12.01.2025, 22:17 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 12.01.2025, 22:18 przez Ambroise Greengrass-Yaxley.)
Z szerszej perspektywy ich relację można było uznać za dosyć specyficzną. W tym węższym zakresie wszystko spinało się ze sobą w naprawdę logiczny, niespecjalnie skomplikowany sposób. Ot, Ambroise od blisko dwóch dekad przyjaźnił się z Thomasem, Thomas był starszym bratem Nory, który przez wiele lat wybierał podróże poza krajem, więc całkiem naturalnym stanem rzeczy wydawało się to, że skoro łączyła ich bliska relacja, Greengrass mimowolnie zaangażował się też w sprawowanie opieki nad młodszą Figgówną. Tym bardziej, że w końcu znał ją mniej więcej tyle, co jej brata.
Traktował ją niczym własną młodszą siostrę, tyle tylko, że może z większym przymrużeniem oka aniżeli Roselyn, z którą przez wiele lat miewał mniejsze lub większe spiny. Pomiędzy nim a Norą raczej nigdy nie było miejsca na rywalizację typową dla większości rodzeństw. Ich relacja była zbliżona do tej rodzinnej a jednak jednocześnie inna.
I właśnie tu pojawiał się ten wspomniany obcy element. To specyficzne podejście wynikające po części z układu sił, po części zaś z indywidualnych doświadczeń czy charakterów. Jak do tej pory obywało się przy tym bez skrajności. Nie wpadli jeszcze w żadną pułapkę swoich na swój sposób bardzo zbliżonych podejść do oferowania i przyjmowania pomocy.
Ktoś złośliwy (lub po prostu realistyczny) mógłby powiedzieć, że całe szczęście, bo wtedy wydawało się całkiem prawdopodobne, że znaleźliby się w impasie. Zawieszeni gdzieś w próżni pomiędzy daj, pomogę ci, bo krwawisz a nie, ty krwawisz bardziej, więc najpierw ty, ja sobie poradzę lub co gorsza w okoliczności krycia przed tą drugą stroną własnych bolączek w pozornie słusznej intencji pomocy wpierw tej drugiej osobie.
Niewiele było osób, wobec których Ambroise zachowywałby się w tak jednorodnie nieegoistyczny sposób jak w stosunku do Eleonory (której chyba jeszcze nigdy nie miał okazji nazwać w ten sposób na głos). Właśnie dlatego chciał od niej usłyszeć to, co sądziła na jego temat, nawet jeśli miał ją w tym celu spić. Mimowolnie biorąc to pod uwagę i kwitując jej słowa milczącym kiwnięciem.
Jasne. Ten temat mieli przełożony na inną, późniejszą okazję. Zaś kolejny?
- Szczerze mówiąc - odparł, jednocześnie rozkładając przy tym ręce w geście mającym zastąpić stwierdzenie znasz moje zdanie - takie sytuacje powinny należeć do wyjątków. Nie mówię nawet o tym, że idąc z kimś do łóżka powinno się znać tę osobę, bo chuj z tym, tak nie jest i nie będzie - parsknął cicho, jakby sama ta myśl była zbyt absurdalnie idealistyczna.
Tak idylliczna, że aż nieprawdopodobnie naiwna. Wzbudzająca kpinę i politowanie dla kogokolwiek, kto tak sądził. No cóż, byli przyjaciółmi na tyle długo, że nie zamierzał przed nią ukrywać swojego hulaszczego stylu życia ani lata temu, ani obecnie. Choć oba etapy wynikały z zupełnie innego podejścia, w żadnym wypadku nie łączyło ich jego jednorodne, niezmienne spojrzenie na świat.
- Raczej to coś wynikającego z odwagi cywilnej... ...albo często z jej braku... ...i z tego, że gdy jesteś szanującym się gościem to albo pilnujesz swojego chuja, albo odpowiadasz za efekty machania nim w jedną czy w drugą - stwierdził bezceremonialnie, bowiem branie odpowiedzialności za wszelkie konsekwencje swoich akcji powinno być całkowicie naturalne.
No, właśnie. Powinno być. Niestety nie żyli w idealnym świecie, mimo to tak jak Nora miał tu swoje konkretne zdanie.
