14.01.2025, 23:46 ✶
Zaręczyny? A pamiętał, jak siedział w Kotle i mówił Viorice, że to nie może wyglądać jak pierścionek zaręczynowy. Ciekawsko spojrzał na jego palce, żeby pierwszy raz spostrzec, na którym palcu Laurent właściwie go nosił.
- Chcesz być moim mężem, kociaku? - Zachichotał. Momentami chciał używać innego słownictwa, ale Laurent przecież obwieścił, że czuł się mężczyzną. Nie protestował, kiedy jego ręka została odsunięta, bo tym razem to było coś innego. To nie było przerwanie tej bliskości, ani odtrącenie wieśniackich zalotów. - Z kościoła to by nas chyba jednak wyrzucili... - Ale skoro po pięćdziesięciu latach od zabicia jednego z największych umysłów kraju udało im się zdekryminalizować to, co wyprawiali na ulicy, to może za pięćdziesiąt kolejnych uda im się zalegalizować takie małżeństwa? Następne pokolenia odklejeńców będą miały więcej szczęścia.
Kiedy Laurent się poprawiał, Flynn się rozbierał. No dobra - tak naprawdę to tylko ściągnął kurtkę z bioder i poprawił noszoną przez siebie koszulkę, ale ta kurtka już nie wróciła na biodra - wylądowała w rękach Laurenta. I o Matko, oby ją trzymał mocno, bo może miała więcej lat niż na ile wyglądała, ale nosił w jej kieszeni cały swój dobytek. Chichot losu był taki, że nie był ani największym, ani najgorszym nożownikiem Londynu. Noże i kradzieże trzymały się tego miasta bardzo mocno.
Specyficzne.
Uśmiechnął się, chociaż przeglądanie tych ubrań tak naprawdę wywoływało w nim olbrzymi stres.
- Przymierzasz, aż któreś pasuje? - Wzruszył ramionami. Kiedyś to faktycznie, kobiety szyły takie rzeczy na miarę i chodziło się do krawca, ale w Londynie budowano coraz więcej miejsc z gotową odzieżą. Kury domowe mogły zamówić niektóre rzeczy listownie lub przez telefon, nie musiały już nawet wychodzić z domu... - W domach towarowych jest więcej rozmiarów, ale nie ma tam ciuchów z historią. - Spojrzał na kurtkę, którą Laurent opisał słowem ładne. - Poza tym Aria zawsze mogłaby mi coś poprawić. - Próbował wykalkulować, czy miał to przymierzyć, czy po prostu tak to sobie oglądał...? Spojrzał na niego pytająco, ale nawet jeżeli to to zwyczajnie nie działało - bo musiał brać większe rozmiary niż te dedykowane kobietom, inaczej nie mógłby zgiąć w tym ręki.
Jego własne zainteresowanie zostało zdobyte przez wieszak ze spodniami. Bo tak naprawdę po to, a nie po te wszystkie kurtki i pierdoły, na które patrzył wcześniej, w ogóle chciał tutaj przyjść. Ściąganie ich i czyszczenie robiło się irytujące, kiedy nie mógł założyć czegokolwiek innego nawet na jeden dzień. To znaczy mógł - zawsze przecież istniały kradzieże z cudzej szafy - ale praktycznie każdy z kim się umawiał był od niego wyższy. Niektórzy to lubili. Siedzenie w większej koszulce niekrępującej żadnych ruchów, ale on preferował to, co przylegało do ciała. Unikał śliskich materiałów. Ciasne, mocne, duszące. Takie, żeby nic go nie łaskotało, żeby stróżka potu nie miała przestrzeni na spłynięcie po skórze. Monochromatyczne, żeby nie musiał się zastanawiać. Niektóre z nich miały naszywki lub ozdoby, ale liczyła się głównie czerń, szarość.
Wiele osób, które próbowały zabrać go na takie zakupy, pewnie nie uwierzyłaby w to, jak szybko wybrał coś i przewiesił przez swoje ramię.
