11.01.2025, 01:18 ✶
- Mhm. Wielka szkoda. Popracuj nad tymi niedociągnięciami, bo są wręcz żenujące - naprawdę starał się utrzymać neutralny, całkiem poważny ton głosu, tym bardziej, że nie mógł zbyt energicznie kiwnąć głową nie uderzając nią o ziemię.
Jasne, tak, oczywiście. To było nie do pomyślenia, aby kobieta w jej wieku, szczególnie będąca tak uparta i zawzięta w zaznaczaniu swojej obecności w życiach wszystkich ludzi dookoła siebie nie potrafiła się jeszcze rozdwajać. No, po prostu żenada, bo on w jej wieku miał już za sobą co najmniej cztery próby przepołowienia (z tym, że wymierzone przez kogoś w niego, nie do końca na jego własne życzenie, ale to były tylko szczegóły, nie? tylko szczegóły).
Co prawda, być może wcale nie musiała tego robić w ten dosłowny sposób, o którym mówili. Nie potrzebowała dawać się wsadzić w jedną z tych gigantycznych skrzyń jak na pokazach w obwoźnym karnawale czy w cyrku Bellów. Wystarczyło, aby załatwiła sobie to mityczne cacko zwane zmieniaczem czasu...
...choć w jej rękach mogłoby być zwane czymś bardziej w stylu czasorozpierdalacza albo po prostu narzędzia do ochujowywania ludzi. Szczególnie jego, bo on przecież zwykł z nią spędzać naprawdę dużo czasu.
W tym momencie nie myślał o tym, że już tego nie robiła, że od miesięcy coraz mocniej liczonych w latach nie bywali już ludźmi, którzy przeznaczali sobie większość czasu wolnego. Wbrew temu, co się wczoraj stało, nie wracali już razem do domu. Nie mieli wspólnych spraw. Nie łączyły ich poranki w kuchni, wieczory w salonie, obiady na mieście i spacery po wrzosowiskach. Jedynym, co ich obecnie łączyło byli znajomi, z którymi jednak też nie spotykali się już razem.
No, może poza nielicznymi okolicznościami, kiedy to rzeczywiście wypadało, aby znaleźli się w jednym pomieszczeniu. Robiąc dobrą minę do złej gry, choć nie do końca byli w stanie powstrzymywać się na dłuższą metę przed ciskaniem ku sobie gromów rzucanych oczami.
Sam nie do końca wiedział, co było bardziej absurdalne. To, co robili podczas urodzin Fabiana w marcu tego roku. Cała ta jawna-niejawna niechęć wraz z przesadnie kulturalnym zachowaniem i dystansem przepełnionym chłodem. Ich neutralny sojusz (chyba już martwy; cóż nie zajęło im to zbyt długo) nawiązany wczorajszego wieczoru podczas rozmowy na ganku.
A może to, co robili w tej chwili. Tak łatwo, gładko i nieprzemyślanie powracając do tamtych lat. W gestach i w słowach. W planach, czczym rzucaniu odniesień do nieistniejącej przyszłości i do zamierzchłej przeszłości. W kompletnym braku baczenia na to, co będzie później, bo teraz znakomicie bawili się w swoim wzajemnym towarzystwie.
- Dżdżownice też żyją w morzu? - Nic więc dziwnego, że poszedł za ciosem, pytaniem odbijając pytanie. - Myślałem, że tylko pąkle - no cóż, to ona była tu niezaprzeczalnym ekspertem w zakresie fauny, więc jeśli łączyła dżdżownice i pąkle, umieszczając je w obu tych środowiskach...
...to chyba był w stanie uwierzyć jej na słowo, że oba te rodzaje... ...zwierząt?... ...stworzeń?... ...robaków?... ...oba rodzaje tego czegoś, czym były żyły zarówno w środowisku wodnym, jak i lądowym. Były jak kraby czy żaby? I po prostu same decydowały o tym, gdzie chciały obecnie bytować.
Poniekąd w dalszym ciągu zupełnie tak jak Geraldine, która swego czasu całkiem samowolnie uwiła sobie gniazdko w jego głowie i drugie wewnątrz piersi, pozostając tam na długie lata. I w dalszym ciągu mając tam swoje miejsce. Nieważne jak bardzo starał się, aby tak nie było, bo to nie powinno w ogóle wchodzić w grę. Już nie. Ona i tak się tam pchała a on...
