14.01.2025, 19:45 ✶
A więc zamierzała twierdzić, że to było takie banalne i że nie kryło się pod tym nic więcej? Ot, czysto fizyczne zachcianki?
- Mam wierzyć, że nie ma w niej żadnych kruczków ani dodatkowych przypisów? - Spytał bez wahania, pozwalając sobie na sugestię, że jakoś jej kurwa nie do końca wierzył.
Jednakże przecież miał ku temu naprawdę solidne podstawy. Czyż nie? Mimo tak dużego znaczenia, jakie miały dla nich te fizyczne aspekty, ta cała kreatywność, możliwość bycia ze sobą tak naprawdę niezależnie od tego, gdzie się znajdowali i co robili, bo zawsze potrafili znaleźć chwilę i stworzyć sobie odpowiednie okoliczności, jeśli tego chcieli.
Ich relacja nigdy nie opierała się wyłącznie na tym. W żadnym momencie nie była wyłącznie cielesna. Nie była płytka i pozbawiona jakichkolwiek innych aspektów niżeli wyłącznie ciągnięcia się nawzajem do łóżka.
Jasne, byli w tym raczej całkiem otwarci, prawdopodobnie nawet trochę niereformowalni. Mimo upływu lat, potrafili w dalszym ciągu zachowywać się jak napalone małolaty, które korzystały z każdej możliwej okazji, by sobie pofolgować.
Patrząc na to wszystko, co wydarzyło się między nimi od powrotu do Whitby, to także niespecjalnie się między nimi zmieniło. Zdecydowanie dali się sobie ponieść. Tego poranka również prawie to zrobili. A gdy Geraldine w taki sposób ujmowała swoją ofertę, trudno mu było tak po prostu wykluczyć tę możliwość i stwierdzić, że to nie wchodziło w grę.
Wręcz przeciwnie. Mimo komentarza dotyczącego tych ukrytych aspektów składanej propozycji, nie mógł powstrzymać szerokiego uśmiechu wpływającego mu na usta. Nie potrafił ukryć tego, że miała w tej chwili jego pełną uwagę (nie to, aby wcześniej się na niej nie skupiał; natomiast usiłował patrzeć na deskę, by nie pokroić sobie palców).
- To doskonale się składa, bo ja jestem bardzo prostym człowiekiem - dodał w końcu, poniekąd odpowiadając sam sobie, bo nie zamierzał dawać Yaxleyównie zbyt wiele czasu czy możliwości przemyślenia tego, o czym mówiła.
Tak, zdecydowanie nie planował, bo gdy tak o tym mówiła (niby nie w żaden specjalny sposób, ale cholera, nawet zamazana była gorąca) nie miał cienia wątpliwości, że wybranie obiadu, którego nie trzeba było aż tak bardzo pilnować bądź też mieszać było idealnym wyborem.
Potrzebowali tego. Kilku godzin dla siebie. Paru wypitych butelek alkoholu. Wymienionych spojrzeń. Uśmiechu pozbawionego smutku czy rozgoryczenia. Paru momentów niemal dziecinnej swobody. Czegoś, co pierwszy raz od tak dawna rzeczywiście znajdowało się na wyciągnięcie ręki. Żałowaliby, gdyby z tego nie korzystali.
Tym bardziej, że przecież i tak mieli żałować już wielu innych rzeczy. Stanąć przed koniecznością poradzenia sobie z wieloma konsekwencjami ostatnich dni czy miesięcy. Wobec tego wszystkiego, danie sobie odrobiny radości bez namysłu i patrzenia w przyszłość nie brzmiało jak coś złego. Nie było złe.
- W celu zrobienia nam obiadu? - A nie amputowania palców sobie czy tobie?, niewypowiedziana część całkiem jasno wybrzmiała w wypowiedzi Greengrassa, która również przy okazji nie była też pytaniem.
Nawet mimo pytającego tonu. W końcu kto jak kto, ale on raczej potrafił radzić sobie z nożami. Ostrza nie były mu obce. Mniejsze czy większe, dłuższe albo krótsze. To nie miało aż takiego znaczenia przy fakcie, że raczej nie było zbyt dużego prawdopodobieństwa, aby się teraz aż tak uszkodził.
