Chwilę zajęło jej przedarcie się przez krzaki dziko rosnące wokół – bo nikt się nimi nie zajmował, nikt nic nie przycinał, nie uprzątał, więc natura miała pełne pole do popisu, by się rozrosnąć w żaden sposób nie niepokojona. Ale o ileż to wszystko było prostsze w formie kota: mogła się przeciskać pod, pomiędzy, skakać nad, wdrapywać na różne przeszkody… Oczywiście szybciej było się po prostu teleportować, ale nikomu nie działa się krzywda i niczyje życie nie było zagrożone, więc lepiej było się przebiec.
Kiedy wyskoczyła zza krzaków i zbliżyła się do Thomasa i Cathala, pociągnęła kilka razy nosem, próbując wyczuć, czy wyostrzone kocie zmysły są w stanie wyłapać tutaj coś więcej, a gdy uznała, że nie ma tutaj nic dziwnego – odmieniła się i niemalże od razu założyła dłonie na biodra, okręciwszy się odrobinę, chcąc wyłapać wszystko, co się tutaj działo. Pozwoliła, by jej oczy pozostały kocie, złote i nie chowając różdżki, zbliżyła się do swoich towarzyszy.
– Czysto? – zapytała dźwięcznie, nie chcąc straszyć jednego, jak i drugiego, ale być może nie powinna wyłazić za ich plecami, przemieniać się i odzywać, bez uprzedniego chrząknięcia. Oboje mieli chwilę czasu, by lepiej rozeznać się w terenie i tym, co mieli przed sobą.
– Nie ma żab? Sprawdziłeś? Świetnie – historia z żabą była… cóż. Karą za zbytnią ciekawość, gdy kręcili się po ruinach dworku w Hogsmeade, w poszukiwaniu historii, jaka kryła się za duchem dziewczynki. Po spotkaniu z dziwacznymi mechanizmami-żabami, po których Ginny też miała nieprzyjemność rzygać, wolała się od takich rzeczy trzymać na bezpieczną odległość. Odpowiedziała Calowi wdzięcznym uśmiechem. – Nie chcemy tu kolejnej sytuacji – nawet się uśmiechnęła półgębkiem, trochę nawet szyderczo, w ramach autoironii.
Teraz jednak przyglądała się budynkowi, by dojść do tych samych wniosków co Cathal: był stary. Nie tak stary jak wioska, którą badali, ale nadal – stary. Cud, że zachował się tutaj do tej pory. Myśl o zabezpieczeniach była więc tym mocniejsza.
– To bardzo stary budynek – oszacowała na głos. – Prawie tak stary jak nasza wioska Blackwoodów – dodała z lekkim zamyśleniem. – Musi tu działać jakaś magia, sprawdzaliście? – ona… cóż, była dobra z transmutacji, niezła z kształtowania, ale rozpraszanie… tu było pole do poprawy.