14.01.2025, 16:34 ✶
- Co? - Rzucił w pierwszej chwili, gotów stwierdzić, że się przesłyszał.
Powinno go przytkać, nie? Powinien rzucić coś w rodzaju nie, absolutnie nie jesteśmy razem w tym sensie. Powinien zareagować choć trochę bardziej zbliżenie do tego, w jaki sposób zareagowała Geraldine, zastygając w miejscu i mrugając parokrotnie zanim wreszcie przeniósłby wzrok na Corneliusa, otwierając usta i w pierwszej chwili zaprzeczając temu jakże absurdalnemu założeniu.
Bowiem tym właśnie powinny być wszystkie słowa ich przyjaciela. Całkowicie bezsensownym zarzutem. Czymś, co nie miało żadnej racji bytu, ponieważ stanowczo i zdecydowanie zakończyło się półtora roku temu. Gdyby był tak odpowiedzialnym i logicznym mężczyzną, za którego się miał, nie pozwoliłby sobie na żadną chwilę słabości. Nie szukałby wymówek, aby zostać w Whitby na te wszystkie dni, które faktycznie tam spędzili.
Wychodząc (a właściwie to wybiegając) z jaskini dopplegangera był w szoku. Ona również. Bezwiednie złapali się za ręce, mimowolnie dał się pociągnąć korytarzem, bardzo odruchowo i bezmyślnie teleportował ich w jedyne miejsce, które przeszło mu przez myśl, gdy potrzebował poczuć się stabilnie, poczuć się bezpiecznie. Później na tamtej plaży w dalszym ciągu potrzebowali otrząsnąć się z szoku i złapać oddech.
Ale potem? Chyba nie miał dla siebie żadnego wytłumaczenia. Mieli naprawdę wiele okazji, aby się od siebie odsunąć, nie doprowadzając do tego, żeby pozwolić sobie dać się ponieść chwili. Tak naprawdę przez cały czas mogli podjąć znacznie bardziej twarde decyzje, nie zasłaniając się niczym, z czego tak chętnie korzystali. Nie popisując się desperacją, przez którą na kilka dni ponownie znaleźli się tuż obok siebie.
Z początku usiłując uczynić z tego sojusz, jednak nietrudno było stwierdzić, że sojusznicy nie zachowywali się tak jak oni w stosunku do siebie nawzajem. Ambroise nigdy nie starał się ukrywać przed przyjacielem, że niełatwo było pozbyć się ciężaru tych wszystkich cegiełek, które kiedyś fragment po fragmencie zbierało się, żeby zbudować sobie z nich dom.
I nawet jeśli później z dnia na dzień zaczęły służyć głównie temu, by wściekle ciskać je w kierunku bliskich osób, jednocześnie nie chcąc przyznać się do porażki i odnajdując w tym jedyne rozwiązanie, by poczuć się trochę mniej przygnieciony przeszłością. To w niespełna dwa lata nie dało się cisnąć w twarz wszystkimi zebranymi kamieniami, szczególnie całkowicie celowo unikając wszystkich okazji ku temu.
Przytłoczeni sytuacją z demonicznym bytem, zagrożeniem życia, wizją straty...
...pozwolili sobie na kilka dni czegoś, czego chyba ani nie chciał, ani nie umiał nazwać. To nie do końca było zapomnienie. Nie do końca ponowna odbudowa domu z tych noszonych cegiełek, ale też nie coś zupełnie bez znaczenia. W innym wypadku, gdy opuścili Whitby a następnie Dolinę Godryka byliby dla siebie co najwyżej neutralni. A jednak jeszcze chwilę wcześniej wbrew wszelkim zasadom logiki, w kontraście do tego, co mówił, splatał na ulicy ich palce, prawie musnął jej policzek na klatce schodowej. Teraz też odruchowo wyciągnął rękę po jej płaszcz, choć mogła sama go odwiesić.
Nie emanowali tym w jakiś bardzo ostentacyjny sposób, ale z drugiej strony może rzeczywiście to nie było aż tak niewinne i neutralne.