...chyba już doszczętnie ochujał, bo jej na to teraz pozwalał. Sam zabrał ją ze sobą na zewnątrz. Wyciągnął ku niej dłoń zamiast wyjść w pośpiechu. Zdecydował się nie tylko nie być tu sam, lecz także gestem dać jej do zrozumienia, że cokolwiek się między nimi działo (lub nie działo) wciąż mogła się do niego przytulić. Mogli tu razem leżeć, pijąc alkohol i na chwilę zapominając o bolesnej rzeczywistości.
Jeśli to nie było ochujanie to prawdopodobnie nie mógł z nią ochujać. Nawet, jeśli nagle by się rozdwoiła. Nawet musząc opiekować się dwiema równie upierdliwymi Yaxleyównami.
- Usrałbym się - dobrze, że nie zesrał - a nie ochujał. To ty byś miała ze mną podwójnie przejebane - oznajmił usiłując zachować pełną powagę, mrużąc przy tym oczy i bardzo nieznacznie kręcąc głową.
Bez wątpienia oboje byli wyjątkowo uparci. Cholernie wytrwali w swoich postanowieniach. Nie mógł powiedzieć, że chciałby zobaczyć jak próbowałaby go doprowadzić do ochujania, ale...
...nie ochujałby. Jednak doszedł do tego wniosku. Nie dałby jej tej satysfakcji.
- Jakbyś została konikiem polnym - zaczął bardzo poważnie - to nie próbuj do mnie pisać - chyba nie musiał mówić, dlaczego, prawda? w przeciwieństwie do dżdżownic, koniki polne miały bowiem miniaturowe łapki (nawet całkiem wiele miniaturowych łapek, choć nie pamiętał, ile dokładnie) ale raczej nie były w stanie utrzymać pióra i mogły przypadkiem utopić się w kałamarzu.
- Po prostu wskocz kiedyś na kawę i zobaczymy, co z tego wyniknie - stwierdził gładko, brnąc w tę narrację, mimo tego, że chyba oboje doskonale wiedzieli, że nie to miał na myśli mówiąc o wspólnym skakaniu między wrzosami.
Podjął jednak co najmniej dwie próby złożenia tej całkiem wymownej propozycji (przynajmniej jak na jego pijaną jaźń) i w obu przypadkach Geraldine zgrabnie przeskoczyła z powrotem w temat robali, więc Ambroise ostatecznie skwitował to machnięciem ręki. Prawie wylewając przy tym alkohol, co w tym momencie zabolałoby bardziej niż to odrzucenie.
Tym bardziej, że mimo wszystko jakoś nie potrafił się na nią gniewać. Nie w tej chwili, gdy było między nimi tak dobrze. Błogo i całkiem zabawne, szczególnie jak na okoliczności, przez które znaleźli się w Whitby.
- No - słysząc tę specyficzną nutę w tonie głosu Riny, najzwyczajniej w świecie nie był w stanie sobie tego darować; ani myślał dawać jej teraz jasną odpowiedź - taka - kląsnął językiem o podniebienie. - Poza tym nie wiedziałem, że aspirujesz do bycia królową degeneratów i żebraków - stwierdził bez mrugnięcia okiem, bo jakoś nie wydawało mu się to specjalnie prawdopodobne, żeby jego ukochana przez ten cały czas postanowiła wykształcić w sobie przemożne pragnienie stworzenia sobie nowej struktury w poświatku, na której czele mogłaby stanąć.
Być może doskonale wiedział, że z dawien dawna kręciła nie do końca legalne interesy. Równie dobrze, co ona zdawała sobie sprawę z jego wkładu w czarny rynek (nawet jeśli dużo przed nią zatajał, nie chcąc jej mieszać w swoje ciemne sprawki). Natomiast jakoś powątpiewał w to, aby mogła zostać Królową Nokturnu albo tym bardziej Panią Ścieżek.
- Wygląda na to, że musisz częściej spoglądać w lustro - dodał, kolejny raz nie zająkując się w temacie głębszych wyjaśnień tego, co miał przy tym na myśli.