Poranił? Rozciął sobie skórę? Cóż, był całkiem blisko, gdy odruchowo przenosił uwagę na dziewczynę, ale mimo to jakoś sobie radził. To było coś, co potrafił robić, teraz też ponownie czerpiąc przyjemność z możliwości spędzania z nią czasu w ten sposób. Brakowało mu tego. Zdecydowanie nie zamierzał popsuć chwili zadawaniem sobie obrażeń. Niedoczekanie.
- Zgadza się - obcięcie komuś kciuków zdecydowanie miało wkurwić tę osobę, natomiast przypadek palców serdecznych był nieprzyjemny, ale nie jakoś wyjątkowo wadzący w życiu; to, że sprowadziła ich rolę do noszenia obrączek rozbawiło go na tyle, że nie zamierzał tego rozwijać. - Tak. Nie będą mogli nosić obrączek. Popsujesz im szanse na zaślubiny. Zniweczysz plany na ślub. Bez ślubu nie będą mieć żony. Bez żony nie będzie dzieci. Bez dzieci umrą samotnie i ich linia się zakończy. Nikt ich nie pomści. Długofalowo pozbędziesz się problemu przy zaledwie małej ofierze - parsknął rozbawiony tą wizją, jednocześnie nie potrzebując wiele czasu, aby dojść do wniosku, że byłoby to całkiem zajebiste rozwiązanie, gdyby tylko miało cokolwiek wspólnego z prawdą.
- Małe palce zostaw na okoliczność, gdy już staniesz się królową degeneratów i żebraków - odpowiedział, jednocześnie całkiem bezmyślnie unosząc dłoń, by pokazać jej, co miał przy tym na myśli. - Obcinając mały palec, masz jedyną taką okazję, aby zrobić to z przekazem nie tylko dla tej osoby, ale też dla reszty, nie? - To mówiąc, obrócił rodowy sygnet (jeden z dwóch noszonych niemal przez cały czas poza pracą w szpitalu) na palcu i wymownie pomachał ręką w stronę dziewczyny. - Wysyłasz palec z pamiątką, metaforycznie godzisz w status i przy okazji grozisz wszystkim innym - nie to, żeby kiedykolwiek posunął się do czegoś takiego, ale to raczej powinno wyglądać w ten sposób.
Tym bardziej, że przecież wcale nie działo się tak rzadko. Co rusz ktoś gdzieś tracił jakieś palce. Ujebanie tego odpowiedzialnego za możliwość noszenia rodowych czy prywatnych symboli statusu było...
...istotnym zabiegiem.
Za to jego pytanie o psie pięty już nim nie było. Naprawdę starał się słuchać wywodu Geraldine, jednak zawiesił się przy tym już na samym co kurwa, następne minuty spędzając na wgapianiu się w nią z nie do końca rozumnym wyrazem twarzy i rozchylonymi ustami. Jedynym, co ostatecznie opuściło zaś jego usta było:
- O kurwa - co w połączeniu ze wcześniejszą co kurwą chyba było wystarczające?
Czy jego też pojebało? Od tego machania tudzież niemożności machania patykiem?
- Nie muszę tego dociekać ani nic sobie teraz myśleć czy rozważać - stwierdził bezbłędnie, unosząc jeden kącik ust. - Ja wiem, że ochujałaś - mógłby jej tym dociąć, jasne, ale sposób, w jaki to zrobił był bardzo daleki od pasywno-agresywnego wytykania Geraldine, że w istocie ochujała; tym bardziej, że zaraz wzruszył ramionami. - Oboje to zrobiliśmy. Jesteśmy ochujani i co z tego? - Pytał czysto retorycznie, bo nic sobie nie robił z tego faktu.
W ich świecie trudno było być normalnym. W domach, w których się wychowali i przy statusie społecznym, jaki miały ich rody, nie dało się nie zauważyć pewnych niestandardowych zachowań. Co prawda dla nich to było ze wszech miar normalne, toteż nie musieli się niczym przejmować, ale niektórzy reagowali na to w naprawdę osobliwy sposób.
