgą. Był bronią słabą, lecz Lestrange uważał, że tylko w tej chwili: przecież oferował jej coś, co tę broń wzmocni. Sprawi, że Flint sięgnie po więcej, zgarnie tyle wiedzy, że przewyższy tym nie tylko swoją mentorkę, ale również przełożonego. Nie będzie przecież nikomu zdradzać, skąd wie to, co wie. Jeżeli będzie znała odpowiedzi - łatwiej przyjdzie jej zafałszowanie drogi do nich.
Czy Rodolphus miał pecha, skoro to właśnie ciekawość zaprowadziła Cynthię w jego progi? Gdyby to usłyszał, na pewno by zaprzeczył. To nie był pech, to było prawdziwe zrządzenie losu. Gdyby nie ta upartość, ta pewność siebie i ciekawość, nie staliby teraz naprzeciwko siebie, gotowi przenieść się do Walii, która stała przed nimi otworem.
Piękno fizyczne to było jedno - inną sprawą był całokształt, który wyłaniał się, gdy ktoś miał piękny umysł. Cynthia zaczynała go fascynować nie dlatego, że była ładna i wyglądała niewinnie. Nie dla niego były piękne, niewinne uśmiechy czy powłóczyste spojrzenia. Doskonale je rozpoznawał, bowiem sam je stosował, chociaż nie w ten konkretny sposób. Delikatne muśnięcia dłoni, przypadkowe otarcie ramienia o ramię, położenie dłoni na plecach podczas przepuszczania w drzwiach... Aktywne słuchanie, łagodny wyraz twarzy i pozornie szczere zainteresowanie drugą osobą - to zwykle wystarczało, by zacząć patrzeć na niego zupełnie inaczej, łaskawiej. Wystarczyło dodać do tego przyjemną dla oka aparycję, a w jego przypadku jeszcze pieniądze: i gotowe. Rodolphus Lestrange był fałszywy do szpiku kości, dlatego nauczył się przenikać przez kłamstwo. Nie zawsze mu się to udawało, lecz gdy tylko nakładał własne ambicje i zachowania, z reguły trafiał w punkt. Niewinna aparycja Cynthii nie miała nic wspólnego z tym, czym się zajmowała. To była maska, taka samą którą i on zakładał, bo musiał. Być może odrobinę przyrosła do twarzy, lecz wciąż była maską. Pod nią kryło się prawdziwe piękno: umysł. Umysł ostry jak ten skalpel, który brała między palce. Umysł tak wykręcony, by sięgać po więcej, by dotykać problemu głębiej, mimo że przecież to było zakazane. I ambicja, cholerna ambicja, która niejednego zgubiła, lecz nieliczni potrafili wyłowić z niej to, co przysunie ich bliżej celu bez narażania się na ostracyzm.
- Bardzo dobra odpowiedź - powiedział, kiwając lekko głową z aprobatą. Mieli ze sobą więcej wspólnego, niż początkowo można byłoby sądzić. Uśmiechnął się szerzej na te słowa, lecz nie odpowiedział już nic. Trzask deportacji odbił się od pustych półek regałów, gdy Cynthia i Rodolphus przenieśli się w zupełnie inne miejsce.
Zgodnie z tym, co obiecał listownie, znaleźli się w Walii. Aportowali się przed niewielką chatą, która estetyką zdecydowanie bardziej pasowała do Lestrange'a. Chata stała w niezbyt gęstym lasku, ukryta między drzewami. Bez instrukcji znalezienie jej byłoby trudne, ale nie niemożliwe. Wyglądała... Biednie. Trochę jak rudera, chociaż gdy Cynthia się przyjrzała, to dostrzegła solidne drzwi niepasujące do rudery, a także szczelne okna. Drewno wydawało się przegniłe, ale nie mogło być to prawdą, bo w innym przypadku nie zachowałyby się okna i drzwi w tak dobrym stanie. Chata została magicznie postarzona, by z daleka nie zachęcała do odwiedzin, gdyby komuś udało się przełamać zaklęcia maskujące i zabezpieczające. Być może nawet rzucono na nie zaklęcie, które uniemożliwiało mugolom dostrzeżenie jej.
