09.01.2025, 14:29 ✶
Rozmawiali jak przyjaciele. Wymieniali coraz to głupsze scenariusze, przerzucali się różnorodnymi kolorowymi opcjami na to, co mogło a co nie mogło się stać. Kolejny raz mówili w dokładnie tym samym języku, jakby cokolwiek, co wydarzyło się między nimi tutaj w tym domu, tam w snowdońskiej jaskini, w Dolinie Godryka, w mieszkaniu Geraldine, na Carkitt Market czy przez ostatnie półtora roku...
...jakby to nie miało żadnego znaczenia.
A jednak przyjaźń nie powinna być melancholijna i smutna. Przyjaźń nie powinna być czymś, czego musieliby unikać równie mocno, co emocjonalnego, romantycznego zaangażowania. Nie powinna być czymś, co także musieli odrzucić, odsunąć od siebie jak najdalej wraz ze świadomością, że nie tylko nie powinni, ale wręcz nie mogli mieć nawet tego.
Bowiem w ich przypadku nigdy nie dało się oddzielić od siebie tych dwóch ról. A może nawet trzech? Być może więcej niż tylko trzech, bo kiedyś byli dla siebie niemalże wszystkim? Nieważne, co by zrobili lub czego by unikali, to nigdy nie mogłoby wypalić w ten sposób, w jaki teraz też nie było tak krystalicznie czyste i nieskomplikowane.
To był drugi raz w przeciągu dwudziestu czterech godzin, kiedy odnaleźli w sobie tamtych nieskomplikowanych ludzi gotowych tak po prostu znaleźć się obok siebie, prowadząc rozmowę. Wcześniej zrobili to tam na ganku, ale w tamtym momencie słowa płynące między nimi były dalekie od tej lekkości, jaką teraz mieli. Te tematy były lżejsze. Może dlatego, że nie miały żadnego związku z rzeczywistością?
Naprawdę łatwo było rozmawiać o czymś, co dotyczyło ich wyłącznie w jakimś karykaturalnym wyobrażeniu. W niczym więcej, tylko w rozbawionym spekulowaniu na temat czegoś, co nie miało się wydarzyć. Być może właśnie o to chodziło? Kiedy wszystko inne zdawało się ich dzielić, pozostawały wyłącznie bajki. Dzięki nim potrafili znaleźć się w innej rzeczywistości.
- Nie ma i nie będzie drugiej takiej dżdżownicy jak ty. Jesteś jedyną, którą mógłbym umieścić w moim kompostowniku - odmruknął zgodnie z życzeniem, ten jeden raz nie próbując wykrzywiać rzeczywistości, tylko opierając podbródek o czubek głowy Geraldine i przez moment przyciskając wargi do jej włosów.
Tyle było z rozdzielania przyjaźni od miłości, prawda? Nie mogli być sojusznikami, ale nie potrafiliby też przyjąć tej połowicznej roli w swoich życiach. Rozmawiali jak przyjaciele, ale ani słowa, ani gesty nie pasowały do platonicznej znajomości. Tym lekkim, rozbawionym, być może nieco bełkoczącym tonem mówili o rzeczach, które były dalekie od czegoś, co powinno łączyć przyjaciół. Nawet najlepszych.
- Na pewno mają jakieś otwory gębowe, nie? - Zmarszczył czoło, przesuwając palcem po boku Riny, zaznaczając ścieżkę dotyku na jej skórze i mrużąc oczy, bo za cholerę nie wiedział, jak powinien odpowiedzieć na to pytanie. - Poza tym ty na pewno miałabyś paszczę. Paszczę i bardzo długi jęzor. I nie, nigdy nie przestanę. Nawet z demencją, gdy będziemy już starzy i pomarszczeni, będziesz dla mnie tą jedyną dżdżownicą, która nie umie strzelać z kuszy - stwierdził, nie próbując namyślać się zbyt mocno, bo odpowiedź przychodziła sama.