No cóż. Nie wszyscy potrafili tak po prostu zaakceptować fakt, że w obecnym świecie każdy był trochę ochujany. Nie każdy umiał patrzeć na siebie z dystansem (echem) i tak po prostu akceptować własną wyjątkowość. Co poniektórzy zachowywali się tak, jakby mieli kije w dupie. Kije od namiotów cyrkowych, między innymi.
- I tak był cwelem, więc jego strata - odpowiedział bez zastanowienia, bo po co tu się było namyślać?
Od samego początku nie zapalał specjalną sympatią do znajomego Geraldine, ale raczej był całkiem neutralny w stosunku do człowieka, który okazał się kanalią. Najgorszym sortem jaskiniowego szczurka. Kimś kto zdecydowanie nie zasługiwał na to, żeby określać się mianem sojusznika czy tym bardziej przyjaciela kogoś, na kogo jednocześnie był w stanie bez wahania naskoczyć, wytykając mu wyjęte z dupy winy (a kijek nadal został tam nieruszony, ironia).
Oczywiście, że Ambroise doceniał opowiedzenie się po jego stronie. To było coś, co jeszcze bardziej zbliżyło ich do momentu, w którym się teraz znaleźli. Pierwsza z szeregu rzeczy, dla których odpuścił, zaczynając dawać lodowej skorupie topić się i rozmywać fragment po fragmencie. Aż do chwili, w której jakimkolwiek chłodem emanowali wobec siebie nawzajem, już go tu nie było. Było ciepło, cholernie ciepło. Pełnia lata, nie ostrożna wiosna. Od zimy od razu wkroczyli właśnie w ten stan.
- Co? To, że jestem duży i silny niby oznacza, że nie mogę być też zabójczo szybki? - No, posłał jej w tej chwili naprawdę niedowierzające spojrzenie, kwitując to cichym parsknięciem. - Poza tym nie rób ze mnie starca. Jestem w kwiecie wieku, Rina, z powodzeniem mogę ci to udowodnić. Tyle tylko, że mi się nie chce - zakończył w taki sposób, aby nie wyjść na kogoś kto nawet przez chwilę wątpił w swoje naturalne talenty i szanse na powodzenie.
Oczywiście, że była najlepszą łowczynią, jaką znał. Ekspertką w swojej dziedzinie, prawdziwym asem polowań i tak dalej. Postawiłby na nią niemalże w każdym przypadku. Doskonale zdawał sobie sprawę z tego, że mogła wygrać praktycznie każde starcie.
Tyle tylko, że zdecydowanie nie z nim i nie teraz, bo choć może byli pijani to wciąż miał sporo doświadczenia z tym, w jaki sposób zachowywała się jego była dziewczyna. Znał ją. Mógł przewidzieć jej ruchy, nawet jeśli od czasu, kiedy mieli okazję spędzić ze sobą tak dużo czasu minęło półtora roku.
Jeśli to w ogóle było możliwe, pijany Ambroise był jeszcze bardziej pewny siebie. Odpowiadając zaczepnym uśmiechem na spojrzenie Yaxleyówny i zapraszająco zezując w swoją stronę. Mogła znaleźć się w jego ramionach, wtedy przestałby je napinać w ten sposób, pozwalając sobie za to na coś innego. Na uniesienie jej w górę i przyparcie do ściany w pocałunku, na posadzenie na blacie, by mogli znaleźć się naprawdę blisko siebie.
Na cokolwiek, co by im pasowało, bo siedzenie przy stole wprowadzało całkowicie niepotrzebny dystans. Zdecydowanie wolałby, aby znów (tak jak rano) wybrała szafkę kuchenną. Poza tym zabierając ze sobą zdobyte butelki, dzięki czemu mógłby jednocześnie sięgnąć ku niej i ku księżycówce. Opcja idealna.
