27.01.2023, 17:11 ✶
Im dłużej Fergus o tym myślał, tym bardziej był przekonany, że pani Bulstrode przypominała mu trochę jego starszą siostrę w tych swoich patentach i udawanym entuzjazmie. Najwyraźniej była to jakaś tajemna wiedza, którą posiadały tylko one i której on jako młodszy brat nie mógł pojąć. Wpychana na siłę odpowiedzialność za dzieciaki najwyraźniej uczyła swego rodzaju roztropności i podejścia, którego nie posiadali nawet rodzice.
- Załatwione, wrócę do pani z kawą i ciastem, zamiast na oddział – odpowiedział, uśmiechając się, ale zaraz spojrzał na nią zszokowany. – Jakim cudem ktoś zmieniony w larwę trafił na ten oddział? Co to za klątwa?
Nie potrafił sobie wyobrazić tej przerośniętej larwy, zwłaszcza leżącej w łóżku. Brzmiało zbyt idiotycznie, a jednocześnie obrzydliwie. Gorzej, jeśli ta osoba trafiła akurat w to samo miejsce, co Fergus i mościła się w jego pościeli. Nawet jeśli była teraz magicznie wyczyszczona, nadal nie podobała mu się ta wizja. Obleśne, doprawdy. Jakby wyjęte z tej książki, którą teraz czytał i chyba bardziej prawdopodobne w świecie Hectora, aniżeli jego własnym. A gdyby tak zmienić Thomasa w gigantycznego świerszcza? Miałby odpowiednią karę za swoje niecne czyny. Ciekawe, czy Lockhart rozpatrzyłby taki pomysł, gdyby mu go podesłał w liście.
- Brzmi, jakby to była banda mugoli. Nie pomyśleli o tym, żeby rzucić jakieś zaklęcia diagnostyczne i wykrywające klątwy, zanim tam weszli? Na ich miejscu nie pchałbym… – urwał, uświadamiając sobie, że krytykował czyjeś błędy, samemu znajdując się w podobnym położeniu. Przyganiał kocioł garnkowi, jak to mówią. – Dobra, nieważne, już się nie odzywam – dodał zaraz, odwracając wzrok na swoją rękę, na wypadek gdyby medyczka zamierzała posłać mu jakieś wymowne spojrzenie, którego teraz by nie zdzierżył.
- Zdaje sobie pani sprawę, jak to łaskocze? – zapytał, krzywiąc się, gdy mocniej ścisnęła jego rękę. Nadal kręciło go w nosie od zapachu ziół i przez to, że zwracał na to szczególną uwagę, nie mógł się przyzwyczaić i zignorować tej woni. Przypominała mu trochę szkolne skrzydło szpitalne, a biorąc pod uwagę, że znów znajdował się w placówce medycznej, chyba słusznie. – Jeśli to by miało jakkolwiek pomóc, następnym razem proszę to zrobić – jęknął, chociaż o ile dobrze kojarzył, paraliż niespecjalnie wskórałby coś w kwestii swędzenia. Chyba nawet by pogorszył, wywołując jeszcze większą frustrację z powodu braku możliwości ruchu.
- Więc naprawdę miałem szczęście – westchnął, słysząc jej odpowiedź. Gdyby nie Castiel i dziewczyny Longbottomów, pewnie wąchałby teraz kwiatki od spodu. I nawet nie zdołałby nikomu przekazać, żeby nie ubierali mu tej przeklętej szaty wyjściowej do grobu. Wolałby być pochowany w skórzanej kurtce i najlepiej przytulony do gramofonu i butelki whisky, gdyby istniała taka możliwość. Ale znając jego rodziców, wystroiliby jego ciało w parszywy smoking. I gdyby nie późniejsza pomoc w szpitalu, pewnie ostatecznie straciłby przeżartą klątwą rękę. – Dziękuję – zwrócił się do Florence z poważnym wyrazem twarzy, wciąż starając zignorować swędzenie ręki. To i tak nie była dostateczna kara za jego własną głupotę. - Za to, że się pani udało to zdjąć.
- Załatwione, wrócę do pani z kawą i ciastem, zamiast na oddział – odpowiedział, uśmiechając się, ale zaraz spojrzał na nią zszokowany. – Jakim cudem ktoś zmieniony w larwę trafił na ten oddział? Co to za klątwa?
Nie potrafił sobie wyobrazić tej przerośniętej larwy, zwłaszcza leżącej w łóżku. Brzmiało zbyt idiotycznie, a jednocześnie obrzydliwie. Gorzej, jeśli ta osoba trafiła akurat w to samo miejsce, co Fergus i mościła się w jego pościeli. Nawet jeśli była teraz magicznie wyczyszczona, nadal nie podobała mu się ta wizja. Obleśne, doprawdy. Jakby wyjęte z tej książki, którą teraz czytał i chyba bardziej prawdopodobne w świecie Hectora, aniżeli jego własnym. A gdyby tak zmienić Thomasa w gigantycznego świerszcza? Miałby odpowiednią karę za swoje niecne czyny. Ciekawe, czy Lockhart rozpatrzyłby taki pomysł, gdyby mu go podesłał w liście.
- Brzmi, jakby to była banda mugoli. Nie pomyśleli o tym, żeby rzucić jakieś zaklęcia diagnostyczne i wykrywające klątwy, zanim tam weszli? Na ich miejscu nie pchałbym… – urwał, uświadamiając sobie, że krytykował czyjeś błędy, samemu znajdując się w podobnym położeniu. Przyganiał kocioł garnkowi, jak to mówią. – Dobra, nieważne, już się nie odzywam – dodał zaraz, odwracając wzrok na swoją rękę, na wypadek gdyby medyczka zamierzała posłać mu jakieś wymowne spojrzenie, którego teraz by nie zdzierżył.
- Zdaje sobie pani sprawę, jak to łaskocze? – zapytał, krzywiąc się, gdy mocniej ścisnęła jego rękę. Nadal kręciło go w nosie od zapachu ziół i przez to, że zwracał na to szczególną uwagę, nie mógł się przyzwyczaić i zignorować tej woni. Przypominała mu trochę szkolne skrzydło szpitalne, a biorąc pod uwagę, że znów znajdował się w placówce medycznej, chyba słusznie. – Jeśli to by miało jakkolwiek pomóc, następnym razem proszę to zrobić – jęknął, chociaż o ile dobrze kojarzył, paraliż niespecjalnie wskórałby coś w kwestii swędzenia. Chyba nawet by pogorszył, wywołując jeszcze większą frustrację z powodu braku możliwości ruchu.
- Więc naprawdę miałem szczęście – westchnął, słysząc jej odpowiedź. Gdyby nie Castiel i dziewczyny Longbottomów, pewnie wąchałby teraz kwiatki od spodu. I nawet nie zdołałby nikomu przekazać, żeby nie ubierali mu tej przeklętej szaty wyjściowej do grobu. Wolałby być pochowany w skórzanej kurtce i najlepiej przytulony do gramofonu i butelki whisky, gdyby istniała taka możliwość. Ale znając jego rodziców, wystroiliby jego ciało w parszywy smoking. I gdyby nie późniejsza pomoc w szpitalu, pewnie ostatecznie straciłby przeżartą klątwą rękę. – Dziękuję – zwrócił się do Florence z poważnym wyrazem twarzy, wciąż starając zignorować swędzenie ręki. To i tak nie była dostateczna kara za jego własną głupotę. - Za to, że się pani udało to zdjąć.