To nie było machnięcie ręką i twoja decyzja, co z tym zrobisz. To nie było zrzeczenie się odpowiedzialności. To nie było nawet pół na pół. To nie było równoważenie sił i zakresu odpowiedzialności. To nie było: oboje za to odpowiadamy, więc dzielimy się pół na pół, przy czym ode mnie dostajesz forsę i letnią rezydencję, nie zamierzam mieć w tym udziału. Nigdy nie powinno być. To było: skoro to mój dzieciak, ty go rodzisz to ja odpowiadam za całą resztę, przynajmniej do momentu aż nie będzie to konieczne. Czyli obiektywnie mówiąc: do osiągnięcia pełnoletniości wspomnianego potomstwa.
Pod tym kątem był zdecydowanym tradycjonalistą i to nie jednym z tych czystokrwistych tradycjonalistów, którzy mieli tradycję na ustach i piętnaście bękartów pochowanych w różnych portach.
Kwestia krótkotrwałej, krótkoterminowej zabawy bez konsekwencji albo z późniejszym rzuceniem kilku galeonów na bachora była...
...bardzo konkretnym, bezdyskusyjnym tematem w jego oczach. Mogli być sobie obcy, nie planować nic więcej, nie chcieć od siebie nic ponad to wszystko, co już się wydarzyło, ale to nie zmieniało faktu, że on sam, o ile byłby żywy, za cholerę nie wystawiłby nikogo na okoliczność samodzielnego wychowywania bękarta. Ani bękarta na wychowywanie się ze świadomością bycia niechcianym przez rodzica.
Dokładnie tak jak nie zrobił tego jego ojciec. Nie tak jak to zrobiła jego matka.
Nie bez powodu szczerze gardził kimkolwiek, kto postawił Norę w takiej a nie innej sytuacji. Nie oceniał przy tym przyjaciółki, był od tego zadziwiająco daleki, za to nie miał najmniejszych problemów z tym, aby pałać szczerą, nieskrywaną niechęcią do tego drugiego elementu. Mimo to nie drążył, teraz też po prostu posłał jej całkiem poważne spojrzenie.
Utrzymał je przez całe trzy sekundy zanim nie dotarły do niego kolejne słowa towarzyszki, na które instynktownie zareagował cichym, trochę cynicznym parsknięciem. Nie, zdecydowanie tego nie widział. Ani nie potrzebował widzieć, bo jeśli w istocie chciałby przysłużyć się w taki sposób społeczeństwu to mógłby zrobić to w każdej chwili. I pewnie już dawno by to uczynił.
- Dzięki - stwierdził z uniesionymi brwiami, uśmiechając się pod nosem. - Miło słyszeć, że nie jestem aż taki stary. Hipokryzja, jakaby nie była, w żadnym razie mnie nie rusza. Co zaś tyczy się pąkli, niech to zostanie w zakresie bardziej odpowiednich osób - on z całą przyjemnością mógł być tym dobrym wujkiem dla Mabel a to także raczej z doskoku niż z bliskiej odległości.
Nawet jeśli był taki moment w jego życiu, w którym zaczął ostrożnie rozważać założenie własnej rodziny, teraz po czasie odczuwał coś na kształt piekącej, raczej dosyć gorzkiej ulgi, że tak się nie stało. Byłby naprawdę beznadziejnym ojcem. Fatalnym mężem - to już udowodnił wycofując się z wieloletniego związku, przez lata nie dochodząc do niczego innego niż tego, że w istocie lepiej było, by zniknął i się wycofał.
Słowa Nory, choć miłe, pozostawiły pewny gorzki posmak w jego ustach. Mimo tego, że skwitował je w bardzo lekki, niezobowiązujący sposób. Z pozoru bez cienia smutku czy żalu. Odwrócił jednak wzrok, szybko sięgając po szklankę i opróżniając ją jednym głębokim haustem zanim nie skierował tematu w stronę Thomasa.
Niespecjalnie widziało mu się rozmawianie o tym, że jedyna osoba, z którą mógł sobie wyobrazić świadome przysłużenie się statystykom była zaręczona z kimś innym, on nie pchał łapsk w kierunku zajętych panien (zresztą to było przecież dużo bardziej skomplikowane) a jeśli chodziło o przygodne relacje to wyjątkowo mocno pilnował się, żeby nie usłyszeć kiedyś czegoś, czego zdecydowanie nie chciał słyszeć.