- Na pewno nie wiem? - Odchrząkując znacząco, posłał jej spojrzenie spod uniesionej brwi; no, nie był tego aż taki pewien, bo raczej wydawało mu się, że co nieco to jednak wiedział. - Śmiem w to wątpić - raczej nie wydawało mu się, by stała przed nim mistrzyni w kształtowaniu czegokolwiek prócz swojego niezmiernie zgrabnego, wyćwiczonego ciała, na którym teraz ponownie zawiesił oko na dłuższą chwilę. - Tak właściwie to jawnie kwestionuję wszystko - stwierdził bez oporów, zdecydowanie nie zamierzając jej tym prowokować, bo nie chciał, żeby próbowała go wiązać do drzewa i wpychać mu jabłka we włosy...
...ale może jednak nie był w stanie powstrzymać się przed chociażby drobną prowokacją? Niewielką werbalną zaczepką? Czymś na kształt ustnego podszczypnięcia jej w ten krągły tyłek, na którym teraz siedziała dopytując go o cały przekrój rzeczy? Od tych banalnych i logicznych jak menu na obiad, poprzez strzelanie do owoców na jego głowie po amputację palców ze szczególnym uwzględnieniem intencji i celu ich ujebania.
Był cholernie wesoły. Zdecydowanie weselszy niż jeszcze rano czy tak właściwie to kiedykolwiek przez ostatnie miesiące. Co prawda jednocześnie naprawdę mocno kręciło mu się w głowie, świat wirował przed jego oczami, kontury deski i noża rozmywały się a następnie ponownie się wyostrzały zaś Geraldine raz była pojedyncza, raz natomiast podwójna (o kurwa, nie kłamała). Jednak to wszystko zdecydowanie było warte i tego stanu.
- Jeśli chcesz, możesz tu do mnie podejść - odpowiedział miękko, pomijając kwestię tego czy do miasta poszedł rano, czy w istocie doszedł tam dopiero w okolicach południa, bo to w gruncie rzeczy było bez znaczenia. - Chcesz spróbować? - Spytał jednocześnie, posyłając spojrzenie w kierunku patelni i mięsnego sosu, który zamierzał niedługo umieścić w naczyniu żaroodpornym.
- Mam wierzyć, że nie ma w niej żadnych kruczków ani dodatkowych przypisów? - Spytał bez wahania, pozwalając sobie na sugestię, że jakoś jej kurwa nie do końca wierzył.
Jednakże przecież miał ku temu naprawdę solidne podstawy. Czyż nie? Mimo tak dużego znaczenia, jakie miały dla nich te fizyczne aspekty, ta cała kreatywność, możliwość bycia ze sobą tak naprawdę niezależnie od tego, gdzie się znajdowali i co robili, bo zawsze potrafili znaleźć chwilę i stworzyć sobie odpowiednie okoliczności, jeśli tego chcieli.
Ich relacja nigdy nie opierała się wyłącznie na tym. W żadnym momencie nie była wyłącznie cielesna. Nie była płytka i pozbawiona jakichkolwiek innych aspektów niżeli wyłącznie ciągnięcia się nawzajem do łóżka.
Jasne, byli w tym raczej całkiem otwarci, prawdopodobnie nawet trochę niereformowalni. Mimo upływu lat, potrafili w dalszym ciągu zachowywać się jak napalone małolaty, które korzystały z każdej możliwej okazji, by sobie pofolgować.
Patrząc na to wszystko, co wydarzyło się między nimi od powrotu do Whitby, to także niespecjalnie się między nimi zmieniło. Zdecydowanie dali się sobie ponieść. Tego poranka również prawie to zrobili. A gdy Geraldine w taki sposób ujmowała swoją ofertę, trudno mu było tak po prostu wykluczyć tę możliwość i stwierdzić, że to nie wchodziło w grę.
Wręcz przeciwnie. Mimo komentarza dotyczącego tych ukrytych aspektów składanej propozycji, nie mógł powstrzymać szerokiego uśmiechu wpływającego mu na usta. Nie potrafił ukryć tego, że miała w tej chwili jego pełną uwagę (nie to, aby wcześniej się na niej nie skupiał; natomiast usiłował patrzeć na deskę, by nie pokroić sobie palców).