Rodolphus puścił dłoń Cynthii. Chłód jej skóry był niczym w porównaniu z chłodem wiatru, który wkradł się pomiędzy nich. Tego dnia w Walii wiało, wiatr porwał srebrne kosmyki koronerki i owiał jej sylwetkę pieszczotliwie. Rodolphus wyciągnął różdżkę, podszedł do drzwi i wyszeptał kilka słów. Zamek jakby zamigotał srebrną poświatą, zafalował i zmienił się w mosiężną klamkę. Gestem ręki zaprosił kobietę do środka, żeby nie stała na zimnie.
Wnętrze było surowe, puste, drewniane ale nowe. Trochę zbyt nowe, mocno kontrastowało z zewnętrznym wyglądem rudery. Pachniało tu świeżym drewnem, żywicą i kurzem. Dwa pokoje: ten, w którym stali i ten naprzeciwko, z uchylonymi drzwiami. Jedno biurko, czarna zamykana drewniana szafa, para krzeseł i odznaczająca się klapa w podłodze. Lestrange miał dziwny pociąg do piwnic, o czym Flint jeszcze nie wiedziała. Dodatkowo był tu kominek, do którego teraz podszedł Rodolphus, a obok kanapa i stolik.
Wnętrze było cholernie puste i zimne - i nie chodziło tu nawet o temperaturę. Wszystko tu było bezpłciowe i bezosobowe. Było tu również cicho, chociaż Rodolphus już kierował różdżkę w stronę klapy, by rozproszyć kolejne zaklęcie, tym razem wyciszające. Do uszu Cynthii dobiegło charakterystyczne kapanie, jakby z kolby eliksirów, oraz przelewanie się wody. I coś jeszcze. Jakby jęk?
- Panie przodem - uśmiechnął się nieznacznie w stronę Cynthii, zaklęciem podnosząc klapę i zapalając świece, ustawione wzdłuż schodów. Przynajmniej nie musieli schodzić po drabinie, o tyle dobrze. Wciąż jednak schody były dość strome i zimne, dlatego gotów był zaoferować jej pomocną dłoń, by przypadkiem sobie czegoś nie zrobiła. Przywiódł ją tu, by podzielić się jednym z największych sekretów, a nie by łamać jej długie nogi. Poza tym, można było wierzyć lub też nie, Lestrange nie był brutalem, a w szczególności nie był brutalny do kobiet. Można było powiedzieć o nim naprawdę dużo, lecz nigdy nie uderzył żadnej czystokrwistej czarownicy.
Czy Rodolphus miał pecha, skoro to właśnie ciekawość zaprowadziła Cynthię w jego progi? Gdyby to usłyszał, na pewno by zaprzeczył. To nie był pech, to było prawdziwe zrządzenie losu. Gdyby nie ta upartość, ta pewność siebie i ciekawość, nie staliby teraz naprzeciwko siebie, gotowi przenieść się do Walii, która stała przed nimi otworem.
Piękno fizyczne to było jedno - inną sprawą był całokształt, który wyłaniał się, gdy ktoś miał piękny umysł. Cynthia zaczynała go fascynować nie dlatego, że była ładna i wyglądała niewinnie. Nie dla niego były piękne, niewinne uśmiechy czy powłóczyste spojrzenia. Doskonale je rozpoznawał, bowiem sam je stosował, chociaż nie w ten konkretny sposób. Delikatne muśnięcia dłoni, przypadkowe otarcie ramienia o ramię, położenie dłoni na plecach podczas przepuszczania w drzwiach... Aktywne słuchanie, łagodny wyraz twarzy i pozornie szczere zainteresowanie drugą osobą - to zwykle wystarczało, by zacząć patrzeć na niego zupełnie inaczej, łaskawiej. Wystarczyło dodać do tego przyjemną dla oka aparycję, a w jego przypadku jeszcze pieniądze: i gotowe. Rodolphus Lestrange był fałszywy do szpiku kości, dlatego nauczył się przenikać przez kłamstwo. Nie zawsze mu się to udawało, lecz gdy tylko nakładał własne ambicje i zachowania, z reguły trafiał w punkt. Niewinna aparycja Cynthii nie miała nic wspólnego z tym, czym się zajmowała. To była maska, taka samą którą i on zakładał, bo musiał. Być może odrobinę przyrosła do twarzy, lecz wciąż była maską. Pod nią kryło się prawdziwe piękno: umysł. Umysł ostry jak ten skalpel, który brała między palce. Umysł tak wykręcony, by sięgać po więcej, by dotykać problemu głębiej, mimo że przecież to było zakazane. I ambicja, cholerna ambicja, która niejednego zgubiła, lecz nieliczni potrafili wyłowić z niej to, co przysunie ich bliżej celu bez narażania się na ostracyzm.
