- Połowiczna racja brzmi nie najgorzej. - Jak na nią, prawda? Jej wiedza związana z eliksirami, cóż nie należała do szczególnie ogromnych. Zresztą prawie zniszczyła salę do alchemii, kilka razy - to też nie stało się przypadkowo. Po prostu nigdy nie wykazywała szczególnego zainteresowania tym tematem. Nie musiała przygototwywać dla siebie eliksirów, nie miała do tego cierpliwości. Od samego początku wiedziała, że jeśli coś będzie jej potrzebne to po prostu to kupi. Tak to działało w jej rodzinie, może matka czasem coś warzyła, jednak też nie robiła tego zbyt często. Mieli to w genach, ojciec może i lubił bimber, ale też nie był w stanie sam go pędzić, bo najprawdopodobniej doprowadziłby wtedy do wybuchy w rezydencji. Gotowanie i warzenie eliksirów leżało poza zakresem ich zainteresowań. Nie było sensu z tym walczyć, wszyscy o tym wiedzieli.
Miło jej było jednak z powodu, że Roise próbował jej pokazać, że wcale nie jest taka fatalna, jak się jej wydawało, że coś tam wie. Sama dużo wcześniej by się skreśliła, a on pokazywał jej, że zupełnie niepotrzebnie to robiła, to było wspaniałe wsparcie. Cóż, na pewno zyska przy nim sporo pewności siebie, co mogło nie przynieść niczego dobrego, bo i bez tego zadzierała nosa, gdy miała ku temu okazje, a teraz będzie się ich mogło pojawić jeszcze więcej.
Nie sądziła, że znajdzie się ktoś, kto będzie ją wspierał w taki sposób, bo to było naprawdę wiele. Raczej przywykła do walki w pojedynkę, udowadniania całemu światu, że warto brać pod uwagę jej zdanie, zwłaszcza w dziedzinie, w której była najbardziej biegła. To był świat mężczyzn, musiała od najmłodszych lat pokazywać, że jest w stanie zasłużyć sobie na ich szacunek, to nie było wcale takie proste. Ciągła walka, ciągłe próby negowania jej umiejętności tylko dlatego, że była młoda, a do tego co najgorsze jeszcze śmiała urodzić się jako kobieta. Roise pokazał jej, że może być inaczej, nawet jeśli chodzi o tematy, na których nie miała prawa się znać. Chyba jeszcze nikt w nią tak nie wierzył, nie był gotowy jej dawać tyle wsparcia, to mogło pomóc jej rozwinąć skrzydła, spowodować, że jeszcze bardziej uwierzy w siebie. Czasem tego potrzebowała. Mogło się wydawać, że jej pewność siebie jest niezachwiana, ale bywały momenty, gdy miała dość ciągłej walki i udowadniania wszystkim tego, że faktycznie wie, o czym mówi.
Do tego wszystkiego patrzył na nią, tak jak nikt inny, jakby nie widział niczego poza nią. Nie spodziewała się, w ogóle ją to kiedyś spotka. Nie wydawało jej się, aby to było możliwe, a jednak. Na tle tych wszystkich związków o których słyszała, w większości zawartych z powinności to było czymś zupełnie innym. Bardziej wartościowym, prawdziwym. Wiedziała, że w ich świecie to wcale nie jest standard. Mało kto miał szansę faktycznie przeżyć coś takiego. Mieli sporo szczęścia, bo przecież nie będą musieli ukrywać się przed światem, bo pochodzili z rodzin, które były siebie warte, przynajmniej według norm przyjętych przez tych lepszych, czystokrwistych czarodziejów. Nikt nie powinien stanąć na drodze ku ich szczęściu. Nie wszyscy mieli tak lekko. Zdarzały się przecież sytuacje, kiedy trafiali na siebie ludzie z zupełnie innych kręgów, którzy nie mieli możliwości faktycznie skończyć razem, no chyba, że byli gotowi na wykluczenie ze swoich rodzin. Oni nie będą musieli wybierać, to też było całkiem budujące. Jakby idealnie do siebie pasowali pod każdym względem, może faktycznie byli dla siebie stworzeni? Coś w tym musiało być.