- To doskonale się składa, bo ja jestem bardzo prostym człowiekiem - dodał w końcu, poniekąd odpowiadając sam sobie, bo nie zamierzał dawać Yaxleyównie zbyt wiele czasu czy możliwości przemyślenia tego, o czym mówiła.
Tak, zdecydowanie nie planował, bo gdy tak o tym mówiła (niby nie w żaden specjalny sposób, ale cholera, nawet zamazana była gorąca) nie miał cienia wątpliwości, że wybranie obiadu, którego nie trzeba było aż tak bardzo pilnować bądź też mieszać było idealnym wyborem.
Potrzebowali tego. Kilku godzin dla siebie. Paru wypitych butelek alkoholu. Wymienionych spojrzeń. Uśmiechu pozbawionego smutku czy rozgoryczenia. Paru momentów niemal dziecinnej swobody. Czegoś, co pierwszy raz od tak dawna rzeczywiście znajdowało się na wyciągnięcie ręki. Żałowaliby, gdyby z tego nie korzystali.
Tym bardziej, że przecież i tak mieli żałować już wielu innych rzeczy. Stanąć przed koniecznością poradzenia sobie z wieloma konsekwencjami ostatnich dni czy miesięcy. Wobec tego wszystkiego, danie sobie odrobiny radości bez namysłu i patrzenia w przyszłość nie brzmiało jak coś złego. Nie było złe.
- W celu zrobienia nam obiadu? - A nie amputowania palców sobie czy tobie?, niewypowiedziana część całkiem jasno wybrzmiała w wypowiedzi Greengrassa, która również przy okazji nie była też pytaniem.
Nawet mimo pytającego tonu. W końcu kto jak kto, ale on raczej potrafił radzić sobie z nożami. Ostrza nie były mu obce. Mniejsze czy większe, dłuższe albo krótsze. To nie miało aż takiego znaczenia przy fakcie, że raczej nie było zbyt dużego prawdopodobieństwa, aby się teraz aż tak uszkodził.
Poranił? Rozciął sobie skórę? Cóż, był całkiem blisko, gdy odruchowo przenosił uwagę na dziewczynę, ale mimo to jakoś sobie radził. To było coś, co potrafił robić, teraz też ponownie czerpiąc przyjemność z możliwości spędzania z nią czasu w ten sposób. Brakowało mu tego. Zdecydowanie nie zamierzał popsuć chwili zadawaniem sobie obrażeń. Niedoczekanie.
- Zgadza się - obcięcie komuś kciuków zdecydowanie miało wkurwić tę osobę, natomiast przypadek palców serdecznych był nieprzyjemny, ale nie jakoś wyjątkowo wadzący w życiu; to, że sprowadziła ich rolę do noszenia obrączek rozbawiło go na tyle, że nie zamierzał tego rozwijać. - Tak. Nie będą mogli nosić obrączek. Popsujesz im szanse na zaślubiny. Zniweczysz plany na ślub. Bez ślubu nie będą mieć żony. Bez żony nie będzie dzieci. Bez dzieci umrą samotnie i ich linia się zakończy. Nikt ich nie pomści. Długofalowo pozbędziesz się problemu przy zaledwie małej ofierze - parsknął rozbawiony tą wizją, jednocześnie nie potrzebując wiele czasu, aby dojść do wniosku, że byłoby to całkiem zajebiste rozwiązanie, gdyby tylko miało cokolwiek wspólnego z prawdą.
- Małe palce zostaw na okoliczność, gdy już staniesz się królową degeneratów i żebraków - odpowiedział, jednocześnie całkiem bezmyślnie unosząc dłoń, by pokazać jej, co miał przy tym na myśli. - Obcinając mały palec, masz jedyną taką okazję, aby zrobić to z przekazem nie tylko dla tej osoby, ale też dla reszty, nie? - To mówiąc, obrócił rodowy sygnet (jeden z dwóch noszonych niemal przez cały czas poza pracą w szpitalu) na palcu i wymownie pomachał ręką w stronę dziewczyny. - Wysyłasz palec z pamiątką, metaforycznie godzisz w status i przy okazji grozisz wszystkim innym - nie to, żeby kiedykolwiek posunął się do czegoś takiego, ale to raczej powinno wyglądać w ten sposób.