- Chcesz być moim mężem, kociaku? - Zachichotał. Momentami chciał używać innego słownictwa, ale Laurent przecież obwieścił, że czuł się mężczyzną. Nie protestował, kiedy jego ręka została odsunięta, bo tym razem to było coś innego. To nie było przerwanie tej bliskości, ani odtrącenie wieśniackich zalotów. - Z kościoła to by nas chyba jednak wyrzucili... - Ale skoro po pięćdziesięciu latach od zabicia jednego z największych umysłów kraju udało im się zdekryminalizować to, co wyprawiali na ulicy, to może za pięćdziesiąt kolejnych uda im się zalegalizować takie małżeństwa? Następne pokolenia odklejeńców będą miały więcej szczęścia.
Kiedy Laurent się poprawiał, Flynn się rozbierał. No dobra - tak naprawdę to tylko ściągnął kurtkę z bioder i poprawił noszoną przez siebie koszulkę, ale ta kurtka już nie wróciła na biodra - wylądowała w rękach Laurenta. I o Matko, oby ją trzymał mocno, bo może miała więcej lat niż na ile wyglądała, ale nosił w jej kieszeni cały swój dobytek. Chichot losu był taki, że nie był ani największym, ani najgorszym nożownikiem Londynu. Noże i kradzieże trzymały się tego miasta bardzo mocno.
Specyficzne.
Uśmiechnął się, chociaż przeglądanie tych ubrań tak naprawdę wywoływało w nim olbrzymi stres.
- Przymierzasz, aż któreś pasuje? - Wzruszył ramionami. Kiedyś to faktycznie, kobiety szyły takie rzeczy na miarę i chodziło się do krawca, ale w Londynie budowano coraz więcej miejsc z gotową odzieżą. Kury domowe mogły zamówić niektóre rzeczy listownie lub przez telefon, nie musiały już nawet wychodzić z domu... - W domach towarowych jest więcej rozmiarów, ale nie ma tam ciuchów z historią. - Spojrzał na kurtkę, którą Laurent opisał słowem ładne. - Poza tym Aria zawsze mogłaby mi coś poprawić. - Próbował wykalkulować, czy miał to przymierzyć, czy po prostu tak to sobie oglądał...? Spojrzał na niego pytająco, ale nawet jeżeli to to zwyczajnie nie działało - bo musiał brać większe rozmiary niż te dedykowane kobietom, inaczej nie mógłby zgiąć w tym ręki.
Jego własne zainteresowanie zostało zdobyte przez wieszak ze spodniami. Bo tak naprawdę po to, a nie po te wszystkie kurtki i pierdoły, na które patrzył wcześniej, w ogóle chciał tutaj przyjść. Ściąganie ich i czyszczenie robiło się irytujące, kiedy nie mógł założyć czegokolwiek innego nawet na jeden dzień. To znaczy mógł - zawsze przecież istniały kradzieże z cudzej szafy - ale praktycznie każdy z kim się umawiał był od niego wyższy. Niektórzy to lubili. Siedzenie w większej koszulce niekrępującej żadnych ruchów, ale on preferował to, co przylegało do ciała. Unikał śliskich materiałów. Ciasne, mocne, duszące. Takie, żeby nic go nie łaskotało, żeby stróżka potu nie miała przestrzeni na spłynięcie po skórze. Monochromatyczne, żeby nie musiał się zastanawiać. Niektóre z nich miały naszywki lub ozdoby, ale liczyła się głównie czerń, szarość.
Wiele osób, które próbowały zabrać go na takie zakupy, pewnie nie uwierzyłaby w to, jak szybko wybrał coś i przewiesił przez swoje ramię.
Oh darling, it's so sweet
you think you know how crazy I am.
My mind is a hall of mirrors.
you think you know how crazy I am.
My mind is a hall of mirrors.