To, że Yaxleyówna nosiła jego koszulę? Zwracając na to uwagę już wcześniej podczas ich spotkania w Dolinie Godryka, gdy przecież faktycznie nie łączyły ich wspólne noce (czy tam dni, czy tam popołudnia, czy tam ostatnie sto godzin) raczej zakładał, że nie zrobiła tego celowo czy specjalnie, by coś komuś zasugerować. Najpewniej zostawiła sobie pewną część jego garderoby, której nie zabrał ze sobą, gdy odchodził.
Tyle tylko, że w tym momencie chodziło o całkowicie świeżą, niemalże nową koszulę. Niedawny zakup tuż po bardzo nieudanym spotkaniu Towarzystwa Herbologicznego, na którym wydarzyło się...
...cóż, dużo, bardzo dużo, o czym zresztą miał okazję opowiedzieć pokrótce nieobecnemu tam Lestrange'owi. Jednak nie na tyle dużo, aby Ambroise zapomniał odnotować sobie w głowie pytanie do swojego kuzyna o naprawdę przyzwoitego krawca. Wyposażając się następnie w kilka naprawdę dobrze skrojonych koszul z peruwiańskiej bawełny, z których to właśnie jedną teraz drugi raz dosłownie mu skrojono.
Nie zauważył tego wcześniej z uwagi na płaszcz, jaki nosiła Yaxleyówna. Wyszedł z Piaskownicy z samego rana zanim dziewczyna zdążyła się jeszcze dobrze dobudzić. Kiedy wrócił już jej nie było. Z początku zresztą myślał, że wpuściła go w okoliczne jeżyny i postanowiła zniknąć, jednakże pozostawiona mu kartka co nieco wyjaśniła.
Gdy Geraldine wróciła do domu, stosunkowo szybko ponownie stamtąd wybyli. Tyle tylko, że razem. To był pierwszy moment, gdy Ambroise zorientował się w kwestii przywłaszczenia, bardzo nieznacznie unosząc brwi i uznając to cóż jednocześnie za całkiem zabawne, co i bardziej wymowne niż można byłoby z początku zakładać. Nie miał pojęcia, czy zdawała sobie z tego sprawę. Tak czy inaczej, było stosunkowo niewiele innych tak logicznie nasuwających się wniosków jak ten, że pozyskała jego koszulę wyjmując mu ją dziś z szafy albo zdejmując z ciała. Każda inna partia mogłaby być stara, pozostawiona, gdy się rozstali, ale nie ta.
Komentarz Lestrange'a częściowo trafił w sedno i chcąc nie chcąc, Greengrass bardzo lekko wykrzywił usta w czymś na kształt gorzkawego grymasu. Ni to rozgoryczenia z powodu zostania podsumowanym w zaledwie jednym pytaniu, ni to uśmiechu przyznającego się do tego, co mu zarzucano (a nawet nie, bo to nie był zarzut; to był raczej kąśliwy komentarz).
Zanim się jednak odezwał, Geraldine przejęła pałeczkę. W jednej chwili wciskając mu swój mokry płaszcz w ręce w tak wściekły sposób, że Ambroise poczuł się skonfundowany. W kolejnej sycząc na Corneliusa, co w ich obecnej sytuacji i przy tym jaki był Lestrange raczej należało do całkiem odważnych posunięć.
Powinien być zły, nie? Sfrustrowany, bo Corio zdecydowanie nie miał tu zamiaru przyklaskiwać ich ponownemu zaangażowaniu. Wręcz przeciwnie. Roise zdecydowanie znał zdanie przyjaciela, toteż powinien poczuć się dokładnie tak jak czuł się przez ostatnie miesiące na myśl o przeszłości.
Powinien być sfrustrowany i rozgoryczony, ponadto czuć się co najmniej trochę ugodzony tym, że kumpel nie wierzył w jego silną wolę i ostateczność podejmowanych decyzji. Wściekły sam na siebie, bo przecież w istocie złamał złożone sobie przyrzeczenia.