Nawet po tylu latach. Tyłu okazjach, podczas których udowadniała mu swoje zdolności, wciąż zamierzał się przy tym upierać.
- To ty to powiedziałaś, nie ja - odruchowo wzruszył ramionami, co wyszło mu raczej średnio, zważywszy na to, że leżał przyciśnięty jej ciężarem spoczywającym mu na piersi. - Prawdę mówiąc, zaskoczyłaś mnie wyborem dżdżownicy a nie na przykład modliszki - tak, to bez wątpienia był bardzo niski żart, ale w razie potrzeby był jej w stanie przypomnieć, że sama wcześniej wielokrotnie szafowała tym określeniem.
Dla niego? Byle romantyk powiedziałby, że mogła być motylem, ale motyle w istocie były nieco obrzydliwe, wcale nie tak delikatnie i eteryczne, za jakie przyjmowali je ludzie. Siadały na rozkładającym się mięsie i miały raczej co najmniej średnie upodobania, więc nie. Dla niego?
- Mogłabyś być konikiem polnym - stwierdził, przyglądając się dziewczynie i jej zamkniętym oczom. - Albo jakimś naprawdę ładnym żukiem - takim z błyszczącym pancerzykiem, niebiesko-zielonym, lekko pobłyskującym na złoto, gdy padało nań słońce.
Choć w istocie robaki bardzo średnio do niej pasowały. Zdecydowanie wybierał tu skunksa, który wbrew temu, co mówiła, był dla niej niemalże idealny. A dżdżownice?
- Byłabyś dżdżownicą skrytobójcą. Miałabyś respekt w środowisku. Obawianoby się ciebie tym bardziej, że nikt nie wiedziałby jak wyglądasz - roztoczył przed nią tę jakże malowniczą wizję, palcami zataczając niewielkie kółka na jej ciepłej skórze pod koszulą, pod którą tak bezwiednie wsunął palce.
Kolejny raz mówiąc o czymś na pograniczu przyjaźni i tego, co fizycznie nie pozwalało im spróbować pozostać w tej platonicznej sferze. Wszystkie gesty świadczyły o tym, że nie wytrzymaliby ani jednego dnia. Szczególnie teraz, gdy poznali również te zakamarki swojej duszy. Te instynkty, odruchy, ten sposób, w jaki przez lata zaznaczali przynależność. Kiedyś miesiącami udawało im się unikać bezpośredniego fizycznego kontaktu. Teraz? Nie dało się do tego wrócić. Zresztą nawet by tego nie chciał.
- Tak, dokładnie tak. Skunksy nie mają z tym zbyt wiele wspólnego - uśmiechnął się pod nosem, pociągając spory łyk alkoholu z butelki i wyciągając ją ku Geraldine, gotów uraczyć ją whisky.
Być może nie powinni aż tyle pić, ale odkąd się tu znaleźli, popijając i leżąc z twarzami wystawionymi na słońce, pojawiła się błogość. Trudne myśli zaczęły odsuwać się w cień. I nawet, jeśli gdzieś tam pozostała pewna melancholia, teraz miała całkiem słodkie zabarwienie.
Czy to była nadzieja? Czy karmienie się złudzeniami?
Nie pytał, nie myślał. Wyciągnął rękę ku jeżynom, czując ich lepki sok na palcach. Tak jak wielokrotnie wcześniej, choć teraz był bardziej rozkojarzony. Nie patrzył w tamtym kierunku, zbierając owoce na dotyk, co szło mu zadziwiająco łatwo. Ale przecież nie robił tego po raz pierwszy.
