13.01.2025, 02:32 ✶
Teoretycznie sam już wcześniej użył tego określenia w nie do końca niewinnym sensie, wcale nie mając wtedy na myśli trzymania się za rączkę (czy tam za łapkę wyposażoną w mikro haczyki) i skakania po łączce niczym dwojka pierwszoroczniaków. A jednak słysząc podobny tekst z ust Geraldine, prawie zakrztusił się alkoholem, czując już nawet pieczenie w nosie, przez który niemal popłynęła mu whisky. Nie zszokowała go. Co to, to nie. Po prostu nagle to sobie wyobraził, nie mogąc nie chrząknąć ani nie unieść brwi.
- Na konika polnego? - Tego chyba jeszcze nie grali.
A przecież robili wiele całkiem kreatywnych rzeczy. Możliwe, że stwierdzenie, że pamiętał je wszystkie byłoby zupełną bujdą i przesadą. Jednak tego zdecydowanie nie mieli na swoim koncie, tak samo zresztą jak wielu innych rzeczy, które poruszali w tej rozmowie. Nagle okazywało się, że ich braki sięgały naprawdę głęboko (a może to kreatywność zaczęła wznosić się na kolejne wyżyny w związku z tęsknotą za przeszłością?), tak czy siak, gdy Geraldine zaczęła mówić o dacie, nawet nie drgnęła mu powieka.
- Trzynasty września - rzucił bez chwili zastanowienia.
Z pozoru perfekcyjna data. Odległa, a jednak na tyle bliska, że mogli o niej mówić jeszcze przed Mabon.
- Dobrze - odrzekł, co w jego ustach wcale nie brzmiało jak zgoda ku temu, by tak po prostu pozwolić sobie poprowadzić tę rozmowę w ten niekontrolowany sposób.
Wręcz przeciwnie, zdecydowanie nie miał tego na myśli. Świadczyło o tym bardzo delikatne wykrzywienie warg, jak i również ton głosu, którego użył, aby odpowiedzieć na słowa Yaxleyówny. Gdy tak stawiała tę sprawę, wszystko było jednocześnie skomplikowane i bardzo jasne. Nie potrzebowali kolejny raz rozmawiać o czymś, co nie przeszłoby im przez usta, przy czym nie wiedzieli, od czego zacząć i co mówić lub też nie mówić, by nie poruszyć drażliwych kwestii.
Nie musieli się poznawać, jeśli w istocie mylił się w swoim osądzie i nie była to wspólna chęć. Kiwnął głową, kończąc tym samym temat, szczególnie że teraz, gdy przez moment było między nimi naprawdę dobrze, wracanie do czegoś, co mogłoby wywołać kolejną kłótnię byłoby głupotą.
A Ambroise był pijany, może zachowując się trochę głupkowato, lecz z pewnością nie będąc przy tym głupim. Nie wybierałby świadomie robienia czegoś, co było jedynie przepisem na następne chaotyczne minuty. Nie chciał, aby to, co wywiązało się między nimi było wyłącznie ciszą przed burzą.
Nawet, jeśli gdzieś tam pod skórą oboje wiedzieli, że nią było. W innym wypadku ich słowa nie niosłyby ze sobą aż tylu banałów. Nie prowadziliby dyskusji w ten sposób. Zawsze, gdy rzeczywiście robili jakieś plany, w ich słowach dominowały konkrety zaś to gesty były przepełnione emocjami. Teraz było inaczej. Pojawiły się piękne określenia i wydumanie bezcelowe pytania.
I te drobne detale, które jednocześnie napawały go wewnętrznym ciepłem i kłuły do żywego niczym drobne igiełki pojawiające się, gdy wracało się z mrozu do przyjemnie nagrzanego domu. W tej chwili pierwszy raz od dawna czuł się żywy a nie tylko żyjący, jednakże ten stan był równie słodki, co momentami gorzkawy.
