Oczywiste – nieoczywiste. Rzeczy oczywiste miały to do siebie, że przestawały takie być, gdy ktoś tłumaczył nam swój punkt widzenia, zupełnie odmienny. Albo zaczynały być oczywiste po wyjaśnieniu. Victoria już dawno odrzuciła „oczywistym” w stosunku do Sauriela, odkrywszy, że to, co dla niej było wyraźne i niezaprzeczalne, dla Sauriela było niedostrzegalne, a to, co jemu wydawało się pewne – dla Victorii nawet nie istniało, póki nie powiedział jej o tym słowa. Wiele z tego co mówił Sauriel na te ważne tematy, to zresztą były urwane zdania, niedokończone myśli, gdy podwijał pod siebie ogon i uciekał. I miała przy tym poczucie, że to, co mówił, to niekoniecznie zawsze było faktycznie to, co myślał. A gdy jeszcze do tego robił coś zupełnie innego, to jak tu nie być skonfundowanym? Nie, to nie było proste, Sauriel nie był prostym człowiekiem. Według siebie nie był nawet człowiekiem – z czym się akurat nie zgadzała.
– Chyba w tym momencie nie ma powodu do niej wracać? – bo… wszystko wydawało się być jasne, ponieważ p-o-r-o-z-m-a-w-i-a-l-i. Bo Sauriel zmusił się i powiedział trochę więcej, niż miewał w zwyczaju; to były właśnie te starania. Może coś w jej twarzy wtedy, w jej głosie sprawiło, że uznał, że się tym podzieli, a może dlatego, że właśnie postanowił zrobić trochę więcej – wyjść ze swojej strefy komfortu. Nie wiedziała. Fakt, swoim zachowaniem Sauriel potrafił skutecznie zniechęcić do tego pytania, do lekkiego szturchania i ciągnięcia za język i zresztą były pomiędzy nimi takie tematy, w które Victoria bardzo się bała wsadzić choćby mały palec u stopy, a co dopiero całą nogę, ale poza tymi, przy których miała ewidentne PTSD, nadal próbowała gdzieś łagodnie go wciągnąć w rozmowę. Może nawet dyskusję.
Jej dłonie owinęły się wokół ciepłej filiżanki, która podleciała do niej za sprawą magii Sauriela. Chłonęła to ciepło, które nie było w stanie ogrzać jej ciała i uśmiechnęła się do czarnowłosego – to było słodkie, to co zrobił. Zaparzenie jej tego kakao, tak jak niedawno parzył dla niej herbatę. Złapała za uszko filiżanki i podsunęła ją sobie pod nos, nie odrywając spojrzenia od Sauriela nawet wtedy, gdy dmuchała w powierzchnię kakao, ani nie zrywając kontaktu wzrokowego, gdy upijała łyk. Mógł czytać z jej oczu, gdy te zmrużyły się lekko w zadowoleniu.
– Nie – nie nazwałaby tego męczącym, bo to wcale nie było tak, że po takich „sesjach” z Saurielem czuła się wydrenowana z siły i wolała posiedzieć sama. – Bywasz upierdliwie irytujący, ale nie męczący – stwierdziła jak gdyby nigdy nic i chyba tylko puszczone na koniec oczko, które łatwo byłoby przeoczyć, mogło oznaczać, że nie mówiła śmiertelnie poważnie. Zresztą… Nie miała nic złego na myśli. Sauriel… był wyzwaniem. Był trudny – to wszystko była prawda. Był uparty aż do przesady, robił sobie samemu na złość (co się jej w głowie nie mieściło, póki nie dostrzegła, że ma skłonności do czarnowidzenia, autodestrukcji i do apokaliptycznych wizji na swoje życie), nie mówił, kiedy powinien i sam sobie utrudniał życie (i innym też…). Ale… miał też w sobie dobro. Był pogubiony i zniszczony przez swoją rodzinę, lecz nie był stracony. – Dziękuję – uśmiechnęła się do niego szczerze, bo naprawdę doceniała te starania, obietnice… nawet jeśli nie każdą udawało się dotrzymać. – To wiele dla mnie znaczy – lekko opuściła filiżankę na spodeczek. – I za kakao też dziękuję – lepiej sobie radził w kuchni, niż ona.