- Bardzo dobra odpowiedź - powiedział, kiwając lekko głową z aprobatą. Mieli ze sobą więcej wspólnego, niż początkowo można byłoby sądzić. Uśmiechnął się szerzej na te słowa, lecz nie odpowiedział już nic. Trzask deportacji odbił się od pustych półek regałów, gdy Cynthia i Rodolphus przenieśli się w zupełnie inne miejsce.
Aberystwyth, Walia
Zgodnie z tym, co obiecał listownie, znaleźli się w Walii. Aportowali się przed niewielką chatą, która estetyką zdecydowanie bardziej pasowała do Lestrange'a. Chata stała w niezbyt gęstym lasku, ukryta między drzewami. Bez instrukcji znalezienie jej byłoby trudne, ale nie niemożliwe. Wyglądała... Biednie. Trochę jak rudera, chociaż gdy Cynthia się przyjrzała, to dostrzegła solidne drzwi niepasujące do rudery, a także szczelne okna. Drewno wydawało się przegniłe, ale nie mogło być to prawdą, bo w innym przypadku nie zachowałyby się okna i drzwi w tak dobrym stanie. Chata została magicznie postarzona, by z daleka nie zachęcała do odwiedzin, gdyby komuś udało się przełamać zaklęcia maskujące i zabezpieczające. Być może nawet rzucono na nie zaklęcie, które uniemożliwiało mugolom dostrzeżenie jej.
Rodolphus puścił dłoń Cynthii. Chłód jej skóry był niczym w porównaniu z chłodem wiatru, który wkradł się pomiędzy nich. Tego dnia w Walii wiało, wiatr porwał srebrne kosmyki koronerki i owiał jej sylwetkę pieszczotliwie. Rodolphus wyciągnął różdżkę, podszedł do drzwi i wyszeptał kilka słów. Zamek jakby zamigotał srebrną poświatą, zafalował i zmienił się w mosiężną klamkę. Gestem ręki zaprosił kobietę do środka, żeby nie stała na zimnie.
Wnętrze było surowe, puste, drewniane ale nowe. Trochę zbyt nowe, mocno kontrastowało z zewnętrznym wyglądem rudery. Pachniało tu świeżym drewnem, żywicą i kurzem. Dwa pokoje: ten, w którym stali i ten naprzeciwko, z uchylonymi drzwiami. Jedno biurko, czarna zamykana drewniana szafa, para krzeseł i odznaczająca się klapa w podłodze. Lestrange miał dziwny pociąg do piwnic, o czym Flint jeszcze nie wiedziała. Dodatkowo był tu kominek, do którego teraz podszedł Rodolphus, a obok kanapa i stolik.
Wnętrze było cholernie puste i zimne - i nie chodziło tu nawet o temperaturę. Wszystko tu było bezpłciowe i bezosobowe. Było tu również cicho, chociaż Rodolphus już kierował różdżkę w stronę klapy, by rozproszyć kolejne zaklęcie, tym razem wyciszające. Do uszu Cynthii dobiegło charakterystyczne kapanie, jakby z kolby eliksirów, oraz przelewanie się wody. I coś jeszcze. Jakby jęk?
- Panie przodem - uśmiechnął się nieznacznie w stronę Cynthii, zaklęciem podnosząc klapę i zapalając świece, ustawione wzdłuż schodów. Przynajmniej nie musieli schodzić po drabinie, o tyle dobrze. Wciąż jednak schody były dość strome i zimne, dlatego gotów był zaoferować jej pomocną dłoń, by przypadkiem sobie czegoś nie zrobiła. Przywiódł ją tu, by podzielić się jednym z największych sekretów, a nie by łamać jej długie nogi. Poza tym, można było wierzyć lub też nie, Lestrange nie był brutalem, a w szczególności nie był brutalny do kobiet. Można było powiedzieć o nim naprawdę dużo, lecz nigdy nie uderzył żadnej czystokrwistej czarownicy.