Tak jak to wspomnienie o szufladzie, w której trzymała rzeczy od niego. W pierwszej chwili rozchylił usta, żeby powiedzieć jej, że przecież nigdy nie musiała ich chować, były jej i mogła je nosić, kiedykolwiek tego chciała. Lubił widok tamtego szala, smocze kapcie, wełniany płaszcz w tamtym niemal niepowtarzalnym kolorze. Lubił ozdobny sztylecik, delikatne rzemieślnicze kolczyki, bransoletkę kupioną podczas jednego z nielicznych wyjazdów z kraju, jakie mieli okazję odbyć, bo zawsze zostawiali to sobie na później. Na przyszłość, która nie nadeszła.
Lubił dziesiątki mniejszych i większych pierdół. To, co pewnie miało szansę znaleźć się zamknięte w jej szufladzie, jak i to, czego niechybnie się pozbyła, bo on...
...on tak właściwie nie zostawił sobie niczego. Niemal niczego, prócz tych trzech małych drobiazgów, których nie miał serca pozostawić wraz z resztą przedmiotów i wspomnień pochowanych na Horyzontalnej czy w Piaskownicy.
Gdy odchodził tamtego zimowego poranka, nie potrafił się tak po prostu spakować. Nie umiał przygotować się w ten sposób do tego, co musiało nadejść. Jego odejście nie nastąpiło z dnia na dzień. Zbierał się ku temu przez zatrważająco długie dni. Odwlekał to w czasie, próbując łapać ostatnie chwile wspólnego szczęścia.
A gdy nadszedł ten parszywy moment, nie zabrał ze sobą niemal nic z tego, co mogłoby wymagać pełnego uświadomienia sobie, że nie miał już wrócić do domu. Tłumaczył to sobie brakiem sentymentalności, byciem konkretnym i racjonalnym człowiekiem, kimś praktycznym.
W rzeczywistości obawiał się swojej szuflady i tego, co by tam zamknął. Pewnie zdawała sobie z tego sprawę, bo przecież widziała tamte rzeczy. A teraz, gdy było między nimi tak złudnie dobrze, on sam nie tylko czuł się tak, jakby wyłącznie krok dzielił go od sięgnięcia po nie, gdy tylko ponownie wrócą do domu. Lecz także obiecania, że gdy już odwiedzą razem stoiska podczas Mabon, sprezentuje jej wszystko, na czym Geraldine odpowiednio długo zawiesi spojrzenie.
- Nie. Wrócimy do domu zanim przeminie ten dzień, nie będziemy myśleć o tym, co przeminęło. Nie musimy tego robić - zamiast mówić to, o czym pomyślał, odpowiadać na te słowa o szufladzie, świadomie postanowił poprawić Geraldine. - Zamiast tego będziemy cieszyć się tym, co jest - nie mówiąc o tym, co będzie, kolejny raz usiłując manewrować dookoła przyszłości.
Czyż to nie był absurdalnie dziurawy plan? Absurdalnie spragnionych ludzi? Pragnących wszystkiego tylko nie przemijania, wokół którego kręciło się święto, o którym teraz mówili? Zdecydowanie wolał Beltane. Wolał Lithę, wolał Ostarę. Zarówno Mabon, jak i jego październikowy sabat były czymś, za czym niemal nigdy nie przepadał. Tak samo jak ubiegłoroczne Yule.
Tak właściwie to od zeszłego roku nie tylko ponownie znienawidził okres własnych urodzin, znowu czując się jak to sabatowe dziecko, z którego to pojęcia się niegdyś ironicznie śmieli. Lecz również wszystkie inne czarodziejskie święta. Przez ostatnie półtora roku niemal wszystkie te okazje spędził w jedyny słuszny sposób - na dyżurze.
Tegoroczne Mabon też nie miało być inne. Wbrew temu, o czym obecnie mówili. W kontraście do jego aktualnego szerokiego uśmiechu i lekkiego tonu głosu, gdy miękko mówił o wspólnym wyjściu na festiwal, przejściu się po straganach czy powrocie razem do domu.
