09.01.2025, 01:35 ✶
Wywrócił oczami, ani przez chwilę nie próbując ukrywać rozbawienia wywołanego oburzeniem wprost bijącym z tonu głosu dziewczyny. Doskonale wiedział, co powinien powiedzieć, żeby wywołać u niej tę reakcję. Co prawda liczył się przy tym, że następnym krokiem, jaki mogłaby podjąć było ugryzienie go w język czy w szyję, ale to też był w stanie przeżyć. Wszystko dla atmosfery, jaka nagle zapanowała pomiędzy nimi. Wszystko po to, aby nie myśleć o niczym innym.
Ale skapitulował. Nie potrafił jej zbyt długo podpuszczać. Nie znajdując się w tym błogim stanie, podczas gdy chyba naprawdę zależało mu na tym, aby była szczęśliwa. Tak po prostu. Chociaż przez chwilę. Aby mógł widzieć uśmiech wymalowany na twarzy rumieniącej się od wiatru i słyszeć cichy śmiech. Tylko tyle, aż tyle.
W ostatnich miesiącach nie mieli zbyt wielu okazji, by móc sobie na to pozwolić. Tak właściwie, był to pierwszy taki moment, odkąd sięgał pamięcią. Od tamtego zimowego poranka, nie licząc tych kilku chwil popołudniem w Piaskownicy, gdy wrócili tu wczoraj. A jednak wtedy szybko przeszli do sycenia się sobą nawzajem w bardziej fizyczny sposób, teraz po prostu chłonąc swoją obecność. Nic więcej. Tylko tyle, aż tyle.
- Skoro już tak to stawiamy, nie ma tu miejsca na żadne gdybysie, bo zawsze bym cię wybrał - odparł miękko, dokładnie te słowa mając teraz na myśli.
Przecież miał świadomość tego, w jaki sposób to u nich wyglądało. Szczególnie wtedy, kiedy krążyli wokół siebie, nie do końca mogąc nakreślić to, co ich łączyło, ale też dużo wcześniej, bo na tym balu z okazji Yule. I wielokrotnie w momentach, o których nawet nie próbował mówić.
Nie tylko podczas urodzin Fabiana. Na wszystkich oficjalnych uroczystościach, na których musiał pojawiać się przez ostatnie półtora roku. Zawsze i wszędzie w tłumie szukał wzrokiem wyłącznie jednej kobiety. Nawet wtedy, kiedy nie była już jego. To nie miało się zmienić.
Tęsknił za nią. Bardziej niż kiedykolwiek byłby w stanie to powiedzieć. Za dotykiem i spojrzeniem. Za ciepłem skóry, zapachem włosów łaskoczących go w nos. Za jej uśmiechem, miękkim, melodyjnym głosem. Walijskim zaśpiewem, gdy się na niego irytowała. Byli najlepszym zespołem, lecz przecież nie tylko. Byli...
...powinni być dla siebie stworzeni, ale gdzieś po drodze wszystko się rozstrzeliło. Jak przy nieudanej próbie teleportacji. I teraz cierpieli niemalże tak samo fizycznie jak podczas tego rozszczepienia. W tym momencie zapominając o problemach, przynajmniej na kilka chwil, ale gdzieś z tyłu głowy zawsze czaił się ten specyficzny rodzaj melancholii.
- O tak. Miałabyś włócznię ze źdźbła trawy i dźgałabyś nią wszystkie inne dżdżownice. Ale nadal byłabyś cholernie słabym strzelcem. Nie tylko przez to, że dżdżownice nie mają łap do naciągania cięciwy - tak, nie miał najmniejszego oporu przed tym, aby znów przypomnieć Yaxleyównie o tamtym jednym jedynym momencie, który wpłynął na ich życie tak bardzo, że Ambroise latami wytykał jej potknięcie w byciu kuszniczką.
To go bawiło. Ni mniej, nie więcej, po prostu go to bawiło. Tak samo jak wszystkie jej pytania i przemyślenia na temat struktur towarzyskich, emocjonalnych czy uczuciowych pośród robaków. Albo szansach na przetrwanie starcia z mewą. Czy kieszonkach. Tak, mieli też kwestię kieszonek, na którą parsknął zarozumiale.
- Nie bądź głupia, one po to tam są. Na okoliczność przemiany twojej dziewczyny w robaka. Nie tylko dżdżownicę. Może być też żuk czy pająk. Możliwości są niezliczone, ale kieszonka jest zawsze uniwersalna - nie pamiętał, kiedy ostatni raz z taką lekkością wypowiedział tyle słów.
Zwilżył gardło alkoholem, jednocześnie powoli kiwając głową.