- W to nie wątpię - nie usiłował ukrywać, że pewnie tak, doceniłby obecność Geraldine; owiniętej wokół szyi czy nie, nawet teraz było mu całkiem błogo, gdy czuł ciepło bijące od niej a jej włosy łaskotały go w nos. - Byłabyś bardzo stylowym dodatkiem, tylko trochę wątpię w to, czy potrafiłabyś udawać kołnierz - znacząco uniósł brew, kląskając językiem o podniebienie. - Jesteś na to zbyt ciekawska. To musiałaby być torba albo kaptur, szczególnie tam. W tamtym miejscu - sam sobie kiwnął głową, jednocześnie bez wahania rozwiewając tę kolejną wątpliwość. - Zamówilibyśmy taką otwieraną od wewnątrz. Z ukrytym okienkiem i tak dalej, choć kaptur? Wiesz jak to jest na Ścieżkach - w istocie nawet przez chwilę nie zamierzał pytać, jak bardzo zdążyła je poznać - bywają tam bardziej osobliwe widoki niż ruszający się garb w kapt - urze, pewnie by dokończył, gdyby nie ostry, piekący ból, jaki nagle rozszedł się po jego ręce.
Niemal odruchowo przyłożył wargi do tego miejsca, gwałtownie cofając rękę i wypuszczając jeżyny z dłoni. Nie kontrolował już butelki alkoholu opartej o kolano ani niczego innego. Zwłaszcza dopóki nie dotarły do niego słowa Yaxleyówny, na którą spojrzał zmieszany, mierząc wzrokiem wnętrze jej dłoni wyciągnięte ku niemu.
Z nieznacznymi oporami, łypiąc na Geraldine w taki sposób, jakby w swojej mocno nietrzeźwej głowie analizował to, czy powinien pokazać jej swoją rękę, ostatecznie wyciągnął ku niej dłoń. Bardzo powoli i z miną, której nie chciał robić, nie panując jednak nad wydęciem warg i mimowolnym wykrzywieniem ust w podkówkę.
O dziwo, nie stwierdził jednocześnie, że to nic takiego. Nie mówił, że boli, ale kurwa, zabolało. Po prostu pokazał Yaxleyównie dłoń z wnętrzem upapranym słodkim sokiem z jeżyn, na której mogła dostrzec różowiejący, puchnący ślad w postaci dwóch kropek.
- Mhm - odruchowo odmruknął, przez cały ten czas w dalszym ciągu zwalając ból na te jebane jeżyny, bo nie spuścił wzroku na swoją rękę. Przez cały czas w dalszym ciągu patrzył na Rinę.
...jakby to nie miało żadnego znaczenia.
A jednak przyjaźń nie powinna być melancholijna i smutna. Przyjaźń nie powinna być czymś, czego musieliby unikać równie mocno, co emocjonalnego, romantycznego zaangażowania. Nie powinna być czymś, co także musieli odrzucić, odsunąć od siebie jak najdalej wraz ze świadomością, że nie tylko nie powinni, ale wręcz nie mogli mieć nawet tego.
Bowiem w ich przypadku nigdy nie dało się oddzielić od siebie tych dwóch ról. A może nawet trzech? Być może więcej niż tylko trzech, bo kiedyś byli dla siebie niemalże wszystkim? Nieważne, co by zrobili lub czego by unikali, to nigdy nie mogłoby wypalić w ten sposób, w jaki teraz też nie było tak krystalicznie czyste i nieskomplikowane.
To był drugi raz w przeciągu dwudziestu czterech godzin, kiedy odnaleźli w sobie tamtych nieskomplikowanych ludzi gotowych tak po prostu znaleźć się obok siebie, prowadząc rozmowę. Wcześniej zrobili to tam na ganku, ale w tamtym momencie słowa płynące między nimi były dalekie od tej lekkości, jaką teraz mieli. Te tematy były lżejsze. Może dlatego, że nie miały żadnego związku z rzeczywistością?
Naprawdę łatwo było rozmawiać o czymś, co dotyczyło ich wyłącznie w jakimś karykaturalnym wyobrażeniu. W niczym więcej, tylko w rozbawionym spekulowaniu na temat czegoś, co nie miało się wydarzyć. Być może właśnie o to chodziło? Kiedy wszystko inne zdawało się ich dzielić, pozostawały wyłącznie bajki. Dzięki nim potrafili znaleźć się w innej rzeczywistości.