W rzeczywistości tego nie planował. Znowu się łudzili, bo to nie było oszustwo. Nie oszukiwali się, tylko myśleli życzeniowo. Wobec tego nie było w tym nic złego, prawda? Szczególnie, gdy jednocześnie snuli także rozważenia na inne absurdalne tematy. Sztukę teleportacji węży i takie tam.
- Zdecydowanie się tu przeniósł. Dlatego jest taki niebezpieczny. On pełza tylko dla niepoznaki. Aż zniknie ofierze z oczu. Później skacze w przestrzeni. Kto wie, może w czasie też skacze - tak, to bawiło go bardziej niż powinno, nawet jeśli zdecydowanie zauważył, że plątał mu się przy tym język.
Pierdolił trzy po trzy i nie miał z tym żadnego problemu.
- Nie - błyskawicznie zaprzeczył. - Nic nie muszę jest odpowiedzią na wszystko. To, że mogę to po prostu czysty fakt. Najczystszy - poza tym w dalszym ciągu nie czuł żadnych wyrzutów sumienia w związku z tą małą mistyfikacją, w którą ją wrobił.
Nie czuł się ani trochę źle z tym, że na moment przez niego spanikowała, że wzburzył ją na tyle mocno, aby usłyszeć jej akcent czy plączące się słowa. Zwłaszcza, gdy wszystko niemal mu się udało i gdyby tylko był mniej podpity (albo mocniej się usrał; może oba na raz) z dużym prawdopodobieństwem doprowadziłby sprawę do końca. Bez tego ładnego proszenia, którego to wspomnienie skwitował krótkim, szczekliwym parsknięciem śmiechu.
- Ja? Prosić o to, żebyś mnie rozebrała? Naprawdę? - Przecież wiedziała, że nigdy się o to nie dopraszał, szczerze mówiąc żadne z nich nie musiało tego robić i to było w tym wszystkim tak dobre; wystarczyło kilka spojrzeń lub drobnych gestów, by to mieli. - Nie. Kiedy tak stawiasz sprawę to już nie chcę - stwierdził głównie z czystej przekory, nawet jeśli wszystkie reakcje fizyczne jego ciała w dalszym ciągu świadczyły wręcz przeciwnie.
Mimo to, kiedy Geraldine tak to ujmowała, zamierzał usrać się przy tym, że jednak mu się to odwidziało. Przynajmniej przez kilka chwil, bo w obliczu całej tej błogości i alkoholu buzującego w żyłach, Greengrass raczej szczerze wątpił w siłę własnej woli. Tym bardziej, że był to drugi raz tego dnia, gdy się od siebie odsunęli. Teraz w dodatku tylko metaforycznie.
- Nic nie muszę, schodzić też nie muszę. Możesz mnie pomścić za życia. Nic ci w tym nie przeszkadza, masz moje przyzwolenie - wypalił coraz bardziej bez sensu, jednocześnie ani przez chwilę się nad tym nie zastanawiając.
W tym momencie nie chodziło już o słowa. O to, co musieli a co mogli. Czego nie musieli i nie mogli. Nic z tych rzeczy.
- Wiedziałbym - stwierdził bez mrugnięcia okiem, nie pozwalając na to, by drgnęła mu przy tym powieka czy jakikolwiek mięsień twarzy; zdecydowanie był pewien swego, jeśli chodzi o tę kwestię. - Oczywiście, że zacząłbym cię straszyć. Ta zniewaga by tego wymagała - zakończył energicznym kiwnięciem głową, jednocześnie zwracając oczy ku Yaxleyównie, gdy kolejny raz tego dnia powiedziała coś, co sprawiło, że je zmrużył.
To nie były tylko puste słowa. To nie było kolejne rozchichotane zapewnienie o czymś, o czym paplali bez sensu, popijając coraz to większe ilości alkoholu i biorąc głębsze łyki niż na samym początku. To było coś innego. Uwierzył jej w te słowa tak jak i ona uwierzyła w te jego. Zmierzył ją może trochę nazbyt pijanym, lecz jednocześnie zadziwiająco trzeźwo myślącym spojrzeniem.