Tak, może tego nie powiedział, ale całkowicie bezczelnie i świadomie używał w stosunku do niej tego mitycznego domyśl się, czerpiąc z tego tak dużą satysfakcję, że przez ten jeden krótki moment był w stanie rozważyć, czy kobiety nie robiły tego w imię podobnego zamysłu. Wyłącznie po to, aby z rozbawieniem spoglądać jak towarzystwo usiłuje stwierdzić czy ich słowa są komplementem, czy w istocie obelgą.
- Twój nietypowy wzrost? - A jednak kolejne słowa Riny wywołały u niego zmrużenie oczu i coś na kształt zagubienia; więc chyba mieli rewanż? - Za chuja nie wiem, czym miałabyś się tutaj przejmować - stwierdził bez zawahania, jednocześnie poruszając nosem w wyrazie skonfundowania. - Jesteś bardzo widoczna, nie da się tego ukryć, okay, ale nie to miałem na myśli - miał nikłe wrażenie, że tymi prostymi słowami wyłącznie się pogrążał, bo wobec tego niemal nie było szansy, żeby nie spytała go o to, co w istocie miał na myśli.
Toteż z tego (jednakowoż nie tylko z tego) powodu postanowił ją w tym ubiec, przekierowując temat na zupełnie inne tory. Tak, aby nie musiał tłumaczyć się ze swojej logiki. Teraz bardziej pokrętnej niż kiedykolwiek, co nietrzeźwej.
- Przypominam, że nic - zaczął, nawet nie starając się skończyć tego osławionego zdania, samym tonem głosu dając jej już do zrozumienia to, co zamierzał powiedzieć.
Zamiast tego wyłącznie wzruszył ramionami, poprawiając się trochę, bo przygniatany wrzos zaczął łaskotać to w kark. Moment później teatralnie westchnął, unosząc wzrok w kierunku nieboskłonu i niemal wywracając oczami.
- Zapoznawaniu się, Rina, zapoznawaniu się w tym sabatowym sensie - uściślił, nawet jeśli nie było ku temu potrzeby, bo doskonale wiedział, że tylko udawała niewiniątko. - Choć raczej nie czekając do Beltane, bo Beltane - kolejny raz zmrużył oczy, po drodze na moment gubiąc wątek - Beltane jest cholernie późno a ja chcę cię poznać teraz. To wszystko, co się zmieniło, bo... ...wiele się zmieniło, nie? - I nawet, jeśli teraz rozmawiali o tym w tak lekkim tonie, sama ta myśl mogłaby być całkiem przytłaczająca.
Zmienili się. Nie byli już fizycznie dokładnie tymi samymi ludźmi. Mieli okazję się o tym przekonać, znajdując się tuż obok siebie tamtego poranka i popołudnia, ale chyba nie to miał teraz na myśli. Chciał wiedzieć, usłyszeć, poznać. To było równie głębokie, co płytkie, bo w gruncie rzeczy sprowadzało się do jednego.
Do tego, że mu jej brakowało. Tuż obok siebie i gdzieś tam dalej, kiedy wciąż mógłby napawać się myślą, że wkrótce oboje wrócą do domu i ponownie znajdą się w zasięgu swoich rąk. W ramionach, którymi mógłby ją opleść. W uścisku, który nie nosiłby w sobie ani krzty desperacji, bo nie musiałby tego robić. W geście mającym ją ku niemu przyciągnąć, który nie byłby dosyć teatralną (choć ze wszech miar udaną; nawet był z siebie dumny) mistyfikacją.
- Geraldine, bądź poważna - upomniał ją, zaciskając zęby. - To mógł być wąż rzeczny - już sam ton głosu Ambroisa mówił sam za siebie, jakim przekleństwem byłoby to, gdyby stworzenie, które go ukąsiło rzeczywiście było tak niebezpieczne jak wąż rzeczny.
Albo raczej wonsz żeczny, jednakże Greengrass nie znał się przecież aż tak bardzo na faunie, by stosować odpowiednie określenia. Wystarczyło, że wiedział, z czym mogli się mierzyć, już teraz czując się tak bardzo słabo...