- Nie ma i nie będzie drugiej takiej dżdżownicy jak ty. Jesteś jedyną, którą mógłbym umieścić w moim kompostowniku - odmruknął zgodnie z życzeniem, ten jeden raz nie próbując wykrzywiać rzeczywistości, tylko opierając podbródek o czubek głowy Geraldine i przez moment przyciskając wargi do jej włosów.
Tyle było z rozdzielania przyjaźni od miłości, prawda? Nie mogli być sojusznikami, ale nie potrafiliby też przyjąć tej połowicznej roli w swoich życiach. Rozmawiali jak przyjaciele, ale ani słowa, ani gesty nie pasowały do platonicznej znajomości. Tym lekkim, rozbawionym, być może nieco bełkoczącym tonem mówili o rzeczach, które były dalekie od czegoś, co powinno łączyć przyjaciół. Nawet najlepszych.
- Na pewno mają jakieś otwory gębowe, nie? - Zmarszczył czoło, przesuwając palcem po boku Riny, zaznaczając ścieżkę dotyku na jej skórze i mrużąc oczy, bo za cholerę nie wiedział, jak powinien odpowiedzieć na to pytanie. - Poza tym ty na pewno miałabyś paszczę. Paszczę i bardzo długi jęzor. I nie, nigdy nie przestanę. Nawet z demencją, gdy będziemy już starzy i pomarszczeni, będziesz dla mnie tą jedyną dżdżownicą, która nie umie strzelać z kuszy - stwierdził, nie próbując namyślać się zbyt mocno, bo odpowiedź przychodziła sama.
Nawet po tylu latach. Tyłu okazjach, podczas których udowadniała mu swoje zdolności, wciąż zamierzał się przy tym upierać.
- To ty to powiedziałaś, nie ja - odruchowo wzruszył ramionami, co wyszło mu raczej średnio, zważywszy na to, że leżał przyciśnięty jej ciężarem spoczywającym mu na piersi. - Prawdę mówiąc, zaskoczyłaś mnie wyborem dżdżownicy a nie na przykład modliszki - tak, to bez wątpienia był bardzo niski żart, ale w razie potrzeby był jej w stanie przypomnieć, że sama wcześniej wielokrotnie szafowała tym określeniem.
Dla niego? Byle romantyk powiedziałby, że mogła być motylem, ale motyle w istocie były nieco obrzydliwe, wcale nie tak delikatnie i eteryczne, za jakie przyjmowali je ludzie. Siadały na rozkładającym się mięsie i miały raczej co najmniej średnie upodobania, więc nie. Dla niego?
- Mogłabyś być konikiem polnym - stwierdził, przyglądając się dziewczynie i jej zamkniętym oczom. - Albo jakimś naprawdę ładnym żukiem - takim z błyszczącym pancerzykiem, niebiesko-zielonym, lekko pobłyskującym na złoto, gdy padało nań słońce.
Choć w istocie robaki bardzo średnio do niej pasowały. Zdecydowanie wybierał tu skunksa, który wbrew temu, co mówiła, był dla niej niemalże idealny. A dżdżownice?
- Byłabyś dżdżownicą skrytobójcą. Miałabyś respekt w środowisku. Obawianoby się ciebie tym bardziej, że nikt nie wiedziałby jak wyglądasz - roztoczył przed nią tę jakże malowniczą wizję, palcami zataczając niewielkie kółka na jej ciepłej skórze pod koszulą, pod którą tak bezwiednie wsunął palce.
Kolejny raz mówiąc o czymś na pograniczu przyjaźni i tego, co fizycznie nie pozwalało im spróbować pozostać w tej platonicznej sferze. Wszystkie gesty świadczyły o tym, że nie wytrzymaliby ani jednego dnia. Szczególnie teraz, gdy poznali również te zakamarki swojej duszy. Te instynkty, odruchy, ten sposób, w jaki przez lata zaznaczali przynależność. Kiedyś miesiącami udawało im się unikać bezpośredniego fizycznego kontaktu. Teraz? Nie dało się do tego wrócić. Zresztą nawet by tego nie chciał.