- Jesteśmy przeklęci. Mówiłem ci - albo nie mówił?, nie do końca był to w stanie stwierdzić, licząc na to, że Rina potwierdzi jego słowa. - Więc to po prostu jasne, że to prawda. Pewnie czułabyś, że wykorkowałem i takie tam. Że zeżarł mnie wąż rzeczny. Co czyni cię jeszcze większą panikarą, skoro nic mi teraz nie było - mówił lekkim, trochę oderwanym od rzeczywistości tonem głosu, ani trochę nie zająkując się przed wypowiadaniem bądź co bądź całkiem ponurych słów.
Tylko po to, aby moment później równie płynnie przejść do kolejnego z rzędu ulubionego tematu Yaxleyówny. Zupełnie tak, jakby tworzyli tu sobie jakieś bingo zadziwiająco lekko poruszanych kwestii. Ewidentnie brakowało im do szczęścia tej odrobiny łaciny i komicznych nazw roślin, którymi mógł ją bezczelnie obdarzać.
- Musiałabyś przyjąć ode mnie kamyk, potem uzupełnić go jeszcze o kółko - odpowiedział powoli, namyślając się przy tym, bo nigdy wcześniej tego nie rozważał. - A nawet wtedy nie wiem czy to by tak zadziałało. Raczej nie? Bo nie jesteś krwią z krwi? Chyba w dalszym ciągu musiałabyś zostać tą psią rutą czy dżdżownicą? Za to nasz pąkiel byłby już drzewem? Nawet, gdyby byłby pąklą i zmieniłby nazwisko po ślubie? Tak to działa - ot, znowu weszli na niezbyt grząski teren całkiem absurdalnego spekulowania na bezsensowne tematy, pozbawione podparcia w rzeczywistości.
Tym bardziej, że nieważne, czego chciał. Czego chcieli. To było coś abstrakcyjnego.
- Nie wiem - niemal nigdy nie był tak otwarcie i bez wahania szczery jak w momencie, w którym odpowiedział na to pytanie, kolejny raz sięgając, aby poprawić wszystkie spadające kosmyki włosów Geraldine. - Nie, nie zapomnieć - to było pewne, szczególnie w takich momentach, w których znajdowali się tak blisko siebie, gdy patrzyli na siebie bez żadnego szczególnego powodu; tylko po to, by patrzeć. - Chciałbym... ...nieważne, czego bym chciał, bo nie o to cię pytałem. Co mam z tobą zrobić? Tak, żebyśmy mogli widywać się bez... ...tego? - Doskonale wiedziała, co miał przy tym na myśli.
Otoczkę pełną rozgoryczenia, smutku i żalu. Wyrzutów sumienia, lecz także tych kierowanych ku tej drugiej osobie. Melancholii i tego wręcz niezwykłego talentu do zmieniania każdej błahej rozmowy w rozognioną kłótnię lub wręcz przeciwnie - w smutny manifest czegoś, co nie mogło odejść, lecz także nie było w stanie się ziścić.
W tym momencie nie chciał wracać do tych wszystkich przykrych rozważeń, jednakże to pytanie cisnęło mu się na usta, bo było właśnie tak jak jej powiedział - nie wiedział, co powinien, co mógł, co miał zrobić z tym wszystkim, co się między nimi działo.
Wrażenie błogości i odurzenia alkoholem zdecydowanie nie ułatwiało sprawy, tym bardziej, że nawet na przestrzeni tej jednej rozmowy stanowczo zbyt często padały między nimi mniej lub bardziej jawne sugestie powtórzenia tego, co ich tu zatrzymało.
