13.01.2025, 22:24 ✶
To było coś, co kiedyś zdarzało im się naprawdę często. Nie tylko po alkoholu, lecz także tak po prostu. Bywały dni, kiedy budził się w łóżku tuż obok niej od samego rana zachowując się po prostu niepoważnie. Mając tak dobry, może trochę nazbyt głupkowaty humor, że cokolwiek by się stało, on i tak w dalszym ciągu miał mieć wyjątkowo udany dzień.
Tyle tylko, że nie pamiętał ostatniego takiego razu. Minęło bardzo dużo czasu odkąd mógł dać sobie spuścić z tonu. Przestać zachowywać się jak śmiertelnie poważny podstarzały kawaler, stateczny pan dohtor, czystokrwisty czarodziej, człowiek przepełniony chęcią pokazania się od tej momentami wręcz zbyt sztywnej strony.
Nie był sobie w stanie przypomnieć, kiedy ostatnio umiał w tak łatwy sposób zrezygnować z całej tej otoczki. Nie tylko z jakiegoś jej fragmentu. Nie tyle z części, wybiórczego kawałka, nie w taki sposób jak w tej chwili, bowiem teraz mogłoby się zdawać, że przez moment wrócili do jednego ze swoich pierwszych pobytów nad morzem.
Do czasów, gdy wszystko było jeszcze nie tyle całkowicie świeże i ekscytujące (bo przecież nawet po latach w dalszym ciągu pałał do niej tymi samymi naprawdę żarliwymi uczuciami), co po prostu znacznie prostsze i łatwiejsze. Wtedy nie musieli martwić się cieniem wojny ani nie spierali się o słuszność narzucanych decyzji. Zwłaszcza tak druzgocących jak ta, która zawisła nad nimi półtora roku temu i której cień nigdy ich nie opuszczał.
Nigdy, choć w istocie teraz zachowywali się, jakby go tam nie było. Obejmował ją podczas drogi do domu, stawiając tak rozkołysane i nieskoordynowane kroki, że równie dobrze mógłby spróbować z nią przy tym zatańczyć. Tak właściwie to przez ułamek sekundy pragnął tak po prostu chwycić dziewczynę w ramiona, obracając się z nią kilkukrotnie po kuchni, ale to chyba nie było dobrym pomysłem.
Wiedział to nawet w tej chwili, bo ledwo trzymał się na nogach, stojąc przy kuchennym blacie i usiłując wydać im obiadokolację zanim zapadnie zmrok. Zawsze bardzo poważnie podchodził do kwestii wspólnych posiłków. Nie tyle dla siebie samego, co dla swojej dziewczyny, bowiem odkąd się rozstali prawie już nie gotował.
Nie mając dla kogo tego robić, zrezygnował ze stania przy garach w celu robienia czegoś innego niżeli warzenia eliksirów czy tworzenia innych substancji. Znalezienie się w tym domu z nią u boku było niczym podmuch świeżego powietrza przynoszący ze sobą zapach wspomnień i motywację ku temu, by podjąć próbę nie pokrojenia sobie knykci przy czymś całkiem prostym, na co chyba powinno go być stać.
- No cóż, dobrze wiedzieć, że przynajmniej nie fiuta - stwierdził całkiem lekkim, może nieco nazbyt wyluzowanym i bez wątpienia rozbawionym tonem, przekrzywiając głowę w tył i rzucając Geraldine niezbyt przejęte spojrzenie. - Aczkolwiek, gdybyś kiedyś zamierzyła się, żeby uciąć mi ręce, bądź przy tym tak miła, aby zamiast tego tak po prostu od razu upierdolić mi głowę, w porządku? -
Nawet w tym momencie i w tym stanie upojenia alkoholowego doskonale pamiętał to, w jak gładki i możliwie bezbolesny sposób potrafiła wykonać podobne cięcie. Czy to przy pomocy ostrza, czy odpowiednio rzuconego zaklęcia. Bez wątpienia byłby to całkiem szybki, choć może nie do końca najlepszy koniec, jaki mogłaby mu zapewnić.
W tej drugiej kwestii już kiedyś miał okazję określić się Geraldine, co do sposobu, w jaki chciałby umrzeć w jej ramionach (czy tam udach, czy tam w ramionach, ale jednocześnie między udami). Natomiast jeśli już należałoby, by wybrał jedno z dwojga, wolał mieć uciętą głowę niż odrąbane ręce. Nie musiał mówić dlaczego, prawda?