- Byłabyś najbezpieczniejszą, najdłużej żyjącą dżdżownicą, jakiej kiedykolwiek nie widziano - bo byłaby w kieszonce - to chyba całkiem logiczne, nie?
Miałaby tam całkiem ciepło i wygodnie, choć jako skunks także raczej nie czułaby dyskomfortu związanego z brakiem akurat tej możliwości. Z pewnością znaleźliby inny sposób wspólnej podróży. Równie dobry, jeśli nie lepszy. To było na swój sposób dziwne, ale nigdy wcześniej tak o tym nie myślał. Nie brał pod uwagę wspólnych spacerów w tym układzie. Teraz też raczej robił to w żartach.
- Żadna nowość - skwitował chrząknięciem, kierując wzrok ku Geraldine, nawet jeśli w dalszym ciągu miała zamknięte oczy, i unosząc kąciki ust w znaczącym uśmiechu. - Ten skunks nie musi być skunksem, żeby wbijać we mnie swoje pazurki - był całkowicie pewien, że doskonale potrafiła wyczuć sposób, w jaki na nią teraz spoglądał, tym bardziej, że opuścił przy tym brodę w bardzo charakterystycznym geście.
Nie musiał przypominać o tych wszystkich momentach, kiedy jej dłonie zaciskały się na jego plecach a paznokcie zatapiały się w miękkiej, rozgrzanej skórze, prawda? Oboje pamiętali dzisiejszy poranek. Jakże mieliby o tym zapomnieć, nawet po kilku głębszych, które wydawałoby się, że w oczach Ambroisa uczyniły z tamtych wydarzeń coś jeszcze bardziej...
...chyba nie miał na to żadnego odpowiedniego słowa. Świadomie wybierał nie cofanie się pamięcią do tamtego momentu, bo nie przyniosłoby im to żadnej korzyści. Niczego, być może prócz kolejnej okazji do wznowienia raczej całkowicie zbędnej rozmowy o konieczności trzymania się od siebie nawzajem na właściwy dystans, któremu w tym momencie zdecydowanie daleko było od przyzwoitego.
Mimo tego w gestach Ambroisa w tym momencie brakowało pożądliwości czy żaru. Nawet, jeśli jego dłoń błądziła po ciepłej skórze pod koszulą Geraldine, robił to bezwiednie, nie mając na celu prowadzenia ich ku spełnieniu jakichkolwiek cielesnych pragnień.
Jeżeli w ogóle mieliby mówić o zaspokajaniu czegokolwiek pomiędzy nimi, chodziło o te bardziej metafizyczne, mentalne potrzeby. Coś pasującego do ich zadziwiająco lekkiej, wręcz błahej rozmowy na jakże absurdalne tematy. Przez pewien czas podświadomie obawiał się utraty również tej części ich więzi, lecz najwidoczniej w dalszym ciągu byli w stanie tak po prostu rozmawiać, nie mając na celu żadnego konkretnego zakończenia dyskusji.
Słowa płynęły same z siebie. Ona opierała się o jego pierś, sprawiając, że oddychał spokojniej i głębiej. On przesuwał opuszkami palców po jej plecach. Wyłącznie po to, żeby dać jej trochę ciepła. W pewnym sensie odwdzięczając się za jej policzek na jego klatce piersiowej i obejmujące go ramiona. Odwzajemniał tę delikatną, całkiem subtelną czułość, bo zawsze to robił. Za każdym razem, gdy wcale nie potrzebowali głębiej się do siebie zbliżać. Wystarczyła sama obecność, sam bardzo delikatny dotyk.
Za tym też cholernie mocno tęsknił. Za porankami spędzanymi w miękkiej pościeli, patrząc na promienie słoneczne przebijające się przez zasłony i błyszczące na suficie. Za wspólnymi popołudniami na kanapie z książką albo cholernie psującym się telewizorem, który raz działał a raz nie. Za powrotami do domu i jej miękkimi wargami nastawionymi do pocałunku, ramionami obejmującymi go po męczącym dyżurze, ciepła herbatą albo grzańcem już czekającym na ławie w salonie.
I za ich wrzosowiskiem, choć teraz brakowało im tu koca i kosza piknikowego, żeby dopełnić ten obraz rodem wyjęty z przeszłości. Brak im było poduszki, może też plażowego parasola do osłony przed zbyt jasnym słońcem i wiatrem. Mieli butelkę alkoholu. Nawet dwie. Mieli też siebie nawzajem i coś, o czym niemalże zapomniał, zbyt mocno poirytowany widokiem zarośniętego ogrodu, żeby docenić to, co przecież rosło za ich plecami.