- Gdyby zjawił się szybciej, pewnie też niewiele zmieniłoby się w zakresie tego, na co powinien a na co nie powinien sobie pozwalać - odparł, kolejny raz raczej nie wahając się przed sformułowaniem własnego zdania. - To dorosły człowiek. Nie może przefrunąć z gniazda rodziców do gniazda młodszej siostry i oczekiwać, że dołoży tam swoje trzy patyki i dzięki temu stanie się naczelnym ptaszyskiem - zgadza się, to nawet brzmiało absurdalnie.
Gdy wkraczało się do czyjegoś królestwa, należało zdawać sobie sprawę z konieczności uszanowania panujących tam zasad. Szczególnie, gdy nie miało się raczej zamiaru zostać tam na stałe, bo kto jak kto, ale Thomas zdecydowanie zasługiwał na to, żeby w pewnym momencie stworzyć sobie coś własnego w jakimś zakątku świata. Z kim? Z kimkolwiek, Ambroise nie zamierzał o to pytać ani specjalnie nie drążył tematu. W jego oczach Thomas mógł wybrać samotność, znaleźć sobie jakąś potworę i być jej amatorem.
Cholera jasna, jeśli kumpel preferowałby, aby to był potwór zamiast potwory, to też było w porządku. Potwora czy potwór, liczył się otwór. Pod tym kątem raczej nie zamierzał tego nigdzie rozgłaszać, ale był zadziwiająco progresowy. Sam miał bardzo jasne upodobania, natomiast te innych ludzi niespecjalnie go obchodziły. Nie uważał to za nic, w co powinien wsadzać swój nos. A nawet przeciwnie - nie miał żadnej ochoty w to wnikać.
Dokładnie tak jak w sporą część innych kwestii. Zarówno stan zdrowia pani Abbott, jak i poczynania nieznanej mu grupy czarodziejów walczących z Voldemortem nie były czymś, o czym chciałby wiedzieć zbyt wiele. Nie potrzebował. Przynajmniej na te moment. Miał stanowczo zbyt wiele własnych problemów.
- Dobro to pojęcie względne - stwierdził bez mrugnięcia okiem, cały czas przyglądając się Figgównie, mając przy tym zdecydowanie neutralny ton głosu i wyraz twarzy. - Ale tak, patrząc na to w ten sposób, czyjeś dobro zawsze zwycięża - zdecydowanie nie był tak optymistyczny jak przyjaciółka, nawet nie próbował być.
W istocie dobro jednych ludzi niekoniecznie oznaczało dobro innych. Jasne. Zdecydowanie nie chciał, żeby Śmierciożercy zwyciężyli w taki sposób, w jaki planowali to zrobić i aby wprowadzili w życie wszystkie swoje postulaty. Mimo wszystko miał też pewne obiekcje przeciwko zwycięstwu tej drugiej strony i temu, co może się stać z jego klasą społeczną, gdy czarodzieje półkrwi, mugolaki i charłaki dojdą do niemal całościowej władzy.
Ich żądania też bywały bardzo skrajne. Tak samo jak głoszone przez nich hasła sugerujące, że równość, wolność i braterstwo mogło momentalnie przemienić się w kumoterstwo, zaś potem jeszcze szybciej w czystki na złych i najgorszych czystokrwistych.
Powrót do dawnego stanu rzeczy też nie wchodził w grę. Stanęli przed naprawdę chaotycznym, wielowątkowym, złożonym wyzwaniem i Greengrass naprawdę wątpił w to, aby większość z walczących po którejkolwiek stronie w choć niewielkim zakresie zdawała sobie sprawę z konsekwencji, jakie mieli wszyscy ponieść. Niezależnie od wyniku starcia.
Równowaga nigdy nie istniała. Nigdy nie miała istnieć. Zawsze miała być zaburzona. Pytanie, na którą stronę ostatecznie miała przechylić się szala i kto miał być faktyczną ofiarą tej wojny.