Wyprostował szyję, przekrzywiając przy tym głowę to w jeden, to w drugi bok i poruszając ramionami, by pozbyć się zesztywnienia karku. Spanie na kanapie (jeśli w ogóle dało się powiedzieć, że tam spał a nie miotał się pod wpływem koszmarów) nie sprzyjało rozprężeniu mięśni i nawet niebotyczne ilości wlanego w siebie alkoholu nie mogły zmienić faktu, że od czasu podniesienia się z wrzosowiska, Ambroisa trochę bolały plecy.
Tak właściwie to jeszcze chwilę wcześniej zamierzał poprosić dziewczynę o pomoc w tym zakresie. Być może nie określili się całkowicie wprost, ale mieli wspólnie odbyć tą zaległą kąpiel i wtedy w żadnym wypadku nie zamierzał unosić się honorem. Wręcz przeciwnie. Planował pozwolić sobie na to, by oprzeć się o nią w wannie, korzystając z tego błogiego momentu, jaki mogliby razem mieć.
Nie musząc nawet zasłaniać się przy tym żadnymi wymówkami (nie mogę brać tej kąpieli samotnie, bo jeszcze się utopię a z odpływu kibla, niczym Marta, wyskoczy na mnie wąż rzeczny), bo alkohol zdecydowanie ułatwiał im sprawę. Mogli tak zwyczajnie, całkowicie niezobowiązująco powrócić do czegoś, co niegdyś brali za pewnik.
To kiedyś była ich niemalże codzienna rzeczywistość, tyle tylko, że bez zalewania się prawie do nieprzytomności. Bez konieczności wlewania w siebie alkoholu, aby podtrzymać ten błogi, szczeniacko roześmiany stan. Niegdyś potrafili tak po prostu cieszyć się swoim towarzystwem i tym wszystkim, co ich ze sobą łączyło.
Obecnie być może o tym nie mówili. Możliwe, że nawet nie myśleli o tym w ten sposób (a przynajmniej on tak teraz nie robił), ale dopiero uchlanie się razem sprawiło, że zaczęli zachowywać się jak tamci ludzie. Tamci trzeźwi ludzie. Jasne - też nie zawsze, czasami robiącymi sobie dwuosobową imprezę u podnóża kanapy w salonie albo w ogródku, gdzie procenty lały się litrami, ale na ogół nie musieli pić, by czuć się przy sobie swobodnie.
To była jedna z tych rzeczy, które się między nimi zmieniły. Jeden z fragmentów nowej rzeczywistości. Pokłosie tego wszystkiego, co się między nimi stało i co nigdy nie doszło do skutku. Zmarnowanej, naruszonej przeszłości i nieistniejącej wspólnej przyszłości. Teraźniejszość była łatwiejsza, kiedy alkohol buzował w głowie a myśli kierowały się głównie w stronę przyjemności.
- To zależy, którego palca miałbym sobie ujebać - odpowiedział, raczej nieudolnie udając, że się przy tym namyśla, z czego zrezygnował niemal w tym samym momencie, w którym niepilnowany nóż rzeczywiście niemalże omsknął mu się po skórze.
Obdarzył go karcącym spojrzeniem, nawet jeśli kierowała nim jego własna dłoń.
- Mogłabyś go - zaczął, jednocześnie dopiero w tej chwili dając reszcie słów Geraldine dotrzeć do jego mózgu.
Zamierzał stwierdzić, że tak, jasne. Mogłaby przyszyć mu palec czy tam palce, gdyby zajęła się tym odpowiednio szybko i we właściwy sposób, ale wtedy obdarzyła go tym tekstem o rzuceniu jego fragmentów czemuś na pożarcie i Ambroise momentalnie zastygł z nożem w dłoni.
Bardzo powoli odkładając ostre narzędzie na deskę do krojenia i jeszcze wolniej obracając się przodem do dziewczyny w celu posłania jej spojrzenia. Jeszcze bardziej oceniająco-karcącego spojrzenia niż te, które chwilę wcześniej skierował ku ostrzu.
- ...czy raczej lepiej byłoby nim coś nakarmić? - Powtórzył po niej całkowicie bez powagi, mimo to siląc się na powstrzymanie rozbawionego wyrazu twarzy. - Myślałem, że lubisz moje palce - zwłaszcza wtedy, kiedy skomentował coś, co jeszcze chwilę wcześniej wydawało mu się faktem a teraz nagle zrobiło się znacznie mniej oczywiste. - Mógłbym być uzdrowicielem bez części palców. Przynajmniej dopóki mam zęby, w których mogę trzymać różdżkę, wspomagając się zaklęciami niewerbalnymi - przypomniał jej o tym fakcie głównie po to, by zaraz dodać coś jeszcze. - W przeciwieństwie do twojego łuku. Jak tam by ci szło strzelanie z łuku bez palców? Tak samo źle jak z kuszy z palcami czy trochę lepiej? - Szach-mat.
