13.01.2025, 13:10 ✶
Domyślenie się, w jaki sposób Moody mogła poszukiwać zapomnienia, nie było szczególnie trudne: ale Brenna po prostu o tym nie myślała. Próbowała być oparciem dla Millie na tyle, na ile było to możliwe, doskonale jednak wiedziała, że choćby wyszła z siebie i stanęła obok, nie jest kimś, kto potrafiłby znaleźć remedium na problemy dręczące pannę Moody. Nie wnikała i też nie oceniała – w ich pracy, a i w tym świecie, ludzie czasem robili różne rzeczy, próbując załatać pęknięcia, utrzymać się w pionie, przejść przez kolejny dzień. Tak naprawdę póki nie krzywdziłeś kogoś z premedytacją i nie współpracowałeś z tą drugą stroną, niewiele było rzeczy, na które mogłaby popatrzeć krzywo.
Czy powinna być świadkiem tej sceny? Pewnie nie. Ale prawda była taka, że nie przeszkadzałoby jej to, gdyby nie to, że się zwyczajnie martwiła. Szczególnie o Mildred, która sypała się kompletnie i Brenna nie miała pojęcia, czy zmiana terapeuty, propozycja skonsultowania się z kimś z Trenawleyów co do Trzeciego Oka i to, że mogła uznać Księżycowy Staw za swój dom, jeżeli pragnęła miejsca które nie będzie „kolejnym strychem”, jak to w pewnym sensie ujęła, wystarczy, aby ją posklejać. Ale też po prawdzie trochę o Eden – za piękną twarzą i nieskazitelnym wizerunkiem bogatej, pewnej siebie i złośliwej żony z wyższych sfer kryły się rysy, które objawiła pod wpływem alkoholu i Brenny zdecydowanie nie cieszyło, że najwyraźniej kobieta właśnie przeżywała w jej salonie jeden z mniej przyjemnych momentów swojego życia.
– Jestem pewna, że tak stojąc wyglądałabyś bardzo malowniczo, ale Bertie i tak nie dałby ci milczeć i patrzeć chmurnie, zaraz wyłoniłby się z piany tuż obok ciebie – powiedziała, podsuwając Malfoyównie talerz z tostem, ledwo ta wyraziła zgodę, obojętnie czy w żartach, czy nie: zgodziła się, znaczy się przepadło i już. Brenna to najchętniej obie siedzące z nią tutaj kobiety karmiłaby łyżeczką, zachęcając do kęsów za… no dobrze, nie za tatusia, niekoniecznie którakolwiek z nich by takie wzięła… ale po prostu do kęsów. Chociaż jednocześnie doskonale zdawała sobie sprawę z tego, że nie był to najlepszy moment na zachęcanie do tego, żeby Eden wzięła sobie jeszcze trochę dżemu. – Proszę, nie krępuj się, a ja za to trochę pomilczę, zgodnie z obietnicą – oświadczyła, zanim zapadła się z powrotem głębiej w fotel, a jej ręka spoczęła na psim łbie.
Odruchowo spojrzała na karty.
Brenna nie miała talentu do odczytywania symboli i znaczeń, choćby dlatego, że nie chodziła w szkole na wróżbiarstwo, mimo magii, która płynęła jej we krwi. Znała znaczenie kilku najpopularniejszych kart tarota – wuj nosił je ze sobą dostatecznie często, aby ciekawska nastolatka spytała choćby czy śmierć oznacza nadchodzącą śmierć – ale układ, rozłożony na blacie, nic jej nie mówił. Kojarzyła z tych wszystkich kart tylko Cesarza, Pazia Kielichów – uśmiech, trochę niewesoły, przeszedł na moment przez jej usta na jego widok, i Królową Buław.
Wypowiadane słowa też dla niej nie miały sensu, ale liczyło się tylko to, czy miały sens dla Eden.
I czy ta w ogóle chciała je usłyszeć.
Brenna przesunęła palcami po włosach. Normalnie może próbowałaby przerwać, wspomniałaby coś o tym, że karty n i e są dziecinne, nie wypada jednak stawiać ich niechętnym, ale między Moody i Eden ewidentnie działo się coś, co nie do końca ogarniała i bała się, że tylko pogorszyłaby sytuację.
Czy powinna być świadkiem tej sceny? Pewnie nie. Ale prawda była taka, że nie przeszkadzałoby jej to, gdyby nie to, że się zwyczajnie martwiła. Szczególnie o Mildred, która sypała się kompletnie i Brenna nie miała pojęcia, czy zmiana terapeuty, propozycja skonsultowania się z kimś z Trenawleyów co do Trzeciego Oka i to, że mogła uznać Księżycowy Staw za swój dom, jeżeli pragnęła miejsca które nie będzie „kolejnym strychem”, jak to w pewnym sensie ujęła, wystarczy, aby ją posklejać. Ale też po prawdzie trochę o Eden – za piękną twarzą i nieskazitelnym wizerunkiem bogatej, pewnej siebie i złośliwej żony z wyższych sfer kryły się rysy, które objawiła pod wpływem alkoholu i Brenny zdecydowanie nie cieszyło, że najwyraźniej kobieta właśnie przeżywała w jej salonie jeden z mniej przyjemnych momentów swojego życia.
– Jestem pewna, że tak stojąc wyglądałabyś bardzo malowniczo, ale Bertie i tak nie dałby ci milczeć i patrzeć chmurnie, zaraz wyłoniłby się z piany tuż obok ciebie – powiedziała, podsuwając Malfoyównie talerz z tostem, ledwo ta wyraziła zgodę, obojętnie czy w żartach, czy nie: zgodziła się, znaczy się przepadło i już. Brenna to najchętniej obie siedzące z nią tutaj kobiety karmiłaby łyżeczką, zachęcając do kęsów za… no dobrze, nie za tatusia, niekoniecznie którakolwiek z nich by takie wzięła… ale po prostu do kęsów. Chociaż jednocześnie doskonale zdawała sobie sprawę z tego, że nie był to najlepszy moment na zachęcanie do tego, żeby Eden wzięła sobie jeszcze trochę dżemu. – Proszę, nie krępuj się, a ja za to trochę pomilczę, zgodnie z obietnicą – oświadczyła, zanim zapadła się z powrotem głębiej w fotel, a jej ręka spoczęła na psim łbie.
Odruchowo spojrzała na karty.
Brenna nie miała talentu do odczytywania symboli i znaczeń, choćby dlatego, że nie chodziła w szkole na wróżbiarstwo, mimo magii, która płynęła jej we krwi. Znała znaczenie kilku najpopularniejszych kart tarota – wuj nosił je ze sobą dostatecznie często, aby ciekawska nastolatka spytała choćby czy śmierć oznacza nadchodzącą śmierć – ale układ, rozłożony na blacie, nic jej nie mówił. Kojarzyła z tych wszystkich kart tylko Cesarza, Pazia Kielichów – uśmiech, trochę niewesoły, przeszedł na moment przez jej usta na jego widok, i Królową Buław.
Wypowiadane słowa też dla niej nie miały sensu, ale liczyło się tylko to, czy miały sens dla Eden.
I czy ta w ogóle chciała je usłyszeć.
Brenna przesunęła palcami po włosach. Normalnie może próbowałaby przerwać, wspomniałaby coś o tym, że karty n i e są dziecinne, nie wypada jednak stawiać ich niechętnym, ale między Moody i Eden ewidentnie działo się coś, co nie do końca ogarniała i bała się, że tylko pogorszyłaby sytuację.
Don't promise to live forever. Promise to forever live while you're alive.