Była pewna, że jednak zaraz dłoń Sauriela zsunie się z jej i odsunie się bardziej, a później zwieje do jakiegoś kąta, albo jak najdalej od niej, ale nic takiego się nie stało. Jego szorstkie palce ciągle zaciskały się na jej, i wcale nie odwracał wzroku gdzieś w kąt. Patrzyli na siebie i nic dziwnego, że odczytał z niej tą bezradność, kiedy tak bardzo starała się go zrozumieć i ciągle zmniejszała dystans między nimi, by nie dać mu się skryć i znowu zapomnieć o temacie. Nadal – mógł nic nie mówić. Mógł milczeć, tak ja teraz milczał. Mógł nie chcieć podzielić się z nią tym, co miał w głowie i w sercu, co go napędzało, co było motywatorem. Tak, to była prośba, nie żaden rozkaz, nie żadne ultimatum. Prośba: proszę, mów do mnie, bo chcę cię zrozumieć, nic więcej. Oboje czuli się zagubieni, ale z zupełnie różnych powodów: ona, bo dostawała sprzeczne sygnały i nie miała pojęcia, co z tego wszystkiego wyczytać i w jaką stronę osadzić swoje uczucia, zaś Sauriel był zagubiony w sobie samym, w tym co chciał w głębi serca, co wydawało mu się, że chce, w tym jak pokazać wszystkim, łącznie z samym sobą, że sam najlepiej wybierze swoją drogę, robiąc na przekór, nie mówiąc już o emocjach, przed którymi chciał uciekać.
Uśmiechnęła się leciutko do niego, kiedy poczuła ten czuły gest i jego palec przesunął się po wierzchu dłoni. Nie uciekał nigdzie, ciągle tutaj był, stał przy niej, milczał, ale był tutaj. I z tym biegiem sekund ona sama nie czuła się wcale gorzej, do jej ciała nie docierało, że powinno być teraz słabe, że lepiej byłoby siedzieć, albo się położyć, że w głowie powinno wirować – nie. Victoria jak na złość stała przed Saurielem, nawet sama zgięła odrobinę palce , by zamknąć je na tych jego, i ani myślała o tym, żeby teraz nagle zacząć być panienką w opresji – a tym bardziej przez niego. I zupełnie nie przewidywała, że nagle Sauriel wyślizgnie dłoń z tego uścisku i schyli się, by złapać ją pod kolanami i na plecach i podnieść – a ona wręcz, nieprzygotowana, w pierwszej chwili wydała z siebie dziwny dźwięk, a potem zamachała nogami, nim złapała się go ręką, obejmując go tak na plecach.
– Kocie? Co się dzieje? – to było tak zupełnie niespodziewane, tak… losowe, że skonfundowanie z pewnością było widoczne na jej twarzy, kiedy wyszli z salonu na korytarz, a potem schodami w dół i po chwili znaleźli się w kuchni. – Sauriel? – spróbowała po drodze, wiercąc się trochę, a potem… znowu stała na własnych nogach i odsunięto przed nią krzesło… na które usiadła, nie mniej skołowana, patrząc, jak Rookwood rządzi się w jej kuchni, wyciąga to, tamto.
Nie wiedziała, co się właśnie działo. Ani dlaczego. Poprosiła go, by do niej mówił, a milczał i nagle znaleźli się w kuchni, a Sauriel gotował mleko w garnku.
I wtedy się w końcu odezwał. Jakby… kupował tym sobie czas, by móc znaleźć odpowiednie słowa. Nie chciał sobie dawać argumentów – to fatycznie już powiedział wcześniej, ale tym razem na tym się nie skończyło. Mówił dalej. A Victoria słuchała, wpatrzona w jego plecy, w to, jak się ruszał… Oparła też głowę na splecionych dłoniach.
Wcale nie spodziewała się tych kolejnych słów, które wyjdą z jego ust. Że… Że nie chce tego popełniać na osobie, na której zależy mu najbardziej? Chodziło mu o nią? Tak o niej myślał? Może nie powinno, zważywszy na kontekst, ale Victoria poczuła takie przyjemne ciepło, które rozlało się jej po sercu, chyba nawet zabiło szybciej.
– Rozumiem – odezwała się w końcu, kiedy odwrócił się do niej. Mogła mówić do jego pleców, ale sama układała sobie w głowie słowa, a poza tym… wolała na niego patrzeć, a nie udawać, że mówi do ściany. – Chodzi ci o pokusę i wymówki, by po nią sięgać – naprawdę… o ileż prościej było, kiedy do niej mówił, kiedy jej tłumaczył, kiedy starał się przekazać. Może nie łapała wszystkiego idealnie, ale bardzo się starała to wszystko pojąć. – Wolisz patrzeć na to przedmiotowo, bo łatwiej ci się w ten sposób odciąć i jednocześnie boisz się, że mógłbyś wtedy spojrzeć tak na mnie? – to było tak pytanie jak i stwierdzenie, ale i tak chciała to usłyszeć od niego. Lubił ich normalność, tak? Victoria uśmiechnęła się do Sauriela i pomyślała sobie, że ta bestia, jak o tym mówił, i tak była jego częścią, czy tego chciał, czy nie, a tutaj… To brzmiało jakby to rozdzielał. Siebie od łaknienia krwi, a przecież tworzyli całość. Pamiętała przy tym rozmowę z Astarothem, który też zdawał się nie godzić ze swoją wampirzą naturą. – Już mówiłam, że nie będę cię do niczego zmuszać. Szanuję twoje zdanie – i wybory zresztą też… problem w tym, że te wybory były dla niej często zupełnie niejasne. Ale tutaj było wszystko czarno na białym. – I akceptuję je, bo ma sens – dodała i w końcu położyła dłonie na blacie stołu. – A ja lubię jak do mnie mówisz, bo często zupełnie cię nie rozumiem, chociaż bardzo próbuję – i robiła co mogła i może i wychodziło jej całkiem nieźle, to domyślanie się pomiędzy słowami, jaki Sauriel mówił, a jakich nie wypowiadał. – Naprawdę zależy ci na mnie najbardziej – to znaczy… mówił jej, że mu zależy, ale że najbardziej? Irracjonalność tej rozmowy została gdzieś za drzwiami.