Chwilę trwało od oznajmienia jej o planowanej przeprowadzce, do czynu dokonanego. Sauriel nie mówił zresztą o tym na co dzień, może coś tam napomykał o przenoszeniu rzeczy, ale było to godne pokręcenia głową na upartość wampira w używaniu teleportacji, czy raczej jej braku. Po co się tego uczyć, jeśli się nie chciało używać? Oczywiste było, że umiejętność nie ćwiczona, nie używana, zanika, a to był świetny moment na jej doszlifowanie. Tak jak na ćwiczenie transmutacji – zmniejszyć obiekty, wrzucić je do torby, teleportować się, by skrócić czas działania czarów, wysypać wszystko w nowym domu, powtórzyć. Victoria miała kilka takich błyskotliwych pomysłów na przeprowadzkę… może dlatego, że sama je uskuteczniała jeszcze miesiąc wcześniej i zajęło jej to chwilę nie dlatego, że to był głupi plan, a dlatego, że próbowała sprawiać pozory i wynosić małą ilość rzeczy na raz. Czy było to głupie? Było. Czy było to potrzebne? Ani trochę.
Ale, prawdę mówiąc, ucieszyła się, kiedy w nocy Sauriel w trakcie ogrywania ją w karty zaprosił ją do tego nowego miejsca. Ucieszyła – bo była ciekawa, jak się tam urządził i co to za dom Josepha. Miała nadzieję, że będzie mu tam lepiej z dala od reszty rodziny, która go tak mocno skrzywdziła. Że obecność parku trochę go rozchmurzy. I nieśmiało się ucieszyła również dlatego, ze to oznaczało dla niej… kolejne rozproszenie na wieczór przed pogrzebem, a bardzo tego potrzebowała.
W takie odwiedziny nie można było przyjść z pustymi rękoma. Kupiła whisky dla Sauriela i wzięła jedno z zeszłorocznych win z winiarni Anthonego Shafiqa w prezencie dla pana domu… Ale miała też coś jeszcze. Może to głupie, ale myślała o tym już jakiś czas: by podarować Saurielowi roślinkę, nic wielkiego i nadmiernie trudnego w uprawie, co mogłoby mu trochę „ożywić” otoczenie. Roślinę, która nie lubiła wcale wysokich temperatur, roślinę, która nie lubiła promieni słońca i najlepiej było jej w ciemności. Roślinę urokliwą – i był to swojego rodzaju symbol. Bluszcz z rodzaju Variegata, Hedera helix. Swoje upominki trzymała w torebce i gdy wyszła z publicznego kominka najbliżej podanego jej adresu i spokojnie szła pod wskazane miejsce, cicho i rytmicznie stukając zgrabnymi szpileczkami o chodnik, nic nie wskazywało na to, że miała ze sobą jakikolwiek pakunek. Zwiewna, czarna sukienka, bardzo dobrze podkreślająca wąską talię i pełne kształty, delikatnie ocierała się o jej nogi, a niemal czarne włosy zasłaniały głębokie rozcięcie na plecach, gdzie z pewnością widać byłoby kawałek blizny z maja, zaś jej ręce, w tym blizny na lewej, były widoczne i nijak nie skryte. Victoria zaczynała się uczyć, jak z nimi żyć, jak nie czuć wstydu, nosząc je na skórze. Może nie widoczne bardzo i na pierwszy rzut oka, bo ciągle dzielnie smarowała je maściami, ale na tyle wyraźnie, że nie było to dla niej aż tak łatwe.
– Victoria Lestrange – przedstawiła się nieznanemu skrzatowi, gdy zapukała do drzwi, a ten jej otworzył, mierząc ją nieprzychylnym spojrzeniem. – Przyszłam do Sauriela – odpowiedziała na „aaa”, a potem przekroczyła próg domu, nie zważając na dziwaczny uśmieszek sługi. Skrzaty domowe potrafiły być naprawdę… ekscentryczne, tak jak rodziny, do których należały, i przez lata nauczyła się przynajmniej częściowo ignorować większość ich zachowań.
Rozejrzała się z uwagą po tym przedpokoju; z uwagą, ale nie niegrzecznie czy nachalnie. Spojrzała w lewo, w prawo i na zasłonięte, łukowe przejście. Nie miała na sobie żadnej odzieży, która wymagałaby odwieszenia, a swojej torebki oddawać nie planowała. Zmarszczyła lekko brwi na te grzeczne zasłony i weszła za skrzatem do salonu, po czym usiadła, zapewne na kanapie. Wyprostowana, sztywna – ale nie ze stresu, a z lat surowej musztry Isabelli Lestrange, która bardzo dokładnie wpoiła w Victorię, jak powinna stać, jak powinna siedzieć i jak powinna chodzić: z g-r-a-c-j-ą. A gracji miała w sobie mnóstwo. Ciemna, gustowna torebka spoczęła na jej kolanach, dłonie rozprostowały drogi materiał sukienki… Patrzyła. Brak okien nie uszedł jej uwadze, tak, jak uśmieszek skrzata.
– Może być gin – gorzki, cierpki… Ale nigdy nie podawało się go solo.
Gdy skrzat poszedł, pomyślała sobie, że wzrok, jaki jej rzucał, wyglądał zupełnie, jakby widział w niej posiłek dla wampira. Śliczna buźka, która przyszła tu po to, by pić z niej krew. Aż miała ochotę bardzo nieelegancko przewrócić oczami na ten jakże daleki od prawdy scenariusz. Zniknąć nie próbowała. Nie po to przyszła, by znikać minutę później.