Tym bardziej, że przecież wcale nie działo się tak rzadko. Co rusz ktoś gdzieś tracił jakieś palce. Ujebanie tego odpowiedzialnego za możliwość noszenia rodowych czy prywatnych symboli statusu było...
...istotnym zabiegiem.
Za to jego pytanie o psie pięty już nim nie było. Naprawdę starał się słuchać wywodu Geraldine, jednak zawiesił się przy tym już na samym co kurwa, następne minuty spędzając na wgapianiu się w nią z nie do końca rozumnym wyrazem twarzy i rozchylonymi ustami. Jedynym, co ostatecznie opuściło zaś jego usta było:
- O kurwa - co w połączeniu ze wcześniejszą co kurwą chyba było wystarczające?
Czy jego też pojebało? Od tego machania tudzież niemożności machania patykiem?
- Nie muszę tego dociekać ani nic sobie teraz myśleć czy rozważać - stwierdził bezbłędnie, unosząc jeden kącik ust. - Ja wiem, że ochujałaś - mógłby jej tym dociąć, jasne, ale sposób, w jaki to zrobił był bardzo daleki od pasywno-agresywnego wytykania Geraldine, że w istocie ochujała; tym bardziej, że zaraz wzruszył ramionami. - Oboje to zrobiliśmy. Jesteśmy ochujani i co z tego? - Pytał czysto retorycznie, bo nic sobie nie robił z tego faktu.
W ich świecie trudno było być normalnym. W domach, w których się wychowali i przy statusie społecznym, jaki miały ich rody, nie dało się nie zauważyć pewnych niestandardowych zachowań. Co prawda dla nich to było ze wszech miar normalne, toteż nie musieli się niczym przejmować, ale niektórzy reagowali na to w naprawdę osobliwy sposób.
No cóż. Nie wszyscy potrafili tak po prostu zaakceptować fakt, że w obecnym świecie każdy był trochę ochujany. Nie każdy umiał patrzeć na siebie z dystansem (echem) i tak po prostu akceptować własną wyjątkowość. Co poniektórzy zachowywali się tak, jakby mieli kije w dupie. Kije od namiotów cyrkowych, między innymi.
- I tak był cwelem, więc jego strata - odpowiedział bez zastanowienia, bo po co tu się było namyślać?
Od samego początku nie zapalał specjalną sympatią do znajomego Geraldine, ale raczej był całkiem neutralny w stosunku do człowieka, który okazał się kanalią. Najgorszym sortem jaskiniowego szczurka. Kimś kto zdecydowanie nie zasługiwał na to, żeby określać się mianem sojusznika czy tym bardziej przyjaciela kogoś, na kogo jednocześnie był w stanie bez wahania naskoczyć, wytykając mu wyjęte z dupy winy (a kijek nadal został tam nieruszony, ironia).
Oczywiście, że Ambroise doceniał opowiedzenie się po jego stronie. To było coś, co jeszcze bardziej zbliżyło ich do momentu, w którym się teraz znaleźli. Pierwsza z szeregu rzeczy, dla których odpuścił, zaczynając dawać lodowej skorupie topić się i rozmywać fragment po fragmencie. Aż do chwili, w której jakimkolwiek chłodem emanowali wobec siebie nawzajem, już go tu nie było. Było ciepło, cholernie ciepło. Pełnia lata, nie ostrożna wiosna. Od zimy od razu wkroczyli właśnie w ten stan.
- Co? To, że jestem duży i silny niby oznacza, że nie mogę być też zabójczo szybki? - No, posłał jej w tej chwili naprawdę niedowierzające spojrzenie, kwitując to cichym parsknięciem. - Poza tym nie rób ze mnie starca. Jestem w kwiecie wieku, Rina, z powodzeniem mogę ci to udowodnić. Tyle tylko, że mi się nie chce - zakończył w taki sposób, aby nie wyjść na kogoś kto nawet przez chwilę wątpił w swoje naturalne talenty i szanse na powodzenie.