Ponadto ten dzień nie należał do najlepszych. Działo się cholernie dużo złych rzeczy. Przyszli tu z jednego z takich powodów. W napięciu wiszącym między nimi można było powiesić siekierę (albo kuszę, Geraldine uwielbiała kusze).
Tymczasem Ambroise...
...Ambroise się zaśmiał. No, może to nie był szczery, rubaszny, serdeczny śmiech. To było raczej krótkie, szczekliwe parsknięcie. Lekko niedowierzające, trochę kąśliwe, raczej niezbyt wesołe, a jednak. Po tym, w jaki sposób Rina podsumowała ich rzekome, ewentualne, hipotetyczne posiadanie potomstwa w taki a nie inny sposób, brwi Roisa powędrowały wysoko zaś z ust wydostał się ten lekko szaleńczy parsk.
- Daruj sobie, okay? Sam słyszałeś - odezwał się do Corneliusa, jednocześnie rzucając spojrzenie na mokry płaszcz moczący mu cały przód koszuli. - Zdarzyło się, co tu wiele mówić. Ostatnio bywa popierdolenie, ale nie ma mowy o dzieciach. O wielkich powrotach też nie - to było tak absurdalne jak mało co.
Dokładnie tak jak to stwierdziła Geraldine zanim nagle wyjebała z korytarza, pozostawiając ich samych i cóż. Zapewniając im chwilę mniej lub bardziej niezręcznego milczenia, zanim obaj mogli dobrze zorientować się w tym, co właśnie miało miejsce. Roise zamrugał parokrotnie, zaciskając wargi w wąską linię i kręcąc głową. Nie potrzebował teraz kolejnych pytań czy komentarzy na temat tej jakże pojebanej sytuacji. Tym bardziej, że zdecydowanie tu po to nie przyszedł.
Korzystając natomiast z tego, że na moment zostali sami w korytarzu, Ambroise postanowił załatwić jeszcze jedną poboczną sprawę.
Znacząco zniżył głos. Być może nie czując się zmuszonym do tego, aby szeptać, jednakże zdecydowanie nie zamierzając udawać, że to był temat przeznaczony dla uszu kogokolwiek prócz Corneliusa. Stojąc blisko drugiego mężczyzny, posłał Lestrange'owi poważne spojrzenie, po czym wreszcie się odezwał.
- Slim zdechł. Dwudziestego trzeciego. Inez usiłowała podtrzymać wrażenie, że to niewiele zmienia, prócz wybicia jej o stopień w górę. No i oczywiście, że nie ma z tym żadnego związku - poinformował bez mrugnięcia okiem.
Bowiem w istocie, gdyby ktokolwiek usiłował doszukiwać się udziału kobiety w całym tym nieszczęśliwym wypadku niczego by nie znalazł; typowe białe rękawiczki. Nawet jeśli sama śmierć mężczyzny zapewne nie pozostawiała wątpliwości, że wypadek nie miał z tym wiele wspólnego to mówili o Ścieżkach, gdzie zazwyczaj lepiej było zamykać dochodzenie zanim je jeszcze dobrze otwarto.
- Nie utrzyma tego. Zdaje sobie sprawę, że nie utrzyma tego sama. Iteti jej w tym nie pomoże. Nie zrobiłaby tego, gdyby pękła - w końcu starsza z sióstr latami wytrzymywała nastroje Slima. - Więc tym bardziej coś musi być na rzeczy. Zwłaszcza, że od tamtego czasu jest spokojnie - zakończył znacząco tylko po to, by podkreślić potencjalną wagę sytuacji.
Zamilkł na chwilę, dając przyjacielowi czas na przemyślenie jego słów. W końcu nie czekając na odpowiedź, ruszył nie w stronę salonu, w którym czekała Geraldine a do łazienki, bo musiał jakoś ogarnąć mokrą plamę na koszuli pozostawioną tam przez płaszcz dziewczyny.
