14.01.2025, 19:58 ✶
Poprawił przewiązaną na wysokości bioder kurtkę i zaśmiał się pięknie, słysząc ten komplement, z którego on oczywiście potrafił w sekundę wydłubać całe zło.
- Nazywasz moich ex artystami? - Bo jakże piękne były dostrzegalne na tym ciele tatuaże ku czci tych ludzi. Pozostało po nich tak wiele blizn, zadrapań. Jedne robiono mu własnymi rękoma, inne były efektem doprowadzania go do stanu kompletnej histerii. No ale niech mu będzie, co nie? Hitler też był malarzem, przeszło mu przez myśl, a później zatrzymał się, patrząc, jak Laurent ogląda przedmioty nie ze swojego świata.
Śmieci. Tak wyobrażał sobie to, w jaki sposób spoglądał na rzeczy, na jakie jego znajomi pracowali tygodniami. Nawet jeżeli nie myślał o tym wprost - Crow zdecydowanie wierzył, że w kimś mającym tyle pieniędzy to nie robiło żadnego wrażenia. Kiedyś Brytyjczycy wycinali w pień całe miasta, żeby tylko przywieźć sobie na handel orientalne przyprawy. I robili to w kółko, latami, dekadami, aż wreszcie tych przypraw nie było tyle, aby zaspokoić każdego mieszkańca wysp. Wtedy bogacze stracili tym zainteresowanie i znaleźli sobie nowe, lepsze mody. Chudość i bladość nosiły znamiona biedy tylko w starych bajkach, których autorzy nigdy nie zaznali ciężaru pracy w polu, bo halo - byli bogaci. Więc siedzieli w domu i pisali bajki. Dzisiaj były wyznacznikiem statusu. Ironicznie, niewielu mogło pozwolić sobie na to, żeby nie zjeść. Kiedy miałeś tyle pieniędzy, to wszystkie te rzeczy były śmieciami - bo mogłeś kupić je wszystkie i osobny dom na to, żeby je wszystkie trzymać. Nie dawały ci już żadnej radości. Bogacze potrzebowali emocji. Zadymionych burdeli, narkotyków, hazardu. Płacili krocie po to, żeby patrzeć na to, czy ich koń dobiegnie najszybciej. I najczęściej przegrywali. Znajdowali sobie kogoś...
Kto dostarczy im emocji.
Nie.
Nie chciał o tym myśleć.
Złapał go za rękę i pociągnął dalej. Ścisk robił się coraz większy, bo docierali do celu - do najbardziej obleganej uliczki Camden Town. Tam, gdzie sprzedawano najmodniejsze rzeczy, a moda na kolorowe ubrania i piosenki mieszała się teraz z erą cięższych tekstów, butów, brzmień i dusz.
- Wiesz, czemu lubię takie miejsca? - Zapytał, obejmując go w pasie i ciągnąc na bok. Gdyby to była jesień, o tej godzinie pewnie robiłoby się już ciemniej, ale teraz jeszcze wszyscy kąpali się tu w ostatnich cieplejszych promieniach letniego słońca. To nie była pora na zapalenie się ulicznych latarni. - Bo nikt tu nie daje o nic jebania. - I nagle Laurent znalazł się w potrzasku. Za jego plecami znajdowała się blaszana ściana jednego ze stoisk, nad jego głową wisiała migocząca girlanda, a jego szyja została ściśnięta po bokach rękoma Flynna. Mężczyzna przywarł do niego, naprężył się jak kot, wyginając się nieco do tyłu i pocałował go czule. W tym harmidrze udało się usłyszeć gwizdnięcie uznania przechodzącej obok pary i to byłoby na tyle. Ceną za cudzą ignorancję było przebieranie się na kartonie w jakiejś obiektywnie obskurnej budzie na ulicy, ale patrząc po mugolach - nieszczególnie komukolwiek to przeszkadzało.
Laurent pachnął tym... cokolwiek tam kurwa jadł. Cóż. Może jednak później wyciągnąłby go na drinka...? Dobrze wiedział, jak poprawić smak jego ust.
- Mogę przymierzyć coś, co ci się podoba - powiedział cicho, przed kolejnym złączeniem ich ust.