...musiał, po prostu musiał paść na ziemię. Trucizna już buzowała w jego żyłach. Gorąco rozlewało się po ciele targanym drgawkami i tylko jedno, jedno było go w stanie ocalić...
...tyle tylko, że pomoc nie nadeszła, bo Geraldine, ta łajza, nagle zawisła nad nim, kładąc nacisk dłoni na jego klatce piersiowej. Dusząc go.
O cholera.
- Ależ czego? - Wcale nie zamierzał tak łatwo jej tego odpuścić, nie planując przyznać się do tego, co mu teraz zarzucała a nawet wręcz przeciwnie - planował iść w zaparte, gryząc wnętrza swoich policzków tylko po to, aby zachować powagę. - Ja tu cierpię, Geraldine, ten wąż wypełzł tak nagle... ...i to, że go nie widziałaś... ...to znaczy, że był... ...nie tylko niewidzialny, ale też pewnie miał ku temu powody. Nie maskowałby się tak, gdyby nie był niebezpieczny - mimo że w dalszym ciągu usiłował odgrywać swoją nie do końca starannie zaplanowaną rolę umierającego, obdarzając ją zdyszanym, ciężkim szeptem...
...no cóż, nie do końca był w stanie zapanować nad innymi reakcjami swojego ciała. Nad powstrzymywanym śmiechem i wrażeniem gorąca ogarniającego ciało na myśl o tym, że jeśli tylko pozwoli sobie zacząć się śmiać, niechybnie nie będzie mógł przestać. Już teraz bolała go przepona.
- Pamiętaj, że jak mnie zabijesz to stanę się dębem - wymamrotał pod nosem, choć dostatecznie głośno, by była go w stanie usłyszeć.
Przez ten cały czas w dalszym ciągu miał teatralnie zamknięte oczy, nawet jeśli kąciki jego ust lekko drżały. Czy tego chciał czy nie, nie mogły już pozostawać neutralnie ułożone. Wciąż próbował tłumić zarówno uśmiech, jak i śmiech, jednak jego wargi same wyginały się w górę. Tym bardziej, gdy przez jego mocno podpity umysł przeleciała jeszcze jedna myśl. Jeśli to w ogóle było możliwe - jeszcze bardziej absurdalna.
- Kochałabyś mnie wtedy? - Szach-mat, Geraldine, szach-mat.
Jasne, tak, oczywiście. To było nie do pomyślenia, aby kobieta w jej wieku, szczególnie będąca tak uparta i zawzięta w zaznaczaniu swojej obecności w życiach wszystkich ludzi dookoła siebie nie potrafiła się jeszcze rozdwajać. No, po prostu żenada, bo on w jej wieku miał już za sobą co najmniej cztery próby przepołowienia (z tym, że wymierzone przez kogoś w niego, nie do końca na jego własne życzenie, ale to były tylko szczegóły, nie? tylko szczegóły).
Co prawda, być może wcale nie musiała tego robić w ten dosłowny sposób, o którym mówili. Nie potrzebowała dawać się wsadzić w jedną z tych gigantycznych skrzyń jak na pokazach w obwoźnym karnawale czy w cyrku Bellów. Wystarczyło, aby załatwiła sobie to mityczne cacko zwane zmieniaczem czasu...
...choć w jej rękach mogłoby być zwane czymś bardziej w stylu czasorozpierdalacza albo po prostu narzędzia do ochujowywania ludzi. Szczególnie jego, bo on przecież zwykł z nią spędzać naprawdę dużo czasu.
W tym momencie nie myślał o tym, że już tego nie robiła, że od miesięcy coraz mocniej liczonych w latach nie bywali już ludźmi, którzy przeznaczali sobie większość czasu wolnego. Wbrew temu, co się wczoraj stało, nie wracali już razem do domu. Nie mieli wspólnych spraw. Nie łączyły ich poranki w kuchni, wieczory w salonie, obiady na mieście i spacery po wrzosowiskach. Jedynym, co ich obecnie łączyło byli znajomi, z którymi jednak też nie spotykali się już razem.
No, może poza nielicznymi okolicznościami, kiedy to rzeczywiście wypadało, aby znaleźli się w jednym pomieszczeniu. Robiąc dobrą minę do złej gry, choć nie do końca byli w stanie powstrzymywać się na dłuższą metę przed ciskaniem ku sobie gromów rzucanych oczami.