Powinno go przytkać, nie? Powinien rzucić coś w rodzaju nie, absolutnie nie jesteśmy razem w tym sensie. Powinien zareagować choć trochę bardziej zbliżenie do tego, w jaki sposób zareagowała Geraldine, zastygając w miejscu i mrugając parokrotnie zanim wreszcie przeniósłby wzrok na Corneliusa, otwierając usta i w pierwszej chwili zaprzeczając temu jakże absurdalnemu założeniu.
Bowiem tym właśnie powinny być wszystkie słowa ich przyjaciela. Całkowicie bezsensownym zarzutem. Czymś, co nie miało żadnej racji bytu, ponieważ stanowczo i zdecydowanie zakończyło się półtora roku temu. Gdyby był tak odpowiedzialnym i logicznym mężczyzną, za którego się miał, nie pozwoliłby sobie na żadną chwilę słabości. Nie szukałby wymówek, aby zostać w Whitby na te wszystkie dni, które faktycznie tam spędzili.
Wychodząc (a właściwie to wybiegając) z jaskini dopplegangera był w szoku. Ona również. Bezwiednie złapali się za ręce, mimowolnie dał się pociągnąć korytarzem, bardzo odruchowo i bezmyślnie teleportował ich w jedyne miejsce, które przeszło mu przez myśl, gdy potrzebował poczuć się stabilnie, poczuć się bezpiecznie. Później na tamtej plaży w dalszym ciągu potrzebowali otrząsnąć się z szoku i złapać oddech.
Ale potem? Chyba nie miał dla siebie żadnego wytłumaczenia. Mieli naprawdę wiele okazji, aby się od siebie odsunąć, nie doprowadzając do tego, żeby pozwolić sobie dać się ponieść chwili. Tak naprawdę przez cały czas mogli podjąć znacznie bardziej twarde decyzje, nie zasłaniając się niczym, z czego tak chętnie korzystali. Nie popisując się desperacją, przez którą na kilka dni ponownie znaleźli się tuż obok siebie.
Z początku usiłując uczynić z tego sojusz, jednak nietrudno było stwierdzić, że sojusznicy nie zachowywali się tak jak oni w stosunku do siebie nawzajem. Ambroise nigdy nie starał się ukrywać przed przyjacielem, że niełatwo było pozbyć się ciężaru tych wszystkich cegiełek, które kiedyś fragment po fragmencie zbierało się, żeby zbudować sobie z nich dom.
I nawet jeśli później z dnia na dzień zaczęły służyć głównie temu, by wściekle ciskać je w kierunku bliskich osób, jednocześnie nie chcąc przyznać się do porażki i odnajdując w tym jedyne rozwiązanie, by poczuć się trochę mniej przygnieciony przeszłością. To w niespełna dwa lata nie dało się cisnąć w twarz wszystkimi zebranymi kamieniami, szczególnie całkowicie celowo unikając wszystkich okazji ku temu.
Przytłoczeni sytuacją z demonicznym bytem, zagrożeniem życia, wizją straty...
...pozwolili sobie na kilka dni czegoś, czego chyba ani nie chciał, ani nie umiał nazwać. To nie do końca było zapomnienie. Nie do końca ponowna odbudowa domu z tych noszonych cegiełek, ale też nie coś zupełnie bez znaczenia. W innym wypadku, gdy opuścili Whitby a następnie Dolinę Godryka byliby dla siebie co najwyżej neutralni. A jednak jeszcze chwilę wcześniej wbrew wszelkim zasadom logiki, w kontraście do tego, co mówił, splatał na ulicy ich palce, prawie musnął jej policzek na klatce schodowej. Teraz też odruchowo wyciągnął rękę po jej płaszcz, choć mogła sama go odwiesić.
Nie emanowali tym w jakiś bardzo ostentacyjny sposób, ale z drugiej strony może rzeczywiście to nie było aż tak niewinne i neutralne.
