Okłamywała… nikogo konkretnego. Chciała, żeby było jej lżej, ale nie chciała dawać satysfakcji matce, nie chciała tego robić swoim kosztem – ten bunt narastał wiec w niej bardzo pomału, gotował się latami, by wybuchnąć z całą mocą w te lato. Każdy przyzwyczajał się do sytuacji: ona, jej siostry, jej matka, jej rodzina… Ale chyba było lepiej. Nie zamierzała też ciągać Sauriela po swojej rodzinie poza rodzicami, jeśli Sauriel nie miał na to ochoty. Chciała, by poznał Olivię, bo ta wróci do domu najszybciej pod koniec grudnia, na Yule, a potem wróci do szkoły, możliwość spotkania jej i poznania była więc mocno ograniczona.
I czego jej matka miałaby się niby uczyć od Eryka? Jak oddać córkę wampirowi? Tego by nie zrobiła – a przynajmniej Victoria chciała w to właśnie wierzyć. Z drugiej strony nie mieściło się w głowie, ze jakikolwiek rodzic może to zrobić swojemu dziecku, a… stało się i Sauriel był tego (nie)żywym dowodem. Nie zasługiwał na to. Nikt nie zasługiwał.
Dla Victorii to wszystko było normalne. Nie było żadną złudą, żadną zabawą, ale też dlatego, że traktowała Sauriela poważnie, nie jak zabaweczkę do odstawienia za chwilę na półkę, kiedy już się znudzi. Nie widziała w tym nic złego, nic nienormalnego – to był świat magii, nie mugoli, którzy zniszczyliby wszystko, co było odstępem od ich pozbawionej wyobraźni normy. Wampiry były częścią tego świata. Może i byli wypaczoną wersją człowieka, bo żyli, choć powinni być martwi, ale to była właśnie magia.
Czas mijał, ale nie uciekał, kiedy tak trwali. Gdy mu się przyglądała, a on odwdzięczał się spojrzeniem, ciągle wgryziony w jej rękę. Nie, nie było w niej strachu, bo już dawno temu obiecała sobie, że nie będzie się go bała. Nie miała pojęcia, że ten strach go napędzał, że go podniecał. Nie wiedziała, że chciałby, żeby się bała. Wielu rzeczy nie wiedziała, bo jej nie powiedział, nie wytłumaczył, a ona nie potrafiła czytać w myślach.
Nie wyrwała mu ręki, kiedy poczuła, że zęby wysunęły się z jej ciała. Kiedy on zlizywał ostatnie krople i całował jej nadgarstek, ona poruszyła palcami, by delikatnie pogładzić go po policzku, a kiedy puścił jej rękę, przejechała tak palcem jeszcze raz, nim ostrożnie zabrała ją do siebie i na nią spojrzała. Na moment tak zamarła, patrząc jak w jakimś transie, jak Sauriel zlizuje jej krew ze swoich ust – nie, nie było w nim tej flegmatyczności. Byli pod tym względem do siebie tacy podobni: powolni, leniwi wręcz w swoich ruchach, nigdzie się nie spieszący… do czasu. Victoria potrafiła ruszać się szybko i zwykle wprawiała tym w osłupienie swoje otoczenie przywykłe do jej powolnego płynięcia przez życie. I z Czarnym Kotem było teraz to samo.
Leciutko się uśmiechnęła i wychyliła do stolika, by złapać za jedną z fiolek i spróbować odkorkować eliksir wiggenowy, co nie było znowu takie proste do zrobienia jedną ręką. Po chwili walki podsunęła ją więc Saurielowi, by jej otworzył, bo nie chciała tego robić jak zwierzę zębami, nadal była przecież damą. Chciała upić jeden łyk, bo tyle powinno wystarczyć na tę rękę.
– Normalnie? – odparła i wzruszyła ramionami. – Nie wiem jak powinnam się czuć prawdę mówiąc – skąd by miała… – Och… – jednak jesteś. To był bardziej wyrok, czy jak możliwość? Bo Victoria miała wrażenie, że otwierały się teraz przed nią pewne drzwi, tylko jeszcze nie wiedziała jakie. Rozszerzyły się jej oczy, gdy z uwagą wpatrywała się w Sauriela. – Czuję się… Nie czuję specjalnej różnicy – przyznała, dając sobie czas na przemyślenie tego, kilka sekund. Nie robiło jej się słabo, nie kręciło jej się w głowie. No… nic w zasadzie się nie działo takiego wielkiego prócz tego, że troszkę bolała ją ręka, ale to była lekka niedogodność, nic wielkiego. – A ty? Jak ty się czujesz? – to też było ważne, może nawet ważniejsze. Czy jej krew była zimna? Czy była nieprzyjemna? Chyba nie, biorąc pod uwagę jego westchnienie na początku. Ale czy teraz nie czuł się jakoś dziwnie, czy nie czuł się źle, nie robiło mu się niedobrze? Zerkała na niego z przejęciem i w końcu sięgnęła po drugą z fiolek.