14.01.2025, 21:17 ✶
Jeżeli bycie skrzywdzonym przez los sprawiło, że ktoś taki chciał gapić się na niego godzinami, niech będzie. Kiedy myślał o gromadzeniu rzeczy rzadkich, nie chodziło mu o ludzi, ale najwyraźniej rzeczywistość chciała go w ten sposób poprawić. Bo nie rozumiał już nic. Każda reguła co? Każda reguła to mogła się pierdolić, bo znów było mu dobrze, znów było mu ciepło. Bo mógł odsunąć się od jego ust tylko po to, żeby przyciągnąć go do siebie w dół i wypieścić jego ucho. Trzymał się go tak, jakby do siebie szeptali, ale tam było coś więcej - delikatny oddech drażniący wrażliwe zakamarki, zęby przygryzające płatek ucha, język wysuwający się spomiędzy warg, chociaż nie powinno go tam być.
Znowu to robił - maksymalnie go kokietował, nie pozwalając tej chwili być, chociaż minimalnie mniej tym, czym była.
- Tak. - Naprawdę liczył na to, że to zadziała, bo w kimś tak delikatnym trzeba było pewne zachowania wyskubywać. - Myślisz, że jeszcze tego nie zrobiłem? Gwarantuję ci, że zmieścisz się, gdziekolwiek chcesz. - Prychnął. - Skoro coś dla mnie kupujesz, mogę bardzo ładnie się odwdzięczyć. Ale gdzie chcesz, żebym dla ciebie zatańczył? - I nie chciał słyszeć, że nie chciał w zamian nic. Bo gdzie w tym była jakakolwiek zabawa? A bez zabawy... Prawdopodobnie niebyłby tak szczęśliwy, ciągnąc go za zakupy. Przymierzanie ubrań nie różniło się dużo od jedzenia. - W sypialni? W twoim biurze... - Przesunął rękę w dół, łapiąc go za zapięcie koszuli. Jeżeli mu się z tego nie wyślizgnął lub nie wyraził sprzeciwu, zaproponował też klub. Ciemne, wiecznie zadymione Heavens, z którego wrócić z nim do domu miał prawo tylko i wyłącznie on.
Odetchnął jeszcze raz, głęboko i odkleił się tak, żeby móc spojrzeć mu w oczy i teatralnie zaczesać za ucho każdy niesforny kosmyk, który mógł wydostać się z jego fryzury. Nie wyglądał przy tym ani trochę niewinnie - w tym wszystkim nie było ani grama niewinności.
Miejsce docelowe znajdowało się wcale nie tak daleko za jego plecami, na wprost od Laurenta. Dwa takie małe „sklepiki” z nieco bardziej nieokrzesanymi ubraniami. Nie chodziło już nawet o obcisłość, o dziury na kolanach (a to było ciekawe zjawisko, bo jedna z dziewczyn pracujących w tym miejscu tarła właśnie szare jeansy cegłówką, żeby ta dziura zrobiła się większa), ale i o to, o czym prawdopodobnie mówił Flynn - o sztukę. Druga z nich poprawiała przybitą do kurtki, metalową ozdobę. Tych metalowych ozdób była na nich masa - Flynn musiał spóźnić się ze swoją kurtką o dekadę, bo tutaj ktoś wymyślił już coś zupełnie nowego i najwyraźniej poświęcił się temu aż za bardzo. Bo kiedy pierwsza dziewczyna (ta od cegły) wyglądała co najwyżej na lekko wychudzoną, druga z nich, pulchniejsza nie miała prawego oka i palca w prawej dłoni. Był urżnięty w tuż przy zgięciu, ewidentnie nie urodziła się z nim, tylko straciła go w starciu z... czym? Być może młotkiem lub piłą? Galanteria skórzana rządziła się estetyką, którą tutaj ktoś próbował momentami na siłę przełamać. Malunki na plecach kurtek, jedne delikatne - dwa cherubiny tańczące na chmurze, inne kompletnie na odwrót - przedstawiały wściekłe psy i wiedźmy gotowe do ataku. Trochę straszne? Ale szyld mówił, że do sukienek dorzucali rajstopy, więc i tak stało tam sporo osób.
Znowu to robił - maksymalnie go kokietował, nie pozwalając tej chwili być, chociaż minimalnie mniej tym, czym była.
- Tak. - Naprawdę liczył na to, że to zadziała, bo w kimś tak delikatnym trzeba było pewne zachowania wyskubywać. - Myślisz, że jeszcze tego nie zrobiłem? Gwarantuję ci, że zmieścisz się, gdziekolwiek chcesz. - Prychnął. - Skoro coś dla mnie kupujesz, mogę bardzo ładnie się odwdzięczyć. Ale gdzie chcesz, żebym dla ciebie zatańczył? - I nie chciał słyszeć, że nie chciał w zamian nic. Bo gdzie w tym była jakakolwiek zabawa? A bez zabawy... Prawdopodobnie niebyłby tak szczęśliwy, ciągnąc go za zakupy. Przymierzanie ubrań nie różniło się dużo od jedzenia. - W sypialni? W twoim biurze... - Przesunął rękę w dół, łapiąc go za zapięcie koszuli. Jeżeli mu się z tego nie wyślizgnął lub nie wyraził sprzeciwu, zaproponował też klub. Ciemne, wiecznie zadymione Heavens, z którego wrócić z nim do domu miał prawo tylko i wyłącznie on.
Odetchnął jeszcze raz, głęboko i odkleił się tak, żeby móc spojrzeć mu w oczy i teatralnie zaczesać za ucho każdy niesforny kosmyk, który mógł wydostać się z jego fryzury. Nie wyglądał przy tym ani trochę niewinnie - w tym wszystkim nie było ani grama niewinności.
Miejsce docelowe znajdowało się wcale nie tak daleko za jego plecami, na wprost od Laurenta. Dwa takie małe „sklepiki” z nieco bardziej nieokrzesanymi ubraniami. Nie chodziło już nawet o obcisłość, o dziury na kolanach (a to było ciekawe zjawisko, bo jedna z dziewczyn pracujących w tym miejscu tarła właśnie szare jeansy cegłówką, żeby ta dziura zrobiła się większa), ale i o to, o czym prawdopodobnie mówił Flynn - o sztukę. Druga z nich poprawiała przybitą do kurtki, metalową ozdobę. Tych metalowych ozdób była na nich masa - Flynn musiał spóźnić się ze swoją kurtką o dekadę, bo tutaj ktoś wymyślił już coś zupełnie nowego i najwyraźniej poświęcił się temu aż za bardzo. Bo kiedy pierwsza dziewczyna (ta od cegły) wyglądała co najwyżej na lekko wychudzoną, druga z nich, pulchniejsza nie miała prawego oka i palca w prawej dłoni. Był urżnięty w tuż przy zgięciu, ewidentnie nie urodziła się z nim, tylko straciła go w starciu z... czym? Być może młotkiem lub piłą? Galanteria skórzana rządziła się estetyką, którą tutaj ktoś próbował momentami na siłę przełamać. Malunki na plecach kurtek, jedne delikatne - dwa cherubiny tańczące na chmurze, inne kompletnie na odwrót - przedstawiały wściekłe psy i wiedźmy gotowe do ataku. Trochę straszne? Ale szyld mówił, że do sukienek dorzucali rajstopy, więc i tak stało tam sporo osób.
Oh darling, it's so sweet
you think you know how crazy I am.
My mind is a hall of mirrors.
you think you know how crazy I am.
My mind is a hall of mirrors.