To, że Yaxleyówna nosiła jego koszulę? Zwracając na to uwagę już wcześniej podczas ich spotkania w Dolinie Godryka, gdy przecież faktycznie nie łączyły ich wspólne noce (czy tam dni, czy tam popołudnia, czy tam ostatnie sto godzin) raczej zakładał, że nie zrobiła tego celowo czy specjalnie, by coś komuś zasugerować. Najpewniej zostawiła sobie pewną część jego garderoby, której nie zabrał ze sobą, gdy odchodził.
Tyle tylko, że w tym momencie chodziło o całkowicie świeżą, niemalże nową koszulę. Niedawny zakup tuż po bardzo nieudanym spotkaniu Towarzystwa Herbologicznego, na którym wydarzyło się...
...cóż, dużo, bardzo dużo, o czym zresztą miał okazję opowiedzieć pokrótce nieobecnemu tam Lestrange'owi. Jednak nie na tyle dużo, aby Ambroise zapomniał odnotować sobie w głowie pytanie do swojego kuzyna o naprawdę przyzwoitego krawca. Wyposażając się następnie w kilka naprawdę dobrze skrojonych koszul z peruwiańskiej bawełny, z których to właśnie jedną teraz drugi raz dosłownie mu skrojono.
Nie zauważył tego wcześniej z uwagi na płaszcz, jaki nosiła Yaxleyówna. Wyszedł z Piaskownicy z samego rana zanim dziewczyna zdążyła się jeszcze dobrze dobudzić. Kiedy wrócił już jej nie było. Z początku zresztą myślał, że wpuściła go w okoliczne jeżyny i postanowiła zniknąć, jednakże pozostawiona mu kartka co nieco wyjaśniła.
Gdy Geraldine wróciła do domu, stosunkowo szybko ponownie stamtąd wybyli. Tyle tylko, że razem. To był pierwszy moment, gdy Ambroise zorientował się w kwestii przywłaszczenia, bardzo nieznacznie unosząc brwi i uznając to cóż jednocześnie za całkiem zabawne, co i bardziej wymowne niż można byłoby z początku zakładać. Nie miał pojęcia, czy zdawała sobie z tego sprawę. Tak czy inaczej, było stosunkowo niewiele innych tak logicznie nasuwających się wniosków jak ten, że pozyskała jego koszulę wyjmując mu ją dziś z szafy albo zdejmując z ciała. Każda inna partia mogłaby być stara, pozostawiona, gdy się rozstali, ale nie ta.
Komentarz Lestrange'a częściowo trafił w sedno i chcąc nie chcąc, Greengrass bardzo lekko wykrzywił usta w czymś na kształt gorzkawego grymasu. Ni to rozgoryczenia z powodu zostania podsumowanym w zaledwie jednym pytaniu, ni to uśmiechu przyznającego się do tego, co mu zarzucano (a nawet nie, bo to nie był zarzut; to był raczej kąśliwy komentarz).
Zanim się jednak odezwał, Geraldine przejęła pałeczkę. W jednej chwili wciskając mu swój mokry płaszcz w ręce w tak wściekły sposób, że Ambroise poczuł się skonfundowany. W kolejnej sycząc na Corneliusa, co w ich obecnej sytuacji i przy tym jaki był Lestrange raczej należało do całkiem odważnych posunięć.
Powinien być zły, nie? Sfrustrowany, bo Corio zdecydowanie nie miał tu zamiaru przyklaskiwać ich ponownemu zaangażowaniu. Wręcz przeciwnie. Roise zdecydowanie znał zdanie przyjaciela, toteż powinien poczuć się dokładnie tak jak czuł się przez ostatnie miesiące na myśl o przeszłości.
Powinien być sfrustrowany i rozgoryczony, ponadto czuć się co najmniej trochę ugodzony tym, że kumpel nie wierzył w jego silną wolę i ostateczność podejmowanych decyzji. Wściekły sam na siebie, bo przecież w istocie złamał złożone sobie przyrzeczenia.
