Widziała, że jej nie do końca uwierzył. Widziała to w jego minie, w zwątpieniu w jego czarnych oczach, słyszała w głosie, kiedy powtórzył za nią słowo, które wypowiedziała. No ale co innego miała mu powiedzieć? Nigdy żaden wampir nie pił jej krwi, nie wiedziała jak to jest, jak powinna się czuć po stracie takiej ilości (i czy to faktycznie było dużo, czy może jednak nie?), kiedy powiedzieć “stop”, bo już za dużo i za chwilę zemdleje, kiedy uznać, że dzieje się z nią coś dziwnego. Bez jego oceny byłoby to dla niej właściwie niezbyt możliwe na pierwszy rzut oka.
– Tak, no zobacz – i nawet wstała, z tą niezaleczoną ręką dość gwałtownie i zrobiła zgrabny piruet w miejscu, a potem stanęła na jednej nodze robiąc standardowy test na bycie pijanym – pochyliła się tak do przodu i rozłożyła ręce. Nie zachwiała się, nie straciła równowagi, nie zrobiła “ojej, kręci mi się w głowie”. Po wszystkim usiadła grzecznie na miejsce, które do tej pory zajmowała.
Naprawdę nie kłamała.
To było dziwne, prawda? To znaczy nie jej prawdomówność, ale to, jak się czuła. Albo to, czego nie czuła: słabości. To było… zaskakujące. Dla niej również. I sprawiało, że tym bardziej w kąt chowała teorię o energii, która się wyczerpuje, a jej życie jest tykającą mugolską bombą. Skłaniała się ku temu, że teoria nekromantki z Egiptu była tą prawidłową i to również miało swoje wady i zalety… bo co ona mogła zrobić z taką mocą? Jak ją wykorzystać? Ha…
– Naprawdę nic mi nie jest – dodała. A eliksir piła, żeby zaleczyć rany na ręce po jego zębach, żeby nie krwawić dalej. I trochę… na wszelki wypadek, żeby nie okazało się, że to jednak ma na nią jakiś wpływ, tyle że ona go nie czuje i żeby nie stało się tak, że nagle bez ostrzeżenia zasłabnie. Dlatego odebrała fiolkę i wypiła łyka, żeby zbudzić regenerację ciała. – Powinno być, tak? – sam to powiedział, że normalnie ludziom robiło się już słabo.
– Okej – powiedziała, przyglądając mu się badawczo, teraz ona oceniała czy jej nie okłamywał. Ale czemu by to miało w ogóle służyć? To okłamywanie się na tym polu? Oboje chcieli spróbować, więc kompletną bzdurą byłoby teraz oszukiwanie. – Czyli jedno z nas czuje zdecydowane odstępstwo od normy – czyli… bycie Zimną miało wpływ na to równanie. Bycie Zimną najwyraźniej miało wpływ na wiele rzeczy, chociaż głównie na jej życie i interakcje z innymi. I teraz najwyraźniej miało też wpływać na jej samopoczucie, gdyby zechciała część swojej energii podarować wampirowi w darze własnej krwi.
Jaka była normalność pomiędzy nimi? To pytanie dźwięczało w głowie Victorii od miesiąca: odkąd Sauriel przyszedł do niej wkurwiony listami od Cynthii i potem gadał jej, że chce żeby było normalnie między nimi i że normalnie, gdy ktoś zaczyna mieć do niego uczucia, to się odcina, ale tu nie chciał i… a potem sam zrobił ruch, których przeczył wielu rzeczom, które do tej pory robił i mówił. Dlatego… czym była normalność? Niczym, nie istniała. Budowali ją właściwie od zera, wyrzuciwszy za siebie to, jacy byli podczas okresu swojego narzeczeństwa, pod wpływem mocy Beltane. Ich normalność była czystą tablicą, która mogli zapisać dokładnie tak, jak chcieli, by była zapisana.
Nawet ona czuła to dziwne napięcie w Saurielu, którego nie rozumiała. Jak miała rozumieć, skoro tak mało jej mówił i niektóre rzeczy musiała z niego wyciągać niemalże na siłę, a innych nawet nie tykała, nie chcąc go przycisnąć zbyt mocno. Powiodła za nim wzrokiem kiedy wstał i stanął tyłem do niej. W tym czasie wypiła drugą fiolkę eliksiru – ale tym razem z odkorkowaniem poradziła sobie sama oburącz i wypiła go całego: ten miał uzupełnić choć trochę tej wypitej krwi, nie wiedziała, czy jest jej to potrzebne czy nie, ale nie powinno zaszkodzić… chyba. Spoglądała przy tym na jego plecy, na to, jak dotyka roślinę, jakby nad czymś myślał. I to dziwne napięcie… Nie rozumiała, co się dzieje, na to, jak była bystra i inteligentna, jak często czytała z ludzi, Sauriel bywał dla niej prawdziwą zagadką.
– Co się dzieje? – Sauriel się do niej odwrócił, a ona… miała wrażenie, że coś jest nie do końca tak i nie potrafiła powiedzieć dlaczego. To, jak się odsunął, jakby potrzebował się od niej zdystansować, postawić pomiędzy nimi jakąś metaforyczną ścianę. Victoria lekko uniosła brwi w geście zmartwienia – o niego, rzecz jasna. Bo pomyślała sobie, że bał się, że zrobi jej krzywdę… czy coś w ten deseń. – Nie będę cię do niczego zmuszać, ale jak widzisz, ja się mam dobrze – za dobrze podpowiadał umysł, ale póki co go zagłuszyła.