Sam nie do końca wiedział, co było bardziej absurdalne. To, co robili podczas urodzin Fabiana w marcu tego roku. Cała ta jawna-niejawna niechęć wraz z przesadnie kulturalnym zachowaniem i dystansem przepełnionym chłodem. Ich neutralny sojusz (chyba już martwy; cóż nie zajęło im to zbyt długo) nawiązany wczorajszego wieczoru podczas rozmowy na ganku.
A może to, co robili w tej chwili. Tak łatwo, gładko i nieprzemyślanie powracając do tamtych lat. W gestach i w słowach. W planach, czczym rzucaniu odniesień do nieistniejącej przyszłości i do zamierzchłej przeszłości. W kompletnym braku baczenia na to, co będzie później, bo teraz znakomicie bawili się w swoim wzajemnym towarzystwie.
- Dżdżownice też żyją w morzu? - Nic więc dziwnego, że poszedł za ciosem, pytaniem odbijając pytanie. - Myślałem, że tylko pąkle - no cóż, to ona była tu niezaprzeczalnym ekspertem w zakresie fauny, więc jeśli łączyła dżdżownice i pąkle, umieszczając je w obu tych środowiskach...
...to chyba był w stanie uwierzyć jej na słowo, że oba te rodzaje... ...zwierząt?... ...stworzeń?... ...robaków?... ...oba rodzaje tego czegoś, czym były żyły zarówno w środowisku wodnym, jak i lądowym. Były jak kraby czy żaby? I po prostu same decydowały o tym, gdzie chciały obecnie bytować.
Poniekąd w dalszym ciągu zupełnie tak jak Geraldine, która swego czasu całkiem samowolnie uwiła sobie gniazdko w jego głowie i drugie wewnątrz piersi, pozostając tam na długie lata. I w dalszym ciągu mając tam swoje miejsce. Nieważne jak bardzo starał się, aby tak nie było, bo to nie powinno w ogóle wchodzić w grę. Już nie. Ona i tak się tam pchała a on...
...chyba już doszczętnie ochujał, bo jej na to teraz pozwalał. Sam zabrał ją ze sobą na zewnątrz. Wyciągnął ku niej dłoń zamiast wyjść w pośpiechu. Zdecydował się nie tylko nie być tu sam, lecz także gestem dać jej do zrozumienia, że cokolwiek się między nimi działo (lub nie działo) wciąż mogła się do niego przytulić. Mogli tu razem leżeć, pijąc alkohol i na chwilę zapominając o bolesnej rzeczywistości.
Jeśli to nie było ochujanie to prawdopodobnie nie mógł z nią ochujać. Nawet, jeśli nagle by się rozdwoiła. Nawet musząc opiekować się dwiema równie upierdliwymi Yaxleyównami.
- Usrałbym się - dobrze, że nie zesrał - a nie ochujał. To ty byś miała ze mną podwójnie przejebane - oznajmił usiłując zachować pełną powagę, mrużąc przy tym oczy i bardzo nieznacznie kręcąc głową.
Bez wątpienia oboje byli wyjątkowo uparci. Cholernie wytrwali w swoich postanowieniach. Nie mógł powiedzieć, że chciałby zobaczyć jak próbowałaby go doprowadzić do ochujania, ale...
...nie ochujałby. Jednak doszedł do tego wniosku. Nie dałby jej tej satysfakcji.
- Jakbyś została konikiem polnym - zaczął bardzo poważnie - to nie próbuj do mnie pisać - chyba nie musiał mówić, dlaczego, prawda? w przeciwieństwie do dżdżownic, koniki polne miały bowiem miniaturowe łapki (nawet całkiem wiele miniaturowych łapek, choć nie pamiętał, ile dokładnie) ale raczej nie były w stanie utrzymać pióra i mogły przypadkiem utopić się w kałamarzu.
- Po prostu wskocz kiedyś na kawę i zobaczymy, co z tego wyniknie - stwierdził gładko, brnąc w tę narrację, mimo tego, że chyba oboje doskonale wiedzieli, że nie to miał na myśli mówiąc o wspólnym skakaniu między wrzosami.