Tak, usrał się z tą kuszą. Zdecydowanie nie zamierzał przestać.
Tyle tylko, że nie pamiętał ostatniego takiego razu. Minęło bardzo dużo czasu odkąd mógł dać sobie spuścić z tonu. Przestać zachowywać się jak śmiertelnie poważny podstarzały kawaler, stateczny pan dohtor, czystokrwisty czarodziej, człowiek przepełniony chęcią pokazania się od tej momentami wręcz zbyt sztywnej strony.
Nie był sobie w stanie przypomnieć, kiedy ostatnio umiał w tak łatwy sposób zrezygnować z całej tej otoczki. Nie tylko z jakiegoś jej fragmentu. Nie tyle z części, wybiórczego kawałka, nie w taki sposób jak w tej chwili, bowiem teraz mogłoby się zdawać, że przez moment wrócili do jednego ze swoich pierwszych pobytów nad morzem.
Do czasów, gdy wszystko było jeszcze nie tyle całkowicie świeże i ekscytujące (bo przecież nawet po latach w dalszym ciągu pałał do niej tymi samymi naprawdę żarliwymi uczuciami), co po prostu znacznie prostsze i łatwiejsze. Wtedy nie musieli martwić się cieniem wojny ani nie spierali się o słuszność narzucanych decyzji. Zwłaszcza tak druzgocących jak ta, która zawisła nad nimi półtora roku temu i której cień nigdy ich nie opuszczał.
Nigdy, choć w istocie teraz zachowywali się, jakby go tam nie było. Obejmował ją podczas drogi do domu, stawiając tak rozkołysane i nieskoordynowane kroki, że równie dobrze mógłby spróbować z nią przy tym zatańczyć. Tak właściwie to przez ułamek sekundy pragnął tak po prostu chwycić dziewczynę w ramiona, obracając się z nią kilkukrotnie po kuchni, ale to chyba nie było dobrym pomysłem.
Wiedział to nawet w tej chwili, bo ledwo trzymał się na nogach, stojąc przy kuchennym blacie i usiłując wydać im obiadokolację zanim zapadnie zmrok. Zawsze bardzo poważnie podchodził do kwestii wspólnych posiłków. Nie tyle dla siebie samego, co dla swojej dziewczyny, bowiem odkąd się rozstali prawie już nie gotował.
Nie mając dla kogo tego robić, zrezygnował ze stania przy garach w celu robienia czegoś innego niżeli warzenia eliksirów czy tworzenia innych substancji. Znalezienie się w tym domu z nią u boku było niczym podmuch świeżego powietrza przynoszący ze sobą zapach wspomnień i motywację ku temu, by podjąć próbę nie pokrojenia sobie knykci przy czymś całkiem prostym, na co chyba powinno go być stać.
- No cóż, dobrze wiedzieć, że przynajmniej nie fiuta - stwierdził całkiem lekkim, może nieco nazbyt wyluzowanym i bez wątpienia rozbawionym tonem, przekrzywiając głowę w tył i rzucając Geraldine niezbyt przejęte spojrzenie. - Aczkolwiek, gdybyś kiedyś zamierzyła się, żeby uciąć mi ręce, bądź przy tym tak miła, aby zamiast tego tak po prostu od razu upierdolić mi głowę, w porządku? -
Nawet w tym momencie i w tym stanie upojenia alkoholowego doskonale pamiętał to, w jak gładki i możliwie bezbolesny sposób potrafiła wykonać podobne cięcie. Czy to przy pomocy ostrza, czy odpowiednio rzuconego zaklęcia. Bez wątpienia byłby to całkiem szybki, choć może nie do końca najlepszy koniec, jaki mogłaby mu zapewnić.
W tej drugiej kwestii już kiedyś miał okazję określić się Geraldine, co do sposobu, w jaki chciałby umrzeć w jej ramionach (czy tam udach, czy tam w ramionach, ale jednocześnie między udami). Natomiast jeśli już należałoby, by wybrał jedno z dwojga, wolał mieć uciętą głowę niż odrąbane ręce. Nie musiał mówić dlaczego, prawda?
Wyprostował szyję, przekrzywiając przy tym głowę to w jeden, to w drugi bok i poruszając ramionami, by pozbyć się zesztywnienia karku. Spanie na kanapie (jeśli w ogóle dało się powiedzieć, że tam spał a nie miotał się pod wpływem koszmarów) nie sprzyjało rozprężeniu mięśni i nawet niebotyczne ilości wlanego w siebie alkoholu nie mogły zmienić faktu, że od czasu podniesienia się z wrzosowiska, Ambroisa trochę bolały plecy.
