Wyglądało to trochę tak, jakby Sauriel wręcz ją prosił, żeby dalej mu nie udowadniała, że czuje się dobrze – zupełnie jakby bał się, że za chwilę jednak dotrze do niej, że powinno być jej słabo, i upadnie. Widziała to w jego nerwowych ruchach rąk i całego ciała, już cały gotowy, żeby ją łapać, zatrzymywać w miejscu, żeby tylko przestała hasać po mieszkaniu, jakby rozpierało ją za dużo energii. Cóż… najwyraźniej przynajmniej w teorii tak było, na szczęście nie przekładało się to na zwyczajową czy codzienną energiczność Victorii, która zdecydowanie bardziej wolała statyczny tryb życia od odbijania się o ściany.
– Ja też nie wiem, też się tego dopiero uczę – prawdę mówiąc już sądziła, że poznała swoje umiejętności przez ostatnie trzy i pół miesiąca… a teraz okazywało się, że to był dopiero wierzchołek góry lodowej: wszechogarniające zimno i wspomnienia zmarłej babci. A teraz… pod tą powierzchnią było całe morze… energii. Sauriel wymienił rzeczy, które obserwował u tych, od których pił krew i Victoria bardzo wyraźnie się zamyśliła, bo podchodziła do tego poważnie, nie chcąc niczego pominąć. – Niee… nie czuje nic z tego – podkręciła powoli głową, lekko mrużąc oczy, gdy zastanawiała się nad każdą z wymienionych przez niego rzeczy. – Czuję się… no naprawdę normalnie. Znaczy oczywiście czułam to – wskazała na swoją rękę, nie chcąc, by to brzmiało tak, jakby była jakimś superbohaterem, na którego absolutnie nic nie ma wpływu. – Ale nie bolało tak wcale jakoś bardzo – a może to po prostu Sauriel starał się być delikatny, pewnie tak, pewnie można to było zrobić dużo bardziej boleśnie. I była mu za to wdzięczna. – Skleja się to w jakąś tam sensowną całość – przyznała, potwierdzając jego zdanie. – Mówiłam ci, że ta kobieta mówiła z większym sensem i zgadzało się to z tym, co sama zaobserwowałam – na Matkę, jak dobrze, że to przy niej nie potwierdziła tej teorii, że nie spróbowała wskrzesić jaszczurki – to by dopiero było, gdyby się udało… A wszystko wskazywało na to, że… mogłoby się to udać. To nie byłaby już tylko jej tajemnica i tych kilku osób, które o tym wiedziały – które świadomie zostały do tej wiedzy dopuszczone. Gdyby zrobiła to tam… to rozeszłoby się dalej. Może nawet nie udałoby jej się uciec z Egiptu z taką łatwością, a już na pewno nie byłaby w stanie wymazać wszystkiego z głowy tamtej nekromantki. Tak… nadal mogła mieć swoje wątpliwości i nie być pewna teorii.
Kolejne słowa Sauriela były… Powiedział to z taką mocą. Nie, nie mówił jej tego, w zasadzie nigdy o tym nie rozmawiali, poza tym, że gdzieś w marcu powiedziała mu, że spróbuje poszukać sposobu, by mu w tym wszystkim trochę ulżyć. Trochę to trwało i póki co udało jej się ogarnąć tylko jeden eliksir, którego formułę jeszcze dopracowywała i już chyba nawet udało jej się wyeliminować powód, przez który Saurielowi było po nim tak niedobrze, ale to było obiecujące – może i był to tylko jeden, ale nie zamierzała się poddawać. Tym bardziej że obecnie pracowała nad czymś dla Astarotha… albo czymś, co można by było używać na większą skalę, ogłosić – gdyby było sukcesem. Coś, co tymczasowo osłabiało odczucie nienasyconego głodu. Coś, co pozwalałoby im się lepiej kontrolować.
Victoria patrzyła na niego z uniesionymi brwiami, gdy tak niemalże się spiął, a potem na raz wypił całą szklankę whisky. Jego słowa, jego gesty – wszystko wręcz krzyczało o tym, że nie jest spokojny. Był poruszony.
Ona też była. Dlatego wiele nie myśląc, wstała, by skrócić ten dystans pomiędzy nimi. Gdyby to przemyślała… ale to nie był czas ani miejsce na wielkie przemyślenia i planowanie. Sięgnęła do jego ręki, by wyciągnąć tą pustą szklankę, odłożyć ją na stolik. I wtedy przyłożyła mu swoją zimną jak lód dłoń do czoła. Siedział na tym podłokietniku, nie musiała więc bardzo wyciągać tę rękę, ani zadzierać głowę, żeby spojrzeć mu w twarz. Jej łagodne spojrzenie było więc na tym samym poziomie co jego.
– Wiem, że to cię dużo kosztuje. Naprawdę wiem – podkreśliła to słowo, bo czasami budziła się w nocy z tym wspomnieniem na powiekach: tego głodu i ekscytacji z polowania na ofiarę, gdy patrzyła na przerażoną twarz Laurenta. A czasami widziała tam inne osoby. – Rozumiem to – powtórzyła i chciała położyć drugą dłoń na jego policzku, by jej nie uciekł, chociaż wcale nie trzymała go mocno. – Oczywiście rozumiem tylko ułamek, ale myślę, że wystarczający – większy niż innych zapewne. – To, że pijesz z kogoś krew, nie czyni go od razu workiem z krwią, nie dopóki nie będziesz tej osoby traktować przedmiotowo – a ona się tutaj nie czuła w żadnym razie jak przedmiot. To, że wypił jej krew… nadal czuła się osobą, pod tym względem nic się nie zmieniło. – Różnica polega na tym, że moja energia, moje życie się odnawia, a twoja nie – on potrzebował tej krwi, tej energii. To, że ją pił z innych… oczywiście, ludzie potem czuli się osłabieni, ale za jakiś czas wracali do normy, nie musiał za każdym razem pić z kogoś innego. Spijanie życia byłoby wtedy, gdyby przez to umierali każdego razu trochę bardziej. A… tak przecież nie było. – I to nie do końca prawda co mówisz. Najwyraźniej jestem chodzącą bombką energii. Jakimś jej śmiesznym źródłem w żywym organizmie. Nie zrobiłeś dzisiaj nic złego, Sauriel – dodała szeptem.