- Chodź do domu - nie wiedział, kiedy dokładnie podjął decyzję o wypowiedzeniu tych słów, szczególnie tym tonem, ale tym razem miał pewność, że padły na głos. - Nie możemy ryzykować, że wąż rzeczny dopadnie nas oboje. Musimy zebrać siły, zewrzeć szyki i tak dalej zanim znowu wyleziemy na polowanie. Dopóki się tu wije, nikt nie jest bezpieczny - nie bez powodu krążyły o nim, o tym ich wężu takie a nie inne ostrzeżenia, co nie?
- Na konika polnego? - Tego chyba jeszcze nie grali.
A przecież robili wiele całkiem kreatywnych rzeczy. Możliwe, że stwierdzenie, że pamiętał je wszystkie byłoby zupełną bujdą i przesadą. Jednak tego zdecydowanie nie mieli na swoim koncie, tak samo zresztą jak wielu innych rzeczy, które poruszali w tej rozmowie. Nagle okazywało się, że ich braki sięgały naprawdę głęboko (a może to kreatywność zaczęła wznosić się na kolejne wyżyny w związku z tęsknotą za przeszłością?), tak czy siak, gdy Geraldine zaczęła mówić o dacie, nawet nie drgnęła mu powieka.
- Trzynasty września - rzucił bez chwili zastanowienia.
Z pozoru perfekcyjna data. Odległa, a jednak na tyle bliska, że mogli o niej mówić jeszcze przed Mabon.
- Dobrze - odrzekł, co w jego ustach wcale nie brzmiało jak zgoda ku temu, by tak po prostu pozwolić sobie poprowadzić tę rozmowę w ten niekontrolowany sposób.
Wręcz przeciwnie, zdecydowanie nie miał tego na myśli. Świadczyło o tym bardzo delikatne wykrzywienie warg, jak i również ton głosu, którego użył, aby odpowiedzieć na słowa Yaxleyówny. Gdy tak stawiała tę sprawę, wszystko było jednocześnie skomplikowane i bardzo jasne. Nie potrzebowali kolejny raz rozmawiać o czymś, co nie przeszłoby im przez usta, przy czym nie wiedzieli, od czego zacząć i co mówić lub też nie mówić, by nie poruszyć drażliwych kwestii.
Nie musieli się poznawać, jeśli w istocie mylił się w swoim osądzie i nie była to wspólna chęć. Kiwnął głową, kończąc tym samym temat, szczególnie że teraz, gdy przez moment było między nimi naprawdę dobrze, wracanie do czegoś, co mogłoby wywołać kolejną kłótnię byłoby głupotą.
A Ambroise był pijany, może zachowując się trochę głupkowato, lecz z pewnością nie będąc przy tym głupim. Nie wybierałby świadomie robienia czegoś, co było jedynie przepisem na następne chaotyczne minuty. Nie chciał, aby to, co wywiązało się między nimi było wyłącznie ciszą przed burzą.
Nawet, jeśli gdzieś tam pod skórą oboje wiedzieli, że nią było. W innym wypadku ich słowa nie niosłyby ze sobą aż tylu banałów. Nie prowadziliby dyskusji w ten sposób. Zawsze, gdy rzeczywiście robili jakieś plany, w ich słowach dominowały konkrety zaś to gesty były przepełnione emocjami. Teraz było inaczej. Pojawiły się piękne określenia i wydumanie bezcelowe pytania.
I te drobne detale, które jednocześnie napawały go wewnętrznym ciepłem i kłuły do żywego niczym drobne igiełki pojawiające się, gdy wracało się z mrozu do przyjemnie nagrzanego domu. W tej chwili pierwszy raz od dawna czuł się żywy a nie tylko żyjący, jednakże ten stan był równie słodki, co momentami gorzkawy.
Tak jak to wspomnienie o szufladzie, w której trzymała rzeczy od niego. W pierwszej chwili rozchylił usta, żeby powiedzieć jej, że przecież nigdy nie musiała ich chować, były jej i mogła je nosić, kiedykolwiek tego chciała. Lubił widok tamtego szala, smocze kapcie, wełniany płaszcz w tamtym niemal niepowtarzalnym kolorze. Lubił ozdobny sztylecik, delikatne rzemieślnicze kolczyki, bransoletkę kupioną podczas jednego z nielicznych wyjazdów z kraju, jakie mieli okazję odbyć, bo zawsze zostawiali to sobie na później. Na przyszłość, która nie nadeszła.