Tak właściwie to jeszcze chwilę wcześniej zamierzał poprosić dziewczynę o pomoc w tym zakresie. Być może nie określili się całkowicie wprost, ale mieli wspólnie odbyć tą zaległą kąpiel i wtedy w żadnym wypadku nie zamierzał unosić się honorem. Wręcz przeciwnie. Planował pozwolić sobie na to, by oprzeć się o nią w wannie, korzystając z tego błogiego momentu, jaki mogliby razem mieć.
Nie musząc nawet zasłaniać się przy tym żadnymi wymówkami (nie mogę brać tej kąpieli samotnie, bo jeszcze się utopię a z odpływu kibla, niczym Marta, wyskoczy na mnie wąż rzeczny), bo alkohol zdecydowanie ułatwiał im sprawę. Mogli tak zwyczajnie, całkowicie niezobowiązująco powrócić do czegoś, co niegdyś brali za pewnik.
To kiedyś była ich niemalże codzienna rzeczywistość, tyle tylko, że bez zalewania się prawie do nieprzytomności. Bez konieczności wlewania w siebie alkoholu, aby podtrzymać ten błogi, szczeniacko roześmiany stan. Niegdyś potrafili tak po prostu cieszyć się swoim towarzystwem i tym wszystkim, co ich ze sobą łączyło.
Obecnie być może o tym nie mówili. Możliwe, że nawet nie myśleli o tym w ten sposób (a przynajmniej on tak teraz nie robił), ale dopiero uchlanie się razem sprawiło, że zaczęli zachowywać się jak tamci ludzie. Tamci trzeźwi ludzie. Jasne - też nie zawsze, czasami robiącymi sobie dwuosobową imprezę u podnóża kanapy w salonie albo w ogródku, gdzie procenty lały się litrami, ale na ogół nie musieli pić, by czuć się przy sobie swobodnie.
To była jedna z tych rzeczy, które się między nimi zmieniły. Jeden z fragmentów nowej rzeczywistości. Pokłosie tego wszystkiego, co się między nimi stało i co nigdy nie doszło do skutku. Zmarnowanej, naruszonej przeszłości i nieistniejącej wspólnej przyszłości. Teraźniejszość była łatwiejsza, kiedy alkohol buzował w głowie a myśli kierowały się głównie w stronę przyjemności.
- To zależy, którego palca miałbym sobie ujebać - odpowiedział, raczej nieudolnie udając, że się przy tym namyśla, z czego zrezygnował niemal w tym samym momencie, w którym niepilnowany nóż rzeczywiście niemalże omsknął mu się po skórze.
Obdarzył go karcącym spojrzeniem, nawet jeśli kierowała nim jego własna dłoń.
- Mogłabyś go - zaczął, jednocześnie dopiero w tej chwili dając reszcie słów Geraldine dotrzeć do jego mózgu.
Zamierzał stwierdzić, że tak, jasne. Mogłaby przyszyć mu palec czy tam palce, gdyby zajęła się tym odpowiednio szybko i we właściwy sposób, ale wtedy obdarzyła go tym tekstem o rzuceniu jego fragmentów czemuś na pożarcie i Ambroise momentalnie zastygł z nożem w dłoni.
Bardzo powoli odkładając ostre narzędzie na deskę do krojenia i jeszcze wolniej obracając się przodem do dziewczyny w celu posłania jej spojrzenia. Jeszcze bardziej oceniająco-karcącego spojrzenia niż te, które chwilę wcześniej skierował ku ostrzu.
- ...czy raczej lepiej byłoby nim coś nakarmić? - Powtórzył po niej całkowicie bez powagi, mimo to siląc się na powstrzymanie rozbawionego wyrazu twarzy. - Myślałem, że lubisz moje palce - zwłaszcza wtedy, kiedy skomentował coś, co jeszcze chwilę wcześniej wydawało mu się faktem a teraz nagle zrobiło się znacznie mniej oczywiste. - Mógłbym być uzdrowicielem bez części palców. Przynajmniej dopóki mam zęby, w których mogę trzymać różdżkę, wspomagając się zaklęciami niewerbalnymi - przypomniał jej o tym fakcie głównie po to, by zaraz dodać coś jeszcze. - W przeciwieństwie do twojego łuku. Jak tam by ci szło strzelanie z łuku bez palców? Tak samo źle jak z kuszy z palcami czy trochę lepiej? - Szach-mat.
Tak, usrał się z tą kuszą. Zdecydowanie nie zamierzał przestać.
Because no matter how long the night
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down