- Jeżynę? - Spytał cicho, nie zamierzając czekać na odpowiedź, tylko wyciągając rękę za głowę.
Tym razem nie uważał, na oślep sięgając ku pędom i bez słowa wymacując kilka wyjątkowo dojrzałych, niemal już przejrzałych słodkich owoców. Jednocześnie parsknął cicho, słysząc kolejne słowa Geraldine i chyba nawet będąc w stanie wyobrazić sobie widok, którego wizję przed nim roztaczała.
- Masz szczęście, że noszę się w taki a nie inny sposób - zauważył, jakby rzeczywiście rozmawiali o czymś, co mogło mieć miejsce w przyszłości, nawet całkiem bliskiej. - Choć futrzany szalik? Czy ja wiem? To chyba zbyt wiele, nawet jak na mnie. Jestem podstarzałym kawalerem, nie starą panną. Poza tym latem to by raczej nie przeszło - nie miał najmniejszego problemu z tym, aby odbić słowa Riny, jednocześnie bezwiednie nazywając wszystko całkowicie po imieniu.
Nie byli już razem a otoczenie doskonale o tym wiedziało. Abstrahując już od braku oficjalnej informacji, wystarczyło przecież zaledwie kilka miesięcy, aby opinia publiczna już wydała swój osąd, jednocześnie swatając Yaxleyównę z jej innym najlepszym przyjacielem. Chciała tego czy nie, jeśli o nią sądziło, dla ludzi którzy rozmawiali o tym na korytarzach Munga (choć bardziej w kontekście celebryty Longbottoma) była całkiem zajętą kobietą. On? Raczej nie próbował dawać ludziom odczuć, że spotykał się z kimś na dłużej niż noc czy dwie.
A jednak tu i teraz. W tym momencie to było całkiem zabawne. Ten obraz, jaki mu zaoferowała. Miękki kołnierz z futra owiniętego wokół jego szyi. Mimowolnie spojrzał w kierunku nieba, mocniej wyciągając wolną rękę za plecy i starając się nie przewrócić kolanem butelki, którą o nie oparł. Wygiął się po więcej jeżyn, jednocześnie znowu zabierając głos.
- Mógłbym nosić cię w kapturze albo w torbie. W tej drugiej byłabyś zupełnie incognito - stwierdził, bez zastanowienia zrywając owoc wyczuty pod palcami i cofając dłoń z sykiem. - Ja pierdolę - bezwiednie wypuścił jeżyny na koc, odruchowo przyciągając dłoń do ust i ssąc jej wnętrze.
Bezmyślnie, a jednak nad tym też niespecjalnie się zastanawiał.
Ale skapitulował. Nie potrafił jej zbyt długo podpuszczać. Nie znajdując się w tym błogim stanie, podczas gdy chyba naprawdę zależało mu na tym, aby była szczęśliwa. Tak po prostu. Chociaż przez chwilę. Aby mógł widzieć uśmiech wymalowany na twarzy rumieniącej się od wiatru i słyszeć cichy śmiech. Tylko tyle, aż tyle.
W ostatnich miesiącach nie mieli zbyt wielu okazji, by móc sobie na to pozwolić. Tak właściwie, był to pierwszy taki moment, odkąd sięgał pamięcią. Od tamtego zimowego poranka, nie licząc tych kilku chwil popołudniem w Piaskownicy, gdy wrócili tu wczoraj. A jednak wtedy szybko przeszli do sycenia się sobą nawzajem w bardziej fizyczny sposób, teraz po prostu chłonąc swoją obecność. Nic więcej. Tylko tyle, aż tyle.
- Skoro już tak to stawiamy, nie ma tu miejsca na żadne gdybysie, bo zawsze bym cię wybrał - odparł miękko, dokładnie te słowa mając teraz na myśli.
Przecież miał świadomość tego, w jaki sposób to u nich wyglądało. Szczególnie wtedy, kiedy krążyli wokół siebie, nie do końca mogąc nakreślić to, co ich łączyło, ale też dużo wcześniej, bo na tym balu z okazji Yule. I wielokrotnie w momentach, o których nawet nie próbował mówić.
Nie tylko podczas urodzin Fabiana. Na wszystkich oficjalnych uroczystościach, na których musiał pojawiać się przez ostatnie półtora roku. Zawsze i wszędzie w tłumie szukał wzrokiem wyłącznie jednej kobiety. Nawet wtedy, kiedy nie była już jego. To nie miało się zmienić.