Podjął jednak co najmniej dwie próby złożenia tej całkiem wymownej propozycji (przynajmniej jak na jego pijaną jaźń) i w obu przypadkach Geraldine zgrabnie przeskoczyła z powrotem w temat robali, więc Ambroise ostatecznie skwitował to machnięciem ręki. Prawie wylewając przy tym alkohol, co w tym momencie zabolałoby bardziej niż to odrzucenie.
Tym bardziej, że mimo wszystko jakoś nie potrafił się na nią gniewać. Nie w tej chwili, gdy było między nimi tak dobrze. Błogo i całkiem zabawne, szczególnie jak na okoliczności, przez które znaleźli się w Whitby.
- No - słysząc tę specyficzną nutę w tonie głosu Riny, najzwyczajniej w świecie nie był w stanie sobie tego darować; ani myślał dawać jej teraz jasną odpowiedź - taka - kląsnął językiem o podniebienie. - Poza tym nie wiedziałem, że aspirujesz do bycia królową degeneratów i żebraków - stwierdził bez mrugnięcia okiem, bo jakoś nie wydawało mu się to specjalnie prawdopodobne, żeby jego ukochana przez ten cały czas postanowiła wykształcić w sobie przemożne pragnienie stworzenia sobie nowej struktury w poświatku, na której czele mogłaby stanąć.
Być może doskonale wiedział, że z dawien dawna kręciła nie do końca legalne interesy. Równie dobrze, co ona zdawała sobie sprawę z jego wkładu w czarny rynek (nawet jeśli dużo przed nią zatajał, nie chcąc jej mieszać w swoje ciemne sprawki). Natomiast jakoś powątpiewał w to, aby mogła zostać Królową Nokturnu albo tym bardziej Panią Ścieżek.
- Wygląda na to, że musisz częściej spoglądać w lustro - dodał, kolejny raz nie zająkując się w temacie głębszych wyjaśnień tego, co miał przy tym na myśli.
Tak, może tego nie powiedział, ale całkowicie bezczelnie i świadomie używał w stosunku do niej tego mitycznego domyśl się, czerpiąc z tego tak dużą satysfakcję, że przez ten jeden krótki moment był w stanie rozważyć, czy kobiety nie robiły tego w imię podobnego zamysłu. Wyłącznie po to, aby z rozbawieniem spoglądać jak towarzystwo usiłuje stwierdzić czy ich słowa są komplementem, czy w istocie obelgą.
- Twój nietypowy wzrost? - A jednak kolejne słowa Riny wywołały u niego zmrużenie oczu i coś na kształt zagubienia; więc chyba mieli rewanż? - Za chuja nie wiem, czym miałabyś się tutaj przejmować - stwierdził bez zawahania, jednocześnie poruszając nosem w wyrazie skonfundowania. - Jesteś bardzo widoczna, nie da się tego ukryć, okay, ale nie to miałem na myśli - miał nikłe wrażenie, że tymi prostymi słowami wyłącznie się pogrążał, bo wobec tego niemal nie było szansy, żeby nie spytała go o to, co w istocie miał na myśli.
Toteż z tego (jednakowoż nie tylko z tego) powodu postanowił ją w tym ubiec, przekierowując temat na zupełnie inne tory. Tak, aby nie musiał tłumaczyć się ze swojej logiki. Teraz bardziej pokrętnej niż kiedykolwiek, co nietrzeźwej.
- Przypominam, że nic - zaczął, nawet nie starając się skończyć tego osławionego zdania, samym tonem głosu dając jej już do zrozumienia to, co zamierzał powiedzieć.
Zamiast tego wyłącznie wzruszył ramionami, poprawiając się trochę, bo przygniatany wrzos zaczął łaskotać to w kark. Moment później teatralnie westchnął, unosząc wzrok w kierunku nieboskłonu i niemal wywracając oczami.
- Zapoznawaniu się, Rina, zapoznawaniu się w tym sabatowym sensie - uściślił, nawet jeśli nie było ku temu potrzeby, bo doskonale wiedział, że tylko udawała niewiniątko. - Choć raczej nie czekając do Beltane, bo Beltane - kolejny raz zmrużył oczy, po drodze na moment gubiąc wątek - Beltane jest cholernie późno a ja chcę cię poznać teraz. To wszystko, co się zmieniło, bo... ...wiele się zmieniło, nie? - I nawet, jeśli teraz rozmawiali o tym w tak lekkim tonie, sama ta myśl mogłaby być całkiem przytłaczająca.