Mimo to, nie zamierzał wdawać się w tak głęboką dyskusję. Przynajmniej nie teraz, gdy zaczynało być naprawdę miło. Odzyskiwali choć część spokoju.
- Rzeczywiście, nie jest to zbyt wygodne miejsce - uśmiechnął się pod nosem, lekko kręcąc głową. - Więc tym bardziej cię tam nie porzucę. Cieszę się, że mamy tu jasność - może nie zamierzał o tym mówić, ale miło było usłyszeć podobne słowa, podobał mu się sposób, w który o tym mówiła.
Nawet on czasami potrzebował, by ktoś tak po prostu uwierzył w jego dobre intencje. Szczególnie ostatnio, gdy wszystko dookoła zaczęło się pierdolić. Gdy on sam nie do końca wierzył już w bycie tak neutralnym człowiekiem, za jakiego zawsze się uważał.
Nigdy nie myślał o sobie w kategorii kogoś dobrego, nie był dobrą osobą i nie próbował nią być. Mimo to myśl o byciu całkowicie wypaczonym nie była czymś, co nie miało na niego wpływu. A ostatnio pojawiała się częściej niż kiedykolwiek.
Jeśli w istocie miał jakieś supermoce, w tym momencie zaczynał skłaniać się w stronę wybitnego talentu do pierdolenia sobie życia. Co gorsza również nie bez wpływu na innych, na których cholernie mocno mu zależało. Uśmiechnął się nieco krzywo, jednocześnie kręcąc głową na wzmiankę o przytyku.
- Ciastka, pączki i te sprawy. Możesz nie być tego świadoma, ale masz wielbicieli pośród całego oddziału i nie tylko, bo sam bym tego nie przejadł - stwierdził szczerze, zupełnie zgodnie z prawdą i z faktycznym stanem rzeczy. - Nic dodać, nic ująć - wspomniał jeszcze zanim skorzystał z przyzwolenia ze strony Nory, milknąc na dłuższy moment i po prostu racząc się alkoholem naprzemiennie z papierosem.
Całkiem niezłe połączenie jak na ten wieczór. Niemalże idealne, zwłaszcza w obliczu słodyczy również czekających na swoją kolej.
- Zechce to znajdzie. Na pewno - stwierdził po prostu, bo to było tak banalne, zwłaszcza w przypadku przedstawicieli płci męskiej.
Chcieli - mogli. Nieważne, co stanęłoby im na drodze i jak bardzo byliby zajęci. Nie chcąc natomiast mieli znaleźć miliardy wymówek. Nic skomplikowanego.
Traktował ją niczym własną młodszą siostrę, tyle tylko, że może z większym przymrużeniem oka aniżeli Roselyn, z którą przez wiele lat miewał mniejsze lub większe spiny. Pomiędzy nim a Norą raczej nigdy nie było miejsca na rywalizację typową dla większości rodzeństw. Ich relacja była zbliżona do tej rodzinnej a jednak jednocześnie inna.
I właśnie tu pojawiał się ten wspomniany obcy element. To specyficzne podejście wynikające po części z układu sił, po części zaś z indywidualnych doświadczeń czy charakterów. Jak do tej pory obywało się przy tym bez skrajności. Nie wpadli jeszcze w żadną pułapkę swoich na swój sposób bardzo zbliżonych podejść do oferowania i przyjmowania pomocy.
Ktoś złośliwy (lub po prostu realistyczny) mógłby powiedzieć, że całe szczęście, bo wtedy wydawało się całkiem prawdopodobne, że znaleźliby się w impasie. Zawieszeni gdzieś w próżni pomiędzy daj, pomogę ci, bo krwawisz a nie, ty krwawisz bardziej, więc najpierw ty, ja sobie poradzę lub co gorsza w okoliczności krycia przed tą drugą stroną własnych bolączek w pozornie słusznej intencji pomocy wpierw tej drugiej osobie.
Niewiele było osób, wobec których Ambroise zachowywałby się w tak jednorodnie nieegoistyczny sposób jak w stosunku do Eleonory (której chyba jeszcze nigdy nie miał okazji nazwać w ten sposób na głos). Właśnie dlatego chciał od niej usłyszeć to, co sądziła na jego temat, nawet jeśli miał ją w tym celu spić. Mimowolnie biorąc to pod uwagę i kwitując jej słowa milczącym kiwnięciem.