Lubił dziesiątki mniejszych i większych pierdół. To, co pewnie miało szansę znaleźć się zamknięte w jej szufladzie, jak i to, czego niechybnie się pozbyła, bo on...
...on tak właściwie nie zostawił sobie niczego. Niemal niczego, prócz tych trzech małych drobiazgów, których nie miał serca pozostawić wraz z resztą przedmiotów i wspomnień pochowanych na Horyzontalnej czy w Piaskownicy.
Gdy odchodził tamtego zimowego poranka, nie potrafił się tak po prostu spakować. Nie umiał przygotować się w ten sposób do tego, co musiało nadejść. Jego odejście nie nastąpiło z dnia na dzień. Zbierał się ku temu przez zatrważająco długie dni. Odwlekał to w czasie, próbując łapać ostatnie chwile wspólnego szczęścia.
A gdy nadszedł ten parszywy moment, nie zabrał ze sobą niemal nic z tego, co mogłoby wymagać pełnego uświadomienia sobie, że nie miał już wrócić do domu. Tłumaczył to sobie brakiem sentymentalności, byciem konkretnym i racjonalnym człowiekiem, kimś praktycznym.
W rzeczywistości obawiał się swojej szuflady i tego, co by tam zamknął. Pewnie zdawała sobie z tego sprawę, bo przecież widziała tamte rzeczy. A teraz, gdy było między nimi tak złudnie dobrze, on sam nie tylko czuł się tak, jakby wyłącznie krok dzielił go od sięgnięcia po nie, gdy tylko ponownie wrócą do domu. Lecz także obiecania, że gdy już odwiedzą razem stoiska podczas Mabon, sprezentuje jej wszystko, na czym Geraldine odpowiednio długo zawiesi spojrzenie.
- Nie. Wrócimy do domu zanim przeminie ten dzień, nie będziemy myśleć o tym, co przeminęło. Nie musimy tego robić - zamiast mówić to, o czym pomyślał, odpowiadać na te słowa o szufladzie, świadomie postanowił poprawić Geraldine. - Zamiast tego będziemy cieszyć się tym, co jest - nie mówiąc o tym, co będzie, kolejny raz usiłując manewrować dookoła przyszłości.
Czyż to nie był absurdalnie dziurawy plan? Absurdalnie spragnionych ludzi? Pragnących wszystkiego tylko nie przemijania, wokół którego kręciło się święto, o którym teraz mówili? Zdecydowanie wolał Beltane. Wolał Lithę, wolał Ostarę. Zarówno Mabon, jak i jego październikowy sabat były czymś, za czym niemal nigdy nie przepadał. Tak samo jak ubiegłoroczne Yule.
Tak właściwie to od zeszłego roku nie tylko ponownie znienawidził okres własnych urodzin, znowu czując się jak to sabatowe dziecko, z którego to pojęcia się niegdyś ironicznie śmieli. Lecz również wszystkie inne czarodziejskie święta. Przez ostatnie półtora roku niemal wszystkie te okazje spędził w jedyny słuszny sposób - na dyżurze.
Tegoroczne Mabon też nie miało być inne. Wbrew temu, o czym obecnie mówili. W kontraście do jego aktualnego szerokiego uśmiechu i lekkiego tonu głosu, gdy miękko mówił o wspólnym wyjściu na festiwal, przejściu się po straganach czy powrocie razem do domu.
W rzeczywistości tego nie planował. Znowu się łudzili, bo to nie było oszustwo. Nie oszukiwali się, tylko myśleli życzeniowo. Wobec tego nie było w tym nic złego, prawda? Szczególnie, gdy jednocześnie snuli także rozważenia na inne absurdalne tematy. Sztukę teleportacji węży i takie tam.