- Nazywasz moich ex artystami? - Bo jakże piękne były dostrzegalne na tym ciele tatuaże ku czci tych ludzi. Pozostało po nich tak wiele blizn, zadrapań. Jedne robiono mu własnymi rękoma, inne były efektem doprowadzania go do stanu kompletnej histerii. No ale niech mu będzie, co nie? Hitler też był malarzem, przeszło mu przez myśl, a później zatrzymał się, patrząc, jak Laurent ogląda przedmioty nie ze swojego świata.
Śmieci. Tak wyobrażał sobie to, w jaki sposób spoglądał na rzeczy, na jakie jego znajomi pracowali tygodniami. Nawet jeżeli nie myślał o tym wprost - Crow zdecydowanie wierzył, że w kimś mającym tyle pieniędzy to nie robiło żadnego wrażenia. Kiedyś Brytyjczycy wycinali w pień całe miasta, żeby tylko przywieźć sobie na handel orientalne przyprawy. I robili to w kółko, latami, dekadami, aż wreszcie tych przypraw nie było tyle, aby zaspokoić każdego mieszkańca wysp. Wtedy bogacze stracili tym zainteresowanie i znaleźli sobie nowe, lepsze mody. Chudość i bladość nosiły znamiona biedy tylko w starych bajkach, których autorzy nigdy nie zaznali ciężaru pracy w polu, bo halo - byli bogaci. Więc siedzieli w domu i pisali bajki. Dzisiaj były wyznacznikiem statusu. Ironicznie, niewielu mogło pozwolić sobie na to, żeby nie zjeść. Kiedy miałeś tyle pieniędzy, to wszystkie te rzeczy były śmieciami - bo mogłeś kupić je wszystkie i osobny dom na to, żeby je wszystkie trzymać. Nie dawały ci już żadnej radości. Bogacze potrzebowali emocji. Zadymionych burdeli, narkotyków, hazardu. Płacili krocie po to, żeby patrzeć na to, czy ich koń dobiegnie najszybciej. I najczęściej przegrywali. Znajdowali sobie kogoś...
Kto dostarczy im emocji.
Nie.
Nie chciał o tym myśleć.
Złapał go za rękę i pociągnął dalej. Ścisk robił się coraz większy, bo docierali do celu - do najbardziej obleganej uliczki Camden Town. Tam, gdzie sprzedawano najmodniejsze rzeczy, a moda na kolorowe ubrania i piosenki mieszała się teraz z erą cięższych tekstów, butów, brzmień i dusz.
- Wiesz, czemu lubię takie miejsca? - Zapytał, obejmując go w pasie i ciągnąc na bok. Gdyby to była jesień, o tej godzinie pewnie robiłoby się już ciemniej, ale teraz jeszcze wszyscy kąpali się tu w ostatnich cieplejszych promieniach letniego słońca. To nie była pora na zapalenie się ulicznych latarni. - Bo nikt tu nie daje o nic jebania. - I nagle Laurent znalazł się w potrzasku. Za jego plecami znajdowała się blaszana ściana jednego ze stoisk, nad jego głową wisiała migocząca girlanda, a jego szyja została ściśnięta po bokach rękoma Flynna. Mężczyzna przywarł do niego, naprężył się jak kot, wyginając się nieco do tyłu i pocałował go czule. W tym harmidrze udało się usłyszeć gwizdnięcie uznania przechodzącej obok pary i to byłoby na tyle. Ceną za cudzą ignorancję było przebieranie się na kartonie w jakiejś obiektywnie obskurnej budzie na ulicy, ale patrząc po mugolach - nieszczególnie komukolwiek to przeszkadzało.
Laurent pachnął tym... cokolwiek tam kurwa jadł. Cóż. Może jednak później wyciągnąłby go na drinka...? Dobrze wiedział, jak poprawić smak jego ust.
- Mogę przymierzyć coś, co ci się podoba - powiedział cicho, przed kolejnym złączeniem ich ust.
Oh darling, it's so sweet
you think you know how crazy I am.
My mind is a hall of mirrors.
you think you know how crazy I am.
My mind is a hall of mirrors.