Jasne. Ten temat mieli przełożony na inną, późniejszą okazję. Zaś kolejny?
- Szczerze mówiąc - odparł, jednocześnie rozkładając przy tym ręce w geście mającym zastąpić stwierdzenie znasz moje zdanie - takie sytuacje powinny należeć do wyjątków. Nie mówię nawet o tym, że idąc z kimś do łóżka powinno się znać tę osobę, bo chuj z tym, tak nie jest i nie będzie - parsknął cicho, jakby sama ta myśl była zbyt absurdalnie idealistyczna.
Tak idylliczna, że aż nieprawdopodobnie naiwna. Wzbudzająca kpinę i politowanie dla kogokolwiek, kto tak sądził. No cóż, byli przyjaciółmi na tyle długo, że nie zamierzał przed nią ukrywać swojego hulaszczego stylu życia ani lata temu, ani obecnie. Choć oba etapy wynikały z zupełnie innego podejścia, w żadnym wypadku nie łączyło ich jego jednorodne, niezmienne spojrzenie na świat.
- Raczej to coś wynikającego z odwagi cywilnej... ...albo często z jej braku... ...i z tego, że gdy jesteś szanującym się gościem to albo pilnujesz swojego chuja, albo odpowiadasz za efekty machania nim w jedną czy w drugą - stwierdził bezceremonialnie, bowiem branie odpowiedzialności za wszelkie konsekwencje swoich akcji powinno być całkowicie naturalne.
No, właśnie. Powinno być. Niestety nie żyli w idealnym świecie, mimo to tak jak Nora miał tu swoje konkretne zdanie.
To nie było machnięcie ręką i twoja decyzja, co z tym zrobisz. To nie było zrzeczenie się odpowiedzialności. To nie było nawet pół na pół. To nie było równoważenie sił i zakresu odpowiedzialności. To nie było: oboje za to odpowiadamy, więc dzielimy się pół na pół, przy czym ode mnie dostajesz forsę i letnią rezydencję, nie zamierzam mieć w tym udziału. Nigdy nie powinno być. To było: skoro to mój dzieciak, ty go rodzisz to ja odpowiadam za całą resztę, przynajmniej do momentu aż nie będzie to konieczne. Czyli obiektywnie mówiąc: do osiągnięcia pełnoletniości wspomnianego potomstwa.
Pod tym kątem był zdecydowanym tradycjonalistą i to nie jednym z tych czystokrwistych tradycjonalistów, którzy mieli tradycję na ustach i piętnaście bękartów pochowanych w różnych portach.
Kwestia krótkotrwałej, krótkoterminowej zabawy bez konsekwencji albo z późniejszym rzuceniem kilku galeonów na bachora była...
...bardzo konkretnym, bezdyskusyjnym tematem w jego oczach. Mogli być sobie obcy, nie planować nic więcej, nie chcieć od siebie nic ponad to wszystko, co już się wydarzyło, ale to nie zmieniało faktu, że on sam, o ile byłby żywy, za cholerę nie wystawiłby nikogo na okoliczność samodzielnego wychowywania bękarta. Ani bękarta na wychowywanie się ze świadomością bycia niechcianym przez rodzica.
Dokładnie tak jak nie zrobił tego jego ojciec. Nie tak jak to zrobiła jego matka.
Nie bez powodu szczerze gardził kimkolwiek, kto postawił Norę w takiej a nie innej sytuacji. Nie oceniał przy tym przyjaciółki, był od tego zadziwiająco daleki, za to nie miał najmniejszych problemów z tym, aby pałać szczerą, nieskrywaną niechęcią do tego drugiego elementu. Mimo to nie drążył, teraz też po prostu posłał jej całkiem poważne spojrzenie.
Utrzymał je przez całe trzy sekundy zanim nie dotarły do niego kolejne słowa towarzyszki, na które instynktownie zareagował cichym, trochę cynicznym parsknięciem. Nie, zdecydowanie tego nie widział. Ani nie potrzebował widzieć, bo jeśli w istocie chciałby przysłużyć się w taki sposób społeczeństwu to mógłby zrobić to w każdej chwili. I pewnie już dawno by to uczynił.