Zmienili się. Nie byli już fizycznie dokładnie tymi samymi ludźmi. Mieli okazję się o tym przekonać, znajdując się tuż obok siebie tamtego poranka i popołudnia, ale chyba nie to miał teraz na myśli. Chciał wiedzieć, usłyszeć, poznać. To było równie głębokie, co płytkie, bo w gruncie rzeczy sprowadzało się do jednego.
Do tego, że mu jej brakowało. Tuż obok siebie i gdzieś tam dalej, kiedy wciąż mógłby napawać się myślą, że wkrótce oboje wrócą do domu i ponownie znajdą się w zasięgu swoich rąk. W ramionach, którymi mógłby ją opleść. W uścisku, który nie nosiłby w sobie ani krzty desperacji, bo nie musiałby tego robić. W geście mającym ją ku niemu przyciągnąć, który nie byłby dosyć teatralną (choć ze wszech miar udaną; nawet był z siebie dumny) mistyfikacją.
- Geraldine, bądź poważna - upomniał ją, zaciskając zęby. - To mógł być wąż rzeczny - już sam ton głosu Ambroisa mówił sam za siebie, jakim przekleństwem byłoby to, gdyby stworzenie, które go ukąsiło rzeczywiście było tak niebezpieczne jak wąż rzeczny.
Albo raczej wonsz żeczny, jednakże Greengrass nie znał się przecież aż tak bardzo na faunie, by stosować odpowiednie określenia. Wystarczyło, że wiedział, z czym mogli się mierzyć, już teraz czując się tak bardzo słabo...
...musiał, po prostu musiał paść na ziemię. Trucizna już buzowała w jego żyłach. Gorąco rozlewało się po ciele targanym drgawkami i tylko jedno, jedno było go w stanie ocalić...
...tyle tylko, że pomoc nie nadeszła, bo Geraldine, ta łajza, nagle zawisła nad nim, kładąc nacisk dłoni na jego klatce piersiowej. Dusząc go.
O cholera.
- Ależ czego? - Wcale nie zamierzał tak łatwo jej tego odpuścić, nie planując przyznać się do tego, co mu teraz zarzucała a nawet wręcz przeciwnie - planował iść w zaparte, gryząc wnętrza swoich policzków tylko po to, aby zachować powagę. - Ja tu cierpię, Geraldine, ten wąż wypełzł tak nagle... ...i to, że go nie widziałaś... ...to znaczy, że był... ...nie tylko niewidzialny, ale też pewnie miał ku temu powody. Nie maskowałby się tak, gdyby nie był niebezpieczny - mimo że w dalszym ciągu usiłował odgrywać swoją nie do końca starannie zaplanowaną rolę umierającego, obdarzając ją zdyszanym, ciężkim szeptem...
...no cóż, nie do końca był w stanie zapanować nad innymi reakcjami swojego ciała. Nad powstrzymywanym śmiechem i wrażeniem gorąca ogarniającego ciało na myśl o tym, że jeśli tylko pozwoli sobie zacząć się śmiać, niechybnie nie będzie mógł przestać. Już teraz bolała go przepona.
- Pamiętaj, że jak mnie zabijesz to stanę się dębem - wymamrotał pod nosem, choć dostatecznie głośno, by była go w stanie usłyszeć.
Przez ten cały czas w dalszym ciągu miał teatralnie zamknięte oczy, nawet jeśli kąciki jego ust lekko drżały. Czy tego chciał czy nie, nie mogły już pozostawać neutralnie ułożone. Wciąż próbował tłumić zarówno uśmiech, jak i śmiech, jednak jego wargi same wyginały się w górę. Tym bardziej, gdy przez jego mocno podpity umysł przeleciała jeszcze jedna myśl. Jeśli to w ogóle było możliwe - jeszcze bardziej absurdalna.
- Kochałabyś mnie wtedy? - Szach-mat, Geraldine, szach-mat.
Because no matter how long the night
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down