Rita działała zupełnie odwrotnie do Theo. Przy matce była oazą spokoju, uśmiechała się uroczo i akceptowała każde jej zdanie. Gdy znajdowali się z dala od niej, wtedy zaczynała swoje wywody. Nie robiła tego, gdy była obok bo nie ma się co oszukiwać, bała się Charlotte jak nikogo innego, co było może nie do końca zdrowe, ale tak już miała.
- Pewnie poprosi kogoś, żeby się za nią nim opiekował. Nie sądzę, żeby sama biegała z nim na spacery. Wyobrażacie ją sobie jak chodzi po parku z psem? Proszę was. - Znając Charlotte szkoda by jej było marnować czas na takie sprawy. Zastanawiała się tylko, kogo matka miała zamiar w to jeszcze zaangażować. Wolała jednak nie wypytywać, aby niepotrzebnie się jej nie narażać. Zreszta dała im jasno do zrozumienia, że jeśli zostawią psa to mieli sami o niego dbać, nie sądziła, aby coś się w tej kwestii zmieniło. Ona nigdy nie zmieniała zdania.
- Bez sensu byłoby go zabierać z nami, na pewno by to mocno przeżył, nie ma co go męczyć. - Tym bardziej, że czekała ich dość długa droga, do tego na miejscu panowały zupełnie inne warunki niż w Wielkiej Brytanii, dla dobra psa lepiej aby został na miejscu, chociaż, czy na pewno? Musiał zostać sam z ich matką, a to też mogło się różnie skończyć.
- Myślisz, że będzie nas sprawdzać? - Cóż, pewnie powinni się tego spodziewać, kto jak kto, ale Charlotte lubiła mieć pewność, że dzieci jej nie zawiodły. Może faktycznie wypadałoby się nieco bardziej zaangażować w to całe sprzątnie, nie, żeby jakoś specjalnie jej się uśmiechało to robić.
- Matka będzie się zaręczać z wujkiem Jonathanem? Skąd to wiesz, czy nie mają już tego za sobą? - Nie słyszała jeszcze tych informacji, więc nieco się zdziwiła. Najwyraźniej była tak zajęta pracą, że ignorowała pewne sprawy. Musiała to nadrobić, zresztą wuj nic nie wspominał podczas herbatki na którą ją ostatnio zabrał. Chyba wypadałoby, aby to ich zapytał o rękę matki? Skoro reszta rodziny się do niej nie przyznawała po poprzednim skandalu.
- Zawsze może nas zabrać do Australii, to chyba jeszcze dalej? - Cóż, nie widziała nic złego w zmianie kontynentu, chociaż wcale nie było jej tak źle w Wielkiej Brytanii.
Zrobiło się głośno. Miała wrażenie, że ktoś, lub coś pędzi na górze. Uniosła wzrok na szczyt schodów, gdy usłyszała, że coś się od nich odbiło. Skrzat, to chyba był skrzat, to musiał być skrzat, bo wyglądał jak skrzat. Wszystko jasne.
Uniosła w górę różdżkę, bo wyglądał, jakby chciał ich zaatakować i chyba był nawalony? Po co inaczej byłaby mu ta butelka. No i ruszył w ich stronę. Pisnęła - to była jej pierwsza reakcja, bo nie miała pojęcia na co go stać, a przecież te stworzenia chyba naprawdę były mocno związane ze swoimi miejscami zamieszkania. Cóż, mimo, że trzymała różdżkę uniesioną, to nie rzuciła żadnego zaklęcia, bo była zajęta piszczeniem.