- Zdecydowanie się tu przeniósł. Dlatego jest taki niebezpieczny. On pełza tylko dla niepoznaki. Aż zniknie ofierze z oczu. Później skacze w przestrzeni. Kto wie, może w czasie też skacze - tak, to bawiło go bardziej niż powinno, nawet jeśli zdecydowanie zauważył, że plątał mu się przy tym język.
Pierdolił trzy po trzy i nie miał z tym żadnego problemu.
- Nie - błyskawicznie zaprzeczył. - Nic nie muszę jest odpowiedzią na wszystko. To, że mogę to po prostu czysty fakt. Najczystszy - poza tym w dalszym ciągu nie czuł żadnych wyrzutów sumienia w związku z tą małą mistyfikacją, w którą ją wrobił.
Nie czuł się ani trochę źle z tym, że na moment przez niego spanikowała, że wzburzył ją na tyle mocno, aby usłyszeć jej akcent czy plączące się słowa. Zwłaszcza, gdy wszystko niemal mu się udało i gdyby tylko był mniej podpity (albo mocniej się usrał; może oba na raz) z dużym prawdopodobieństwem doprowadziłby sprawę do końca. Bez tego ładnego proszenia, którego to wspomnienie skwitował krótkim, szczekliwym parsknięciem śmiechu.
- Ja? Prosić o to, żebyś mnie rozebrała? Naprawdę? - Przecież wiedziała, że nigdy się o to nie dopraszał, szczerze mówiąc żadne z nich nie musiało tego robić i to było w tym wszystkim tak dobre; wystarczyło kilka spojrzeń lub drobnych gestów, by to mieli. - Nie. Kiedy tak stawiasz sprawę to już nie chcę - stwierdził głównie z czystej przekory, nawet jeśli wszystkie reakcje fizyczne jego ciała w dalszym ciągu świadczyły wręcz przeciwnie.
Mimo to, kiedy Geraldine tak to ujmowała, zamierzał usrać się przy tym, że jednak mu się to odwidziało. Przynajmniej przez kilka chwil, bo w obliczu całej tej błogości i alkoholu buzującego w żyłach, Greengrass raczej szczerze wątpił w siłę własnej woli. Tym bardziej, że był to drugi raz tego dnia, gdy się od siebie odsunęli. Teraz w dodatku tylko metaforycznie.
- Nic nie muszę, schodzić też nie muszę. Możesz mnie pomścić za życia. Nic ci w tym nie przeszkadza, masz moje przyzwolenie - wypalił coraz bardziej bez sensu, jednocześnie ani przez chwilę się nad tym nie zastanawiając.
W tym momencie nie chodziło już o słowa. O to, co musieli a co mogli. Czego nie musieli i nie mogli. Nic z tych rzeczy.
- Wiedziałbym - stwierdził bez mrugnięcia okiem, nie pozwalając na to, by drgnęła mu przy tym powieka czy jakikolwiek mięsień twarzy; zdecydowanie był pewien swego, jeśli chodzi o tę kwestię. - Oczywiście, że zacząłbym cię straszyć. Ta zniewaga by tego wymagała - zakończył energicznym kiwnięciem głową, jednocześnie zwracając oczy ku Yaxleyównie, gdy kolejny raz tego dnia powiedziała coś, co sprawiło, że je zmrużył.
To nie były tylko puste słowa. To nie było kolejne rozchichotane zapewnienie o czymś, o czym paplali bez sensu, popijając coraz to większe ilości alkoholu i biorąc głębsze łyki niż na samym początku. To było coś innego. Uwierzył jej w te słowa tak jak i ona uwierzyła w te jego. Zmierzył ją może trochę nazbyt pijanym, lecz jednocześnie zadziwiająco trzeźwo myślącym spojrzeniem.