Tęsknił za nią. Bardziej niż kiedykolwiek byłby w stanie to powiedzieć. Za dotykiem i spojrzeniem. Za ciepłem skóry, zapachem włosów łaskoczących go w nos. Za jej uśmiechem, miękkim, melodyjnym głosem. Walijskim zaśpiewem, gdy się na niego irytowała. Byli najlepszym zespołem, lecz przecież nie tylko. Byli...
...powinni być dla siebie stworzeni, ale gdzieś po drodze wszystko się rozstrzeliło. Jak przy nieudanej próbie teleportacji. I teraz cierpieli niemalże tak samo fizycznie jak podczas tego rozszczepienia. W tym momencie zapominając o problemach, przynajmniej na kilka chwil, ale gdzieś z tyłu głowy zawsze czaił się ten specyficzny rodzaj melancholii.
- O tak. Miałabyś włócznię ze źdźbła trawy i dźgałabyś nią wszystkie inne dżdżownice. Ale nadal byłabyś cholernie słabym strzelcem. Nie tylko przez to, że dżdżownice nie mają łap do naciągania cięciwy - tak, nie miał najmniejszego oporu przed tym, aby znów przypomnieć Yaxleyównie o tamtym jednym jedynym momencie, który wpłynął na ich życie tak bardzo, że Ambroise latami wytykał jej potknięcie w byciu kuszniczką.
To go bawiło. Ni mniej, nie więcej, po prostu go to bawiło. Tak samo jak wszystkie jej pytania i przemyślenia na temat struktur towarzyskich, emocjonalnych czy uczuciowych pośród robaków. Albo szansach na przetrwanie starcia z mewą. Czy kieszonkach. Tak, mieli też kwestię kieszonek, na którą parsknął zarozumiale.
- Nie bądź głupia, one po to tam są. Na okoliczność przemiany twojej dziewczyny w robaka. Nie tylko dżdżownicę. Może być też żuk czy pająk. Możliwości są niezliczone, ale kieszonka jest zawsze uniwersalna - nie pamiętał, kiedy ostatni raz z taką lekkością wypowiedział tyle słów.
Zwilżył gardło alkoholem, jednocześnie powoli kiwając głową.
- Byłabyś najbezpieczniejszą, najdłużej żyjącą dżdżownicą, jakiej kiedykolwiek nie widziano - bo byłaby w kieszonce - to chyba całkiem logiczne, nie?
Miałaby tam całkiem ciepło i wygodnie, choć jako skunks także raczej nie czułaby dyskomfortu związanego z brakiem akurat tej możliwości. Z pewnością znaleźliby inny sposób wspólnej podróży. Równie dobry, jeśli nie lepszy. To było na swój sposób dziwne, ale nigdy wcześniej tak o tym nie myślał. Nie brał pod uwagę wspólnych spacerów w tym układzie. Teraz też raczej robił to w żartach.
- Żadna nowość - skwitował chrząknięciem, kierując wzrok ku Geraldine, nawet jeśli w dalszym ciągu miała zamknięte oczy, i unosząc kąciki ust w znaczącym uśmiechu. - Ten skunks nie musi być skunksem, żeby wbijać we mnie swoje pazurki - był całkowicie pewien, że doskonale potrafiła wyczuć sposób, w jaki na nią teraz spoglądał, tym bardziej, że opuścił przy tym brodę w bardzo charakterystycznym geście.
Nie musiał przypominać o tych wszystkich momentach, kiedy jej dłonie zaciskały się na jego plecach a paznokcie zatapiały się w miękkiej, rozgrzanej skórze, prawda? Oboje pamiętali dzisiejszy poranek. Jakże mieliby o tym zapomnieć, nawet po kilku głębszych, które wydawałoby się, że w oczach Ambroisa uczyniły z tamtych wydarzeń coś jeszcze bardziej...
...chyba nie miał na to żadnego odpowiedniego słowa. Świadomie wybierał nie cofanie się pamięcią do tamtego momentu, bo nie przyniosłoby im to żadnej korzyści. Niczego, być może prócz kolejnej okazji do wznowienia raczej całkowicie zbędnej rozmowy o konieczności trzymania się od siebie nawzajem na właściwy dystans, któremu w tym momencie zdecydowanie daleko było od przyzwoitego.
Mimo tego w gestach Ambroisa w tym momencie brakowało pożądliwości czy żaru. Nawet, jeśli jego dłoń błądziła po ciepłej skórze pod koszulą Geraldine, robił to bezwiednie, nie mając na celu prowadzenia ich ku spełnieniu jakichkolwiek cielesnych pragnień.
