15.01.2025, 00:19 ✶
Nie zamierzał jej tego odpuścić. Nie, nigdy nie był większym człowiekiem i myślenie, że cokolwiek zmieniło się w tym zakresie byłoby błędem. Zwłaszcza w obliczu tego wszystkiego, co stało się przez ostatnie półtora roku i co działo się z nim w dalszym ciągu.
Jeśli to w ogóle było możliwe, raczej wydawało mu się, że stał się wyłącznie bardziej zacięty. Nie miał już powodów, aby się miarkować, więc mógł dać się ponieść własnej porywczości. Powroty do pustego domu nie sprawiały, że bardziej o siebie dbał. Zaś przejawy braku egoizmu i odpuszczania, aby być lepszym mężczyzną?
Je też można było wsadzić głęboko... ...między bajki. I to nie te o narglach, bo w nargle zdecydowanie wierzył. W te o tym, że dobro zawsze zwycięża a sprawiedliwi ludzie zostaną sowicie wynagrodzeni za swoje skromne i przykładne zachowanie.
Nie. Tak nie miało być, toteż Roise zamierzał tak po prostu dążyć do swego. W tym momencie po pijaku mając przez to na myśli niezaprzeczalną, zdecydowaną wygraną tej ich na chwilę odroczonej potyczki.
Roześmiał się. Kolejny raz naprawdę głęboko i niepowstrzymanie. Zaśmiał się donośnie, całkiem triumfalnie, słysząc kurwę padającą z ust Riny i jednocześnie usiłując pchnąć krzesło na jej drogę, co może nie do końca mu się powiodło, bo tor jazdy nie był tak idealny jak powinien, ale...
...no cóż, reakcja dziewczyny ponownie wzbudziła w nim satysfakcję.
Oczywiście, że to usłyszał. Nie miał pojęcia, że te słowa nie były skierowane ku nie mu i że tylko sama do siebie komentowała jego nie do końca uczciwe posunięcie. Tym bardziej, że jeśli wydawało jej się, że to określenie padło szeptem cóż najprawdopodobniej była jeszcze bardziej napruta od niego. A to nie zdarzało się zbyt często.
No, może inaczej - zdarzało się często, ale mało kto był wtedy w stanie tak po prostu skoczyć za nim i rzucić się do biegu. Większość osób kończyła zwinięta pod stołem, cicho pochrapując a rano budząc się z kacem mordercą. Tymczasem Geraldine, choć chyba nie do końca panowała nad wysokością tonu głosu, ruszyła za nim. Wręcz czuł jej oddech na karku.
- Oportunista! - Poprawił ją całkiem melodyjnym a nawet wręcz przesadnie śpiewnym (bo narąbanym w trzy dupy) głosem, jednocześnie wcale nie zamierzając udawać, że sprawiało mu to wprost dziecinną przyjemność.
Tak. W istocie uważał, że po prostu znalazł doskonały moment na to, aby odwdzięczyć się Geraldine za słowo na T, które było chyba ich odpowiednikiem tego mitycznie emocjonującego słowa na K dla części ludzi. Zobaczył ku temu okazję, więc ją wykorzystał.
Zresztą sama podstawiła mu to krzesło niemalże pod rękę, bo wcześniej nie dosunęła go do stołu. Ambroise w pierwszej chwili zamierzał po prostu się o nie podeprzeć, gdy po nagłym ruszeniu z miejsca nieco poplątały mu się nogi. Nie chciał wyjebać się na podłogę, bo wtedy nie tylko od razu przegrałby to starcie tytanów, lecz także byłoby mu to wypominane do końca życia.
Czyjego? Nieistotne - jego lub jej. Choć znając koleje przekornego losu oraz to, z jakim talentem ostatnio oboje ładowali się w kłopoty, bardzo możliwe, że ich obojga. W gruncie rzeczy przecież jeszcze niespełna dwa dni wstecz, Greengrass nie wykluczał możliwości zginięcia z nią tam razem w jaskini dopplegangera.
Tak się całe szczęście nie stało, więc teraz mogli z uporem maniaka poszukiwać sobie nowego sposobu na wyzionięcie ducha. Mieli już zresztą widma w okolicach Doliny Godryka. One z pewnością mogły całkiem szybko przynieść im tę usraną śmierć, o której mówili, gdy jeszcze byli razem.
Natomiast po co im były stwory z Kniei Godryka, skoro mogli wypluć sobie płuca tu i teraz? Albo wpaść na lampę czy kanapę? Potknąć się o próg salonu albo zrobić coś jeszcze głupszego w ramach udowodnienia sobie nawzajem, kto w istocie był lepszy?
Nie oglądał się za siebie. Nie musiał, bo doskonale słyszał jej sarnie tąpnięcie stopami o kuchenne kafle, gdy najwidoczniej pokonała przeszkodę. I rzeczywiście. Moment później stanęli niemalże oko w oko, bo utrzymanie się na nogach i jednocześnie umykanie dziewczynie nie było tak proste jak mogłoby się wydawać.
Wpadając do salonu na chwilę przed nią, usiłował przyspieszyć tempa, żeby mieć trochę więcej czasu, by spróbować powtórzyć wyczyn Geraldine. Tyle tylko, że przeskakując przez kanapę i oddzielając się nią od łowczej, aby zwiększyć ich dystans. Parkour.
AF (III) - na przyspieszenie ruchów, by móc lepiej wycelować ze skokiem (jak blisko znajdzie się Rina zanim Roise skoczy)
AF (III) - skok za kanapę (przeskoczy czy będzie spierdalać przeturlaniem się)
Jeśli to w ogóle było możliwe, raczej wydawało mu się, że stał się wyłącznie bardziej zacięty. Nie miał już powodów, aby się miarkować, więc mógł dać się ponieść własnej porywczości. Powroty do pustego domu nie sprawiały, że bardziej o siebie dbał. Zaś przejawy braku egoizmu i odpuszczania, aby być lepszym mężczyzną?
Je też można było wsadzić głęboko... ...między bajki. I to nie te o narglach, bo w nargle zdecydowanie wierzył. W te o tym, że dobro zawsze zwycięża a sprawiedliwi ludzie zostaną sowicie wynagrodzeni za swoje skromne i przykładne zachowanie.
Nie. Tak nie miało być, toteż Roise zamierzał tak po prostu dążyć do swego. W tym momencie po pijaku mając przez to na myśli niezaprzeczalną, zdecydowaną wygraną tej ich na chwilę odroczonej potyczki.
Roześmiał się. Kolejny raz naprawdę głęboko i niepowstrzymanie. Zaśmiał się donośnie, całkiem triumfