27.01.2023, 14:51 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 27.01.2023, 14:54 przez Elliott Malfoy.)
Sytuacja Perseusa była niepokojąca. Ledwie dwa tygodnie odwiedzał go w jego własnym domu, aby pouczać Blacka o tym w jaki sposób powinien traktować jego siostrę, a teraz odwiedzał go w szpitalu po tym jak ktoś go porwał i dotkliwie pobił. Nie był pewien co o tym wszystkim myśleć, tej wiosny niespodziewane nieprzyjemności wydawały się czaić za każdym rogiem. Z natury podejrzliwy i pragmatyczny Malfoy czuł niepokój, który tylko wpływał na jego i tak niespecjalnie zdrowy przebieg snu. Od wielu lat zmagał się z bezsennością, zażywał na to eliksiry, tylko dzięki nim był w stanie zmrużyć oczy, gdy chłód okalał go z każdej, możliwej strony, a nieprzyjemne myśli nie odpuszczały, zwłaszcza po zamknięciu powiek.
Zamyślił się stojąc przed niewielką mapką na piętrze Św. Munga, nie szukając nawet spojrzeniem poleconej przez recepcjonistki sali. Po chwili poprawił materiał swetra, jaki miał założony na koszulę, pod eleganckim płaszczem. Wyglądał, jak zwykle, nienagannie. Średniej długości, acz schludnie przycięte blond włosy miał zaczesane do tyłu, żaden z kosmyków nie opadał mu na czoło, pokazując bladą twarz Malfoya, z niewielkimi cieniami pod oczyma, w całej okazałości. Kilka piegów zaplątało się na policzkach, można było je dostrzec tylko w momencie, gdy na lico padały promienie wpadającego przez okna słońca - a z tym przecież różnie bywało, zwłaszcza w Kwietniu i to w Londynie.
Opamiętał się i ruszył w kierunku pomieszczenia, w którym przebywał aktualnie jego przyjaciel, acz od dotarcia do celu powstrzymał go podniesiony, męski głos dochodzący z jednej z pobliskich sal. Zmarszczył brwi pozwalając swojej twarzy zastygnąć w grymasie skupienia, ale tylko na chwilę. Sens słów dotarł do niego wystarczajaco szybko, aby zorientował się, że jest świadkiem tyrady ojca do swojego dziecka. Nie był pewien w jakim wieku jest ofiara, która musiała tego wysłuchiwać, ale poczuł podskórne zirytowanie, a umysł przywiał wspomnienie reprymend Fortinbrasa, które sam dostawał, Merlin jeden wie, dlaczego. Chyba tylko z powodu ojcowskiej nieznośnej chęci utrzymania wszystkich pod swoją absolutną kontrolą. Nie wykluczał też, że takowe rozmowy sprawiały byłemu Ministrowi pewną satysfakcję i to chyba irytowało Elliotta w tym wszystkim najbardziej.
- Czemu zostaję powiadomiony od osoby trzeciej, że mój niewydarzony syn wylądował w szpitalu? Nawet listu nie potrafisz do ojca wysłać? - te słowa przelały czarę goryczy, Malfoy poczuł jak ręce zaczynają mu się pocić, a irytacja wzbierała tak szybko, jak woda na łódce z dziurawym dnem.
Zazwyczaj nie wtrącał się w prywatne sprawy osób trzecich, nieznajomych, bo też wolałby, aby w jego rozmowy nikt bez powodu się nie wcinał, ale w sali, gdzie ojciec zdawał się dawać swojemu synowi reprymendę nie było nikogo innego - ni personelu, ni matki, ni rodzeństwa. Blondyn w przypływie heroiczności, która raczej się u niego nie zdarza przekroczył próg pomieszczenia, czując jak gęstość atmosfery napiera na jego ciało, jak nie akceptuje obecności intruza.
Rozpoznał w starszym z mężczyzn znanego twórcę różdżek z Pokątnej, Ollivandera.
- Nie sądzi Pan, Panie Ollivander, że takie sprawy lepiej załatwiać w mniej publicznych miejscach? Chyba nie chce Pan, aby przyszli czy stali klienci pomyśleli, że traktuje Pan w tak przedmiotowy sposób swojego syna, już pomijam fakt, że robienie komuś wyrzutu, ze jest w szpitalu nie z własnej woli wydaje się niesamowicie niestosownym - spojrzał na Fergusa po raz pierwszy, niebieskie oczy zatrzymały się na opatrunku ręki oraz na opłakanym stanie chłopaka. Chociaż spojrzenie Malfoya nie wyrażało współczucia i raczej niczego konkretnego, tak jego ton miał w sobie lekki nacisk, z takowych, które radzą, aby nie kwestionować, co powiedział, bo może zrobić się nieciekawie.