Ponadto ten dzień nie należał do najlepszych. Działo się cholernie dużo złych rzeczy. Przyszli tu z jednego z takich powodów. W napięciu wiszącym między nimi można było powiesić siekierę (albo kuszę, Geraldine uwielbiała kusze).
Tymczasem Ambroise...
...Ambroise się zaśmiał. No, może to nie był szczery, rubaszny, serdeczny śmiech. To było raczej krótkie, szczekliwe parsknięcie. Lekko niedowierzające, trochę kąśliwe, raczej niezbyt wesołe, a jednak. Po tym, w jaki sposób Rina podsumowała ich rzekome, ewentualne, hipotetyczne posiadanie potomstwa w taki a nie inny sposób, brwi Roisa powędrowały wysoko zaś z ust wydostał się ten lekko szaleńczy parsk.
- Daruj sobie, okay? Sam słyszałeś - odezwał się do Corneliusa, jednocześnie rzucając spojrzenie na mokry płaszcz moczący mu cały przód koszuli. - Zdarzyło się, co tu wiele mówić. Ostatnio bywa popierdolenie, ale nie ma mowy o dzieciach. O wielkich powrotach też nie - to było tak absurdalne jak mało co.
Dokładnie tak jak to stwierdziła Geraldine zanim nagle wyjebała z korytarza, pozostawiając ich samych i cóż. Zapewniając im chwilę mniej lub bardziej niezręcznego milczenia, zanim obaj mogli dobrze zorientować się w tym, co właśnie miało miejsce. Roise zamrugał parokrotnie, zaciskając wargi w wąską linię i kręcąc głową. Nie potrzebował teraz kolejnych pytań czy komentarzy na temat tej jakże pojebanej sytuacji. Tym bardziej, że zdecydowanie tu po to nie przyszedł.
Korzystając natomiast z tego, że na moment zostali sami w korytarzu, Ambroise postanowił załatwić jeszcze jedną poboczną sprawę.
Znacząco zniżył głos. Być może nie czując się zmuszonym do tego, aby szeptać, jednakże zdecydowanie nie zamierzając udawać, że to był temat przeznaczony dla uszu kogokolwiek prócz Corneliusa. Stojąc blisko drugiego mężczyzny, posłał Lestrange'owi poważne spojrzenie, po czym wreszcie się odezwał.
- Slim zdechł. Dwudziestego trzeciego. Inez usiłowała podtrzymać wrażenie, że to niewiele zmienia, prócz wybicia jej o stopień w górę. No i oczywiście, że nie ma z tym żadnego związku - poinformował bez mrugnięcia okiem.
Bowiem w istocie, gdyby ktokolwiek usiłował doszukiwać się udziału kobiety w całym tym nieszczęśliwym wypadku niczego by nie znalazł; typowe białe rękawiczki. Nawet jeśli sama śmierć mężczyzny zapewne nie pozostawiała wątpliwości, że wypadek nie miał z tym wiele wspólnego to mówili o Ścieżkach, gdzie zazwyczaj lepiej było zamykać dochodzenie zanim je jeszcze dobrze otwarto.
- Nie utrzyma tego. Zdaje sobie sprawę, że nie utrzyma tego sama. Iteti jej w tym nie pomoże. Nie zrobiłaby tego, gdyby pękła - w końcu starsza z sióstr latami wytrzymywała nastroje Slima. - Więc tym bardziej coś musi być na rzeczy. Zwłaszcza, że od tamtego czasu jest spokojnie - zakończył znacząco tylko po to, by podkreślić potencjalną wagę sytuacji.
Zamilkł na chwilę, dając przyjacielowi czas na przemyślenie jego słów. W końcu nie czekając na odpowiedź, ruszył nie w stronę salonu, w którym czekała Geraldine a do łazienki, bo musiał jakoś ogarnąć mokrą plamę na koszuli pozostawioną tam przez płaszcz dziewczyny.
Because no matter how long the night
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down