- Dzięki - stwierdził z uniesionymi brwiami, uśmiechając się pod nosem. - Miło słyszeć, że nie jestem aż taki stary. Hipokryzja, jakaby nie była, w żadnym razie mnie nie rusza. Co zaś tyczy się pąkli, niech to zostanie w zakresie bardziej odpowiednich osób - on z całą przyjemnością mógł być tym dobrym wujkiem dla Mabel a to także raczej z doskoku niż z bliskiej odległości.
Nawet jeśli był taki moment w jego życiu, w którym zaczął ostrożnie rozważać założenie własnej rodziny, teraz po czasie odczuwał coś na kształt piekącej, raczej dosyć gorzkiej ulgi, że tak się nie stało. Byłby naprawdę beznadziejnym ojcem. Fatalnym mężem - to już udowodnił wycofując się z wieloletniego związku, przez lata nie dochodząc do niczego innego niż tego, że w istocie lepiej było, by zniknął i się wycofał.
Słowa Nory, choć miłe, pozostawiły pewny gorzki posmak w jego ustach. Mimo tego, że skwitował je w bardzo lekki, niezobowiązujący sposób. Z pozoru bez cienia smutku czy żalu. Odwrócił jednak wzrok, szybko sięgając po szklankę i opróżniając ją jednym głębokim haustem zanim nie skierował tematu w stronę Thomasa.
Niespecjalnie widziało mu się rozmawianie o tym, że jedyna osoba, z którą mógł sobie wyobrazić świadome przysłużenie się statystykom była zaręczona z kimś innym, on nie pchał łapsk w kierunku zajętych panien (zresztą to było przecież dużo bardziej skomplikowane) a jeśli chodziło o przygodne relacje to wyjątkowo mocno pilnował się, żeby nie usłyszeć kiedyś czegoś, czego zdecydowanie nie chciał słyszeć.
- Gdyby zjawił się szybciej, pewnie też niewiele zmieniłoby się w zakresie tego, na co powinien a na co nie powinien sobie pozwalać - odparł, kolejny raz raczej nie wahając się przed sformułowaniem własnego zdania. - To dorosły człowiek. Nie może przefrunąć z gniazda rodziców do gniazda młodszej siostry i oczekiwać, że dołoży tam swoje trzy patyki i dzięki temu stanie się naczelnym ptaszyskiem - zgadza się, to nawet brzmiało absurdalnie.
Gdy wkraczało się do czyjegoś królestwa, należało zdawać sobie sprawę z konieczności uszanowania panujących tam zasad. Szczególnie, gdy nie miało się raczej zamiaru zostać tam na stałe, bo kto jak kto, ale Thomas zdecydowanie zasługiwał na to, żeby w pewnym momencie stworzyć sobie coś własnego w jakimś zakątku świata. Z kim? Z kimkolwiek, Ambroise nie zamierzał o to pytać ani specjalnie nie drążył tematu. W jego oczach Thomas mógł wybrać samotność, znaleźć sobie jakąś potworę i być jej amatorem.
Cholera jasna, jeśli kumpel preferowałby, aby to był potwór zamiast potwory, to też było w porządku. Potwora czy potwór, liczył się otwór. Pod tym kątem raczej nie zamierzał tego nigdzie rozgłaszać, ale był zadziwiająco progresowy. Sam miał bardzo jasne upodobania, natomiast te innych ludzi niespecjalnie go obchodziły. Nie uważał to za nic, w co powinien wsadzać swój nos. A nawet przeciwnie - nie miał żadnej ochoty w to wnikać.
Dokładnie tak jak w sporą część innych kwestii. Zarówno stan zdrowia pani Abbott, jak i poczynania nieznanej mu grupy czarodziejów walczących z Voldemortem nie były czymś, o czym chciałby wiedzieć zbyt wiele. Nie potrzebował. Przynajmniej na te moment. Miał stanowczo zbyt wiele własnych problemów.
- Dobro to pojęcie względne - stwierdził bez mrugnięcia okiem, cały czas przyglądając się Figgównie, mając przy tym zdecydowanie neutralny ton głosu i wyraz twarzy. - Ale tak, patrząc na to w ten sposób, czyjeś dobro zawsze zwycięża - zdecydowanie nie był tak optymistyczny jak przyjaciółka, nawet nie próbował być.