- Tak, dokładnie tak. Skunksy nie mają z tym zbyt wiele wspólnego - uśmiechnął się pod nosem, pociągając spory łyk alkoholu z butelki i wyciągając ją ku Geraldine, gotów uraczyć ją whisky.
Być może nie powinni aż tyle pić, ale odkąd się tu znaleźli, popijając i leżąc z twarzami wystawionymi na słońce, pojawiła się błogość. Trudne myśli zaczęły odsuwać się w cień. I nawet, jeśli gdzieś tam pozostała pewna melancholia, teraz miała całkiem słodkie zabarwienie.
Czy to była nadzieja? Czy karmienie się złudzeniami?
Nie pytał, nie myślał. Wyciągnął rękę ku jeżynom, czując ich lepki sok na palcach. Tak jak wielokrotnie wcześniej, choć teraz był bardziej rozkojarzony. Nie patrzył w tamtym kierunku, zbierając owoce na dotyk, co szło mu zadziwiająco łatwo. Ale przecież nie robił tego po raz pierwszy.
- W to nie wątpię - nie usiłował ukrywać, że pewnie tak, doceniłby obecność Geraldine; owiniętej wokół szyi czy nie, nawet teraz było mu całkiem błogo, gdy czuł ciepło bijące od niej a jej włosy łaskotały go w nos. - Byłabyś bardzo stylowym dodatkiem, tylko trochę wątpię w to, czy potrafiłabyś udawać kołnierz - znacząco uniósł brew, kląskając językiem o podniebienie. - Jesteś na to zbyt ciekawska. To musiałaby być torba albo kaptur, szczególnie tam. W tamtym miejscu - sam sobie kiwnął głową, jednocześnie bez wahania rozwiewając tę kolejną wątpliwość. - Zamówilibyśmy taką otwieraną od wewnątrz. Z ukrytym okienkiem i tak dalej, choć kaptur? Wiesz jak to jest na Ścieżkach - w istocie nawet przez chwilę nie zamierzał pytać, jak bardzo zdążyła je poznać - bywają tam bardziej osobliwe widoki niż ruszający się garb w kapt - urze, pewnie by dokończył, gdyby nie ostry, piekący ból, jaki nagle rozszedł się po jego ręce.
Niemal odruchowo przyłożył wargi do tego miejsca, gwałtownie cofając rękę i wypuszczając jeżyny z dłoni. Nie kontrolował już butelki alkoholu opartej o kolano ani niczego innego. Zwłaszcza dopóki nie dotarły do niego słowa Yaxleyówny, na którą spojrzał zmieszany, mierząc wzrokiem wnętrze jej dłoni wyciągnięte ku niemu.
Z nieznacznymi oporami, łypiąc na Geraldine w taki sposób, jakby w swojej mocno nietrzeźwej głowie analizował to, czy powinien pokazać jej swoją rękę, ostatecznie wyciągnął ku niej dłoń. Bardzo powoli i z miną, której nie chciał robić, nie panując jednak nad wydęciem warg i mimowolnym wykrzywieniem ust w podkówkę.
O dziwo, nie stwierdził jednocześnie, że to nic takiego. Nie mówił, że boli, ale kurwa, zabolało. Po prostu pokazał Yaxleyównie dłoń z wnętrzem upapranym słodkim sokiem z jeżyn, na której mogła dostrzec różowiejący, puchnący ślad w postaci dwóch kropek.
- Mhm - odruchowo odmruknął, przez cały ten czas w dalszym ciągu zwalając ból na te jebane jeżyny, bo nie spuścił wzroku na swoją rękę. Przez cały czas w dalszym ciągu patrzył na Rinę.
Because no matter how long the night
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down