- Jesteśmy przeklęci. Mówiłem ci - albo nie mówił?, nie do końca był to w stanie stwierdzić, licząc na to, że Rina potwierdzi jego słowa. - Więc to po prostu jasne, że to prawda. Pewnie czułabyś, że wykorkowałem i takie tam. Że zeżarł mnie wąż rzeczny. Co czyni cię jeszcze większą panikarą, skoro nic mi teraz nie było - mówił lekkim, trochę oderwanym od rzeczywistości tonem głosu, ani trochę nie zająkując się przed wypowiadaniem bądź co bądź całkiem ponurych słów.
Tylko po to, aby moment później równie płynnie przejść do kolejnego z rzędu ulubionego tematu Yaxleyówny. Zupełnie tak, jakby tworzyli tu sobie jakieś bingo zadziwiająco lekko poruszanych kwestii. Ewidentnie brakowało im do szczęścia tej odrobiny łaciny i komicznych nazw roślin, którymi mógł ją bezczelnie obdarzać.
- Musiałabyś przyjąć ode mnie kamyk, potem uzupełnić go jeszcze o kółko - odpowiedział powoli, namyślając się przy tym, bo nigdy wcześniej tego nie rozważał. - A nawet wtedy nie wiem czy to by tak zadziałało. Raczej nie? Bo nie jesteś krwią z krwi? Chyba w dalszym ciągu musiałabyś zostać tą psią rutą czy dżdżownicą? Za to nasz pąkiel byłby już drzewem? Nawet, gdyby byłby pąklą i zmieniłby nazwisko po ślubie? Tak to działa - ot, znowu weszli na niezbyt grząski teren całkiem absurdalnego spekulowania na bezsensowne tematy, pozbawione podparcia w rzeczywistości.
Tym bardziej, że nieważne, czego chciał. Czego chcieli. To było coś abstrakcyjnego.
- Nie wiem - niemal nigdy nie był tak otwarcie i bez wahania szczery jak w momencie, w którym odpowiedział na to pytanie, kolejny raz sięgając, aby poprawić wszystkie spadające kosmyki włosów Geraldine. - Nie, nie zapomnieć - to było pewne, szczególnie w takich momentach, w których znajdowali się tak blisko siebie, gdy patrzyli na siebie bez żadnego szczególnego powodu; tylko po to, by patrzeć. - Chciałbym... ...nieważne, czego bym chciał, bo nie o to cię pytałem. Co mam z tobą zrobić? Tak, żebyśmy mogli widywać się bez... ...tego? - Doskonale wiedziała, co miał przy tym na myśli.
Otoczkę pełną rozgoryczenia, smutku i żalu. Wyrzutów sumienia, lecz także tych kierowanych ku tej drugiej osobie. Melancholii i tego wręcz niezwykłego talentu do zmieniania każdej błahej rozmowy w rozognioną kłótnię lub wręcz przeciwnie - w smutny manifest czegoś, co nie mogło odejść, lecz także nie było w stanie się ziścić.
W tym momencie nie chciał wracać do tych wszystkich przykrych rozważeń, jednakże to pytanie cisnęło mu się na usta, bo było właśnie tak jak jej powiedział - nie wiedział, co powinien, co mógł, co miał zrobić z tym wszystkim, co się między nimi działo.
Wrażenie błogości i odurzenia alkoholem zdecydowanie nie ułatwiało sprawy, tym bardziej, że nawet na przestrzeni tej jednej rozmowy stanowczo zbyt często padały między nimi mniej lub bardziej jawne sugestie powtórzenia tego, co ich tu zatrzymało.
- Chodź do domu - nie wiedział, kiedy dokładnie podjął decyzję o wypowiedzeniu tych słów, szczególnie tym tonem, ale tym razem miał pewność, że padły na głos. - Nie możemy ryzykować, że wąż rzeczny dopadnie nas oboje. Musimy zebrać siły, zewrzeć szyki i tak dalej zanim znowu wyleziemy na polowanie. Dopóki się tu wije, nikt nie jest bezpieczny - nie bez powodu krążyły o nim, o tym ich wężu takie a nie inne ostrzeżenia, co nie?
Because no matter how long the night
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down