Cieszyła się, że mieli za sobą te głupie ramy, które sobie narzucili, że w końcu dotarło do nich, że zasługują na coś więcej, że było im to pisane mimo długiej drogi, którą odbyli, aby to osiągnąć. Zasługiwali na szczęście, przyciągli się przecież od samego początku, wisiało to między nimi, tyle, że nieco się to skomplikowało. Nie dało się jednak walczyć z tym, co było im pisane, prędzej, czy później musieli skończyć w takiej formie, najlepszej, najbardziej właściwej. Kiedy w końcu mogli robić wszystko, na co mieli ochotę.
- Raczej staram się go nigdy nie marnować. - To już powinien wiedzieć, w końcu spędzali ze sobą naprawdę dużo czasu. Yaxleyówna zazwyczaj robiła wszystko szybko, jakby bała się, że może jej zabraknąć wolnych chwil. Nie przywiązywała też wagi do szczegółów, zresztą teraz też zebrała się wyjątkowo szybko, zresztą nie sądziła, że wygląda jakoś niesamowicie. Znaczy wcześniej nie sądziła, bo teraz Ambroise spowodował, że faktycznie poczuła się tak, jakby zrobiła ze sobą coś wielkiego.
- W sumie prawda, wszystko już zaczęło nabierać sensu. - Tak, ona również nie miała co do tego żadnych wątpliwości, niby trwali w tym dopiero krótką chwilę, a już dostrzegała znaczące zmiany. Wszystko wydawało jej się barwniejsze, lepsze.
- Chodźmy więc. - Póki noc była jeszcze młoda i mogli spędzić na zewnątrz sporo czasu. Wiedziała, że później może ich przegonić chłód, chociaż, czy faktycznie, jak się na coś uparli to nie było zmiłuj. Spodziewała się, że nawet jeśli mieliby tam zamarzać, to tak łatwo nie przyjdzie im powrót do tego domu, bo założyli sobie coś zupełnie innego.
Mogli rozejrzeć się tutaj później, dokładnie obejrzeć każdy kąt, bo przecież zakładali, że będą tutaj cztery dni, a później? Później też mieli tutaj wrócić, czuła, że faktycznie do tego dojdzie, że to miejsce stanie się ich. Zupełnie przypadkiem, chociaż może wcale nie przypadkiem, bo Ambroise zabrał ją tutaj z jakiejś przyczyny, wiedział, że jej się tutaj spodoba, chociaż zwyczajowo nie wybierała takich miejsc. Było zupełnie innego od tego, co ją interesowało. Znajdowało się na odludziu, raczej wolała znajdować się w centrum wydarzeń, jednak nie teraz. To się zmieniło od kiedy Ambroise miał zostać w jej życiu. Wiedziała, że teraz wystarczy jej tylko jego towarzystwo, bo przecież powoli stawał się jej całym światem. Miała tego świadomość.
Kiedyś pewnie nigdy nie założyłaby, że będzie w stanie na kogoś tak spojrzeć, myśleć o nim w różnych sytuacjach, zacznie dostrzegać możliwości, które wydawały jej się nie być dla niej. Wszystko się zmieniało, ona się zmieniła. Będzie musiała nieco też popracować nad swoimi przyzywczajeniami, bo wiedziała, że to będzie musiało się zmienić. Nie chciała znikać z Anglii na dłużej, nie umiałaby teraz tak po prostu wyjechać i wrócić za kilka miesięcy. Nie, kiedy na miejscu znalazła sens.
Wyszli więc z domu. Ruszyli przed siebie, tym razem w dół. Miała wrażenie, że to było jeszcze trudniejsze niż wspinaczka w pierwszą stronę. Teraz łatwiej było o potknięcie i zsunięcie się na samą plażę, w sumie może to też nie było takie głupie rozwiazanie, tyle, że wiązałoby się z potłuczonym tyłkiem, co znowu nie należało do szczególnie przyjemnych rzeczy.
W końcu udało im się zejść na plażę. Zrobiło już się faktycznie ciemno, a okolicę oświetlały jedynie gwiazdy i blask księżyca, było pięknie i malowniczo, dźwięk fal uderzających o klify roznosił się echem po okolicy. Cóż, faktycznie dawno nie znajdowała się w podobnym miejscu. Mimo tego, że znajdowali się przecież dość blisko od ludzi, to jednak wydawało jej się, że są tu zupełnie sami i nikt nie będzie w stanie im przeszkodzić.