Jeżeli w ogóle mieliby mówić o zaspokajaniu czegokolwiek pomiędzy nimi, chodziło o te bardziej metafizyczne, mentalne potrzeby. Coś pasującego do ich zadziwiająco lekkiej, wręcz błahej rozmowy na jakże absurdalne tematy. Przez pewien czas podświadomie obawiał się utraty również tej części ich więzi, lecz najwidoczniej w dalszym ciągu byli w stanie tak po prostu rozmawiać, nie mając na celu żadnego konkretnego zakończenia dyskusji.
Słowa płynęły same z siebie. Ona opierała się o jego pierś, sprawiając, że oddychał spokojniej i głębiej. On przesuwał opuszkami palców po jej plecach. Wyłącznie po to, żeby dać jej trochę ciepła. W pewnym sensie odwdzięczając się za jej policzek na jego klatce piersiowej i obejmujące go ramiona. Odwzajemniał tę delikatną, całkiem subtelną czułość, bo zawsze to robił. Za każdym razem, gdy wcale nie potrzebowali głębiej się do siebie zbliżać. Wystarczyła sama obecność, sam bardzo delikatny dotyk.
Za tym też cholernie mocno tęsknił. Za porankami spędzanymi w miękkiej pościeli, patrząc na promienie słoneczne przebijające się przez zasłony i błyszczące na suficie. Za wspólnymi popołudniami na kanapie z książką albo cholernie psującym się telewizorem, który raz działał a raz nie. Za powrotami do domu i jej miękkimi wargami nastawionymi do pocałunku, ramionami obejmującymi go po męczącym dyżurze, ciepła herbatą albo grzańcem już czekającym na ławie w salonie.
I za ich wrzosowiskiem, choć teraz brakowało im tu koca i kosza piknikowego, żeby dopełnić ten obraz rodem wyjęty z przeszłości. Brak im było poduszki, może też plażowego parasola do osłony przed zbyt jasnym słońcem i wiatrem. Mieli butelkę alkoholu. Nawet dwie. Mieli też siebie nawzajem i coś, o czym niemalże zapomniał, zbyt mocno poirytowany widokiem zarośniętego ogrodu, żeby docenić to, co przecież rosło za ich plecami.
- Jeżynę? - Spytał cicho, nie zamierzając czekać na odpowiedź, tylko wyciągając rękę za głowę.
Tym razem nie uważał, na oślep sięgając ku pędom i bez słowa wymacując kilka wyjątkowo dojrzałych, niemal już przejrzałych słodkich owoców. Jednocześnie parsknął cicho, słysząc kolejne słowa Geraldine i chyba nawet będąc w stanie wyobrazić sobie widok, którego wizję przed nim roztaczała.
- Masz szczęście, że noszę się w taki a nie inny sposób - zauważył, jakby rzeczywiście rozmawiali o czymś, co mogło mieć miejsce w przyszłości, nawet całkiem bliskiej. - Choć futrzany szalik? Czy ja wiem? To chyba zbyt wiele, nawet jak na mnie. Jestem podstarzałym kawalerem, nie starą panną. Poza tym latem to by raczej nie przeszło - nie miał najmniejszego problemu z tym, aby odbić słowa Riny, jednocześnie bezwiednie nazywając wszystko całkowicie po imieniu.
Nie byli już razem a otoczenie doskonale o tym wiedziało. Abstrahując już od braku oficjalnej informacji, wystarczyło przecież zaledwie kilka miesięcy, aby opinia publiczna już wydała swój osąd, jednocześnie swatając Yaxleyównę z jej innym najlepszym przyjacielem. Chciała tego czy nie, jeśli o nią sądziło, dla ludzi którzy rozmawiali o tym na korytarzach Munga (choć bardziej w kontekście celebryty Longbottoma) była całkiem zajętą kobietą. On? Raczej nie próbował dawać ludziom odczuć, że spotykał się z kimś na dłużej niż noc czy dwie.
A jednak tu i teraz. W tym momencie to było całkiem zabawne. Ten obraz, jaki mu zaoferowała. Miękki kołnierz z futra owiniętego wokół jego szyi. Mimowolnie spojrzał w kierunku nieba, mocniej wyciągając wolną rękę za plecy i starając się nie przewrócić kolanem butelki, którą o nie oparł. Wygiął się po więcej jeżyn, jednocześnie znowu zabierając głos.
- Mógłbym nosić cię w kapturze albo w torbie. W tej drugiej byłabyś zupełnie incognito - stwierdził, bez zastanowienia zrywając owoc wyczuty pod palcami i cofając dłoń z sykiem. - Ja pierdolę - bezwiednie wypuścił jeżyny na koc, odruchowo przyciągając dłoń do ust i ssąc jej wnętrze.
Bezmyślnie, a jednak nad tym też niespecjalnie się zastanawiał.
Because no matter how long the night
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down