W istocie dobro jednych ludzi niekoniecznie oznaczało dobro innych. Jasne. Zdecydowanie nie chciał, żeby Śmierciożercy zwyciężyli w taki sposób, w jaki planowali to zrobić i aby wprowadzili w życie wszystkie swoje postulaty. Mimo wszystko miał też pewne obiekcje przeciwko zwycięstwu tej drugiej strony i temu, co może się stać z jego klasą społeczną, gdy czarodzieje półkrwi, mugolaki i charłaki dojdą do niemal całościowej władzy.
Ich żądania też bywały bardzo skrajne. Tak samo jak głoszone przez nich hasła sugerujące, że równość, wolność i braterstwo mogło momentalnie przemienić się w kumoterstwo, zaś potem jeszcze szybciej w czystki na złych i najgorszych czystokrwistych.
Powrót do dawnego stanu rzeczy też nie wchodził w grę. Stanęli przed naprawdę chaotycznym, wielowątkowym, złożonym wyzwaniem i Greengrass naprawdę wątpił w to, aby większość z walczących po którejkolwiek stronie w choć niewielkim zakresie zdawała sobie sprawę z konsekwencji, jakie mieli wszyscy ponieść. Niezależnie od wyniku starcia.
Równowaga nigdy nie istniała. Nigdy nie miała istnieć. Zawsze miała być zaburzona. Pytanie, na którą stronę ostatecznie miała przechylić się szala i kto miał być faktyczną ofiarą tej wojny.
Mimo to, nie zamierzał wdawać się w tak głęboką dyskusję. Przynajmniej nie teraz, gdy zaczynało być naprawdę miło. Odzyskiwali choć część spokoju.
- Rzeczywiście, nie jest to zbyt wygodne miejsce - uśmiechnął się pod nosem, lekko kręcąc głową. - Więc tym bardziej cię tam nie porzucę. Cieszę się, że mamy tu jasność - może nie zamierzał o tym mówić, ale miło było usłyszeć podobne słowa, podobał mu się sposób, w który o tym mówiła.
Nawet on czasami potrzebował, by ktoś tak po prostu uwierzył w jego dobre intencje. Szczególnie ostatnio, gdy wszystko dookoła zaczęło się pierdolić. Gdy on sam nie do końca wierzył już w bycie tak neutralnym człowiekiem, za jakiego zawsze się uważał.
Nigdy nie myślał o sobie w kategorii kogoś dobrego, nie był dobrą osobą i nie próbował nią być. Mimo to myśl o byciu całkowicie wypaczonym nie była czymś, co nie miało na niego wpływu. A ostatnio pojawiała się częściej niż kiedykolwiek.
Jeśli w istocie miał jakieś supermoce, w tym momencie zaczynał skłaniać się w stronę wybitnego talentu do pierdolenia sobie życia. Co gorsza również nie bez wpływu na innych, na których cholernie mocno mu zależało. Uśmiechnął się nieco krzywo, jednocześnie kręcąc głową na wzmiankę o przytyku.
- Ciastka, pączki i te sprawy. Możesz nie być tego świadoma, ale masz wielbicieli pośród całego oddziału i nie tylko, bo sam bym tego nie przejadł - stwierdził szczerze, zupełnie zgodnie z prawdą i z faktycznym stanem rzeczy. - Nic dodać, nic ująć - wspomniał jeszcze zanim skorzystał z przyzwolenia ze strony Nory, milknąc na dłuższy moment i po prostu racząc się alkoholem naprzemiennie z papierosem.
Całkiem niezłe połączenie jak na ten wieczór. Niemalże idealne, zwłaszcza w obliczu słodyczy również czekających na swoją kolej.
- Zechce to znajdzie. Na pewno - stwierdził po prostu, bo to było tak banalne, zwłaszcza w przypadku przedstawicieli płci męskiej.
Chcieli - mogli. Nieważne, co stanęłoby im na drodze i jak bardzo byliby zajęci. Nie chcąc natomiast mieli znaleźć miliardy wymówek. Nic skomplikowanego.
Because no matter how long the night
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down