Oczywiście, że była najlepszą łowczynią, jaką znał. Ekspertką w swojej dziedzinie, prawdziwym asem polowań i tak dalej. Postawiłby na nią niemalże w każdym przypadku. Doskonale zdawał sobie sprawę z tego, że mogła wygrać praktycznie każde starcie.
Tyle tylko, że zdecydowanie nie z nim i nie teraz, bo choć może byli pijani to wciąż miał sporo doświadczenia z tym, w jaki sposób zachowywała się jego była dziewczyna. Znał ją. Mógł przewidzieć jej ruchy, nawet jeśli od czasu, kiedy mieli okazję spędzić ze sobą tak dużo czasu minęło półtora roku.
Jeśli to w ogóle było możliwe, pijany Ambroise był jeszcze bardziej pewny siebie. Odpowiadając zaczepnym uśmiechem na spojrzenie Yaxleyówny i zapraszająco zezując w swoją stronę. Mogła znaleźć się w jego ramionach, wtedy przestałby je napinać w ten sposób, pozwalając sobie za to na coś innego. Na uniesienie jej w górę i przyparcie do ściany w pocałunku, na posadzenie na blacie, by mogli znaleźć się naprawdę blisko siebie.
Na cokolwiek, co by im pasowało, bo siedzenie przy stole wprowadzało całkowicie niepotrzebny dystans. Zdecydowanie wolałby, aby znów (tak jak rano) wybrała szafkę kuchenną. Poza tym zabierając ze sobą zdobyte butelki, dzięki czemu mógłby jednocześnie sięgnąć ku niej i ku księżycówce. Opcja idealna.
- Na pewno nie wiem? - Odchrząkując znacząco, posłał jej spojrzenie spod uniesionej brwi; no, nie był tego aż taki pewien, bo raczej wydawało mu się, że co nieco to jednak wiedział. - Śmiem w to wątpić - raczej nie wydawało mu się, by stała przed nim mistrzyni w kształtowaniu czegokolwiek prócz swojego niezmiernie zgrabnego, wyćwiczonego ciała, na którym teraz ponownie zawiesił oko na dłuższą chwilę. - Tak właściwie to jawnie kwestionuję wszystko - stwierdził bez oporów, zdecydowanie nie zamierzając jej tym prowokować, bo nie chciał, żeby próbowała go wiązać do drzewa i wpychać mu jabłka we włosy...
...ale może jednak nie był w stanie powstrzymać się przed chociażby drobną prowokacją? Niewielką werbalną zaczepką? Czymś na kształt ustnego podszczypnięcia jej w ten krągły tyłek, na którym teraz siedziała dopytując go o cały przekrój rzeczy? Od tych banalnych i logicznych jak menu na obiad, poprzez strzelanie do owoców na jego głowie po amputację palców ze szczególnym uwzględnieniem intencji i celu ich ujebania.
Był cholernie wesoły. Zdecydowanie weselszy niż jeszcze rano czy tak właściwie to kiedykolwiek przez ostatnie miesiące. Co prawda jednocześnie naprawdę mocno kręciło mu się w głowie, świat wirował przed jego oczami, kontury deski i noża rozmywały się a następnie ponownie się wyostrzały zaś Geraldine raz była pojedyncza, raz natomiast podwójna (o kurwa, nie kłamała). Jednak to wszystko zdecydowanie było warte i tego stanu.
- Jeśli chcesz, możesz tu do mnie podejść - odpowiedział miękko, pomijając kwestię tego czy do miasta poszedł rano, czy w istocie doszedł tam dopiero w okolicach południa, bo to w gruncie rzeczy było bez znaczenia. - Chcesz spróbować? - Spytał jednocześnie, posyłając spojrzenie w kierunku patelni i mięsnego sosu, który zamierzał niedługo umieścić w naczyniu żaroodpornym.
Because no matter how long the night
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down