Zawsze była bardzo obowiązkową osobą i miała ułożony plan na tydzień do przodu, czy to w sprawach służbowych (co jednak godziło mocno w jej lubiąca porządek duszę, bo w Departamencie Przestrzegania Prawa Czarodziejów, tuż przy końcu kursów aurorskich, ten plan nigdy nie był do końca sztywny) czy prywatnych. Nie inaczej było w przypadku przygotowań do Yule, bo prezenty dla rodziny, sióstr i przyjaciół były wybrane i kupione już od dawna, miała też już przygotowaną odpowiednią stylizację od Christophera Rosiera na rodzinny obiad. Cieszyła się niesamowicie z przyjazdu najmłodszej siostry na święta z Hogwartu i już nie mogła się doczekać, aż usłyszy o jej wrażeniach na żywo, a nie tylko przeczyta w listach, tak samo cieszyła się, że będzie mogła zobaczyć Primrose i usłyszeć od niej o tym samym – jak jej się wiedzie we Francji. Mogło się wydawać, że życie panny Lestrange jest ułożone jak od linijki, dzięki czemu mogła przez nie iść z zadowoleniem.
A jednak coś burzyło ten jej spokój. Coś… Ktoś właściwie. Trzy tygodnie wcześniej rodzice oznajmili jej, że pora zakończyć okres żałoby (nie do końca dla niej istniejący) i powrócić do puli dostępnych do zamążpójścia kobiet, oraz że już wybrali dla niej kandydata na przyszłego męża. Znowu. Tym razem jednak nie zaczęli zapoznania od zaręczyn, nie, te miały mieć miejsce dopiero za kilka miesięcy, teraz zaś był moment na poznanie się z wybrankiem.
Jak ona go nie znosiła! Bezczelny, obcesowy, grubiański, chamski, do tego uśmiechał się złośliwie z zadowoleniem i może i był sobie przystojny, ale to wszystko bledło w obliczu tych wszystkich wad. A widziała go raz, raz! I najwyraźniej miała z nim spędzić nowy rok, coś takiego powiedziała jej matka dzisiejszego poranka, co sprawiało, że Victoria tym bardziej miała ochotę zazgrzytać zębami. Męczyło ją też pytanie, czy w związku z tym wszystkim powinna mu kupić prezent na święta? Do tej pory tego nie zrobiła, nie był jej rodziną (jeszcze), nie był też jej przyjacielem. Był znielubionym elementem jej życia, zupełnie niepotrzebnym, a ona była „klaczą rozpłodową”, jak to ją miło określił. Cholerny Rookwood. A poza tym, nie wiedziała nawet, co miałaby mu niby dać.
I właśnie dlatego wylądowała dzisiaj na Pokątnej, gdzie przechodziła sobie leniwie, może nawet nieco zrezygnowana, od witryny jednego sklepu do drugiego, szukając jakiejś inspiracji, walcząc w głowie ze sobą, czy w ogóle powinna się w to bawić, czy raczej dać sobie święty spokój, bo niczego nie była mu winna. On to co innego: obraził ją i powinien ją przeprosić, ale nawet się tego nie spodziewała, ani na to nie liczyła, biorąc pod uwagę ich interakcję ze sobą, gdy wyszli we dwójkę na taras, gdzie ich rodzice nie mogli ich usłyszeć. Aż na samo wspomnienie zaciskała dłoń w pięść i miała ochotę rozkwasić mu ten nos i zetrzeć z twarzy pyszałkowaty uśmieszek.
Powoli zbliżała się do placu, gdzie wielka, błyszcząca choinka była widoczna z oddali. W którymś momencie dała sobie nawet spokój z tymi sklepami, notując w głowie porażkę i uświadamiając sobie, że w zasadzie to ona nie chce temu mężczyźnie dawać żadnego prezentu i być może był to najwyższy czas, by wrócić do domu i zająć się bardziej produktywnymi rzeczami niż rozmyślanie o gościu, którego się szczerze nie znosiło, a który miał w niedalekiej przyszłości zostać jej narzeczonym, a później mężem. Drzewko choinkowe było piękne, błyszczało i mieniło się nawet w szarym świetle kończącego się dnia i Victoria pomyślała sobie, że musiało robić jeszcze większe wrażenie, gdy było już całkowicie ciemno. Obwieszone było różnorakimi bombkami, a jednak mimo tego – nie wyglądało to karykaturalnie.
Przeczytała napis na postumencie, a potem spojrzała jeszcze raz na drzewko i pomyślała sobie… że a co jej szkodzi?
Tuż nad jej dłońmi pojawił się świetlisty kształt, a Victoria zamknęła oczy, by się skupić. Jej bombka przybrała kształt kota – zero zaskoczenia, prawda? Koty zawsze były dla niej ważne, było to jej zwierzę totemiczne, symbol niezależności, ale też... zawsze marzyła o kocie. Życzyła sobie, by jej bliscy znaleźli spokój w życiu. By Olivia zdała swój pierwszy rok w Hogwarcie, by Daphne wyszła z cienia matki, a Primrose zakończyła swoje kursy śpiewająco i wróciła do Anglii. By Brenna miała więcej czasu dla siebie, Cynthia dostała upragniony awans, Dægberht wrócił bezpiecznie z wyprawy, a Laurent mógł spokojnie wypoczywać, bez konsekwencji szkody dla jego biznesu. By Rodolphus napotkał przełom w swoich badaniach, a Louvain odnalazł miłość. Zaś dla siebie życzyła, by rodzina przestała ustawiać jej życie i żeby wszystko jakoś się poukładało – w pracy, prywatnie i na świecie. Nieśmiało życzyła też sobie... kota. I puściła bombkę, a kot umościł się na jednej z gałęzi i drzewko zadzwoniło, zaś magia zapulsowała, aż poczuła ją w opuszkach palców.
Stała tak jeszcze przez chwilę i obserwowała, nim westchnęła i postanowiła sobie zrobić jeszcze krótki spacer Pokątną, nim wróci do domu.