- Może to nie moja sprawa, ale skoro rozmowa, a raczej Pański monolog dotarł do moich uszu, na pewno inni pacjenci i ich goście będą zdolni do wyłapania sensu wypowiedzi - dodał, czekając na odpowiedź, znów przenosząc spojrzenie z młodszego, na starszego z mężczyzn.
Zamyślił się stojąc przed niewielką mapką na piętrze Św. Munga, nie szukając nawet spojrzeniem poleconej przez recepcjonistki sali. Po chwili poprawił materiał swetra, jaki miał założony na koszulę, pod eleganckim płaszczem. Wyglądał, jak zwykle, nienagannie. Średniej długości, acz schludnie przycięte blond włosy miał zaczesane do tyłu, żaden z kosmyków nie opadał mu na czoło, pokazując bladą twarz Malfoya, z niewielkimi cieniami pod oczyma, w całej okazałości. Kilka piegów zaplątało się na policzkach, można było je dostrzec tylko w momencie, gdy na lico padały promienie wpadającego przez okna słońca - a z tym przecież różnie bywało, zwłaszcza w Kwietniu i to w Londynie.
Opamiętał się i ruszył w kierunku pomieszczenia, w którym przebywał aktualnie jego przyjaciel, acz od dotarcia do celu powstrzymał go podniesiony, męski głos dochodzący z jednej z pobliskich sal. Zmarszczył brwi pozwalając swojej twarzy zastygnąć w grymasie skupienia, ale tylko na chwilę. Sens słów dotarł do niego wystarczajaco szybko, aby zorientował się, że jest świadkiem tyrady ojca do swojego dziecka. Nie był pewien w jakim wieku jest ofiara, która musiała tego wysłuchiwać, ale poczuł podskórne zirytowanie, a umysł przywiał wspomnienie reprymend Fortinbrasa, które sam dostawał, Merlin jeden wie, dlaczego. Chyba tylko z powodu ojcowskiej nieznośnej chęci utrzymania wszystkich pod swoją absolutną kontrolą. Nie wykluczał też, że takowe rozmowy sprawiały byłemu Ministrowi pewną satysfakcję i to chyba irytowało Elliotta w tym wszystkim najbardziej.
- Czemu zostaję powiadomiony od osoby trzeciej, że mój niewydarzony syn wylądował w szpitalu? Nawet listu nie potrafisz do ojca wysłać? - te słowa przelały czarę goryczy, Malfoy poczuł jak ręce zaczynają mu się pocić, a irytacja wzbierała tak szybko, jak woda na łódce z dziurawym dnem.
Zazwyczaj nie wtrącał się w prywatne sprawy osób trzecich, nieznajomych, bo też wolałby, aby w jego rozmowy nikt bez powodu się nie wcinał, ale w sali, gdzie ojciec zdawał się dawać swojemu synowi reprymendę nie było nikogo innego - ni personelu, ni matki, ni rodzeństwa. Blondyn w przypływie heroiczności, która raczej się u niego nie zdarza przekroczył próg pomieszczenia, czując jak gęstość atmosfery napiera na jego ciało, jak nie akceptuje obecności intruza.
Rozpoznał w starszym z mężczyzn znanego twórcę różdżek z Pokątnej, Ollivandera.
- Nie sądzi Pan, Panie Ollivander, że takie sprawy lepiej załatwiać w mniej publicznych miejscach? Chyba nie chce Pan, aby przyszli czy stali klienci pomyśleli, że traktuje Pan w tak przedmiotowy sposób swojego syna, już pomijam fakt, że robienie komuś wyrzutu, ze jest w szpitalu nie z własnej woli wydaje się niesamowicie niestosownym - spojrzał na Fergusa po raz pierwszy, niebieskie oczy zatrzymały się na opatrunku ręki oraz na opłakanym stanie chłopaka. Chociaż spojrzenie Malfoya nie wyrażało współczucia i raczej niczego konkretnego, tak jego ton miał w sobie lekki nacisk, z takowych, które radzą, aby nie kwestionować, co powiedział, bo może zrobić się nieciekawie.
- Może to nie moja sprawa, ale skoro rozmowa, a raczej Pański monolog dotarł do moich uszu, na pewno inni pacjenci i ich goście będą zdolni do wyłapania sensu wypowiedzi - dodał, czekając na odpowiedź, znów przenosząc spojrzenie z młodszego, na starszego z mężczyzn.
“An immense pressure is on me
I cannot move without dislodging the weight of centuries”
♦♦♦