Ach, więc tu chodziło o utożsamianie się... nie z artystami, a ze sztuką. A co, gdybym pokazał ci sztukę bez artysty? Gdybyś musiał zgadnąć, czyja jest od kogoś, kto nie przeżył męki niemalże bezdomności, a kto wręcz przeciwnie? Czy to było widać w tych obrazach, albo w tym tańcu? Czy było słychać w głosie? Nagle sztuka traciła w jego oczach, kiedy ktoś zdobywał pieniądze. Dobrze, ale przecież wiele dzieł zaczynało zbierać setki galeonów po śmierci artysty - kiedy ten żył w biedzie i niedostatku to w nim tworzył, za swojego istnienia nie zdążył się dorobić. Czasem ludzi przyciągały naprawdę historie tych, którzy tworzyli. Przyciągały też Flynna. Cholera, miał rację. Przecież Laurent też nie potrafiłby zrozumieć sztuki ludzi z tego... dna. Nie potrafiłby zachwycić się pozszywanymi szmatami. Faktura materiału, każde jego zagięcie, najmniejsze nawet szycie - to wszystko musiało być perfekcyjne do boleści. Im wyżej - tym lepiej. Czy więc podobały mu się ubrania Flynna? Tak, ale sam by ich nie założył.
- Nikt i tak nie stworzy już piękniejszego dzieła sztuki z tej krwi, kurzu i potu niż to, na które patrzę. - A patrzył właśnie na Flynna, kiedy przechodzili przez ulice miasta rozmawiając o... sztuce. Tym razem długo nie miał tego spojrzenia - bo chociaż Londyn nie był mu obcy, to poruszanie się po dzielnicy, na którą wkroczyli, już tak. Tym bardziej obce mu były stragany, między które wkroczyli.
Gdyby miał na plecach foczą skórze to właśnie trzepotałby płetwami z zachwytu. Czysta reakcja na świecidełka, które zaczęły ich otaczać, całkowicie nowe, niepojęte dla niego. Nie tylko świecidełka. Ubrania, zabawki, jakieś... o zgrozo, jakieś dziwne urządzenia mugolskie. Tylko zdrowy rozsądek nie pozwolił mu chodzić od jednego do drugiego i pytać jak jakiś dzikus "a co to?", "a po co to?", "a do czego to służ?". Matka mi jedna świadkiem, że korciło go niesamowicie. Obracał głową w jedną to drugą stronę - ale przy futrach już nie wytrzymał. Bo smutny, bo zabito zwierzątka? Oj nie. Laurent uwielbiał futra. Ich miękkość, ich fakturę, możliwość wtulania się w nie. W życiu jednak nie kupiłby tych konkretnych - i to nie dlatego, że były brzydkie. Były piękne. Temat kłusownictwa był mu znany aż za dobrze i nie kupiłby żadnej skóry ani futra nie mając pewności, że nie był to odłów kontrolowany. Częstokroć zwyczajnie potrzebny dla zachowania prawidłowości ekosystemu. Zresztą... jego związek ze skórami i futrami był bardziej personalny niż... przeciętnego czarodzieja. Zatrzymał się przy jednym stoisku z fantazyjną biżuterią, jakiej w życiu nie widział, ze sprzedawczynią, która wyglądała prawie jak Pocahontas - tylko kolor skóry się nie zgadzał. Ale nic, co nie posiadało w sobie prawdziwych kamieni szlachetnych, koniec końców, nie interesowało go wcale. Tutaj się doskonale objawiało to dziecięce niemal zainteresowanie rzeczami nowymi, zachwyt tymi barwami, nawet przyglądał się ciekawsko mijanym ludziom, których wygląd ubioru tak skrajnie się różnił od czarodziei. Tutaj... Flynn tutaj pasował. Nawet w tej czerni. Jakoś dotąd nie patrzył na to, że przecież temu człowiekowi o wiele bliżej mugolom niż czarodziejom. Co dopiero tym czystej krwi. Tutaj za to nie pasował on. Jedyne, co mu się nie podobało, to tutejsze zapachy. Co rusz marszczył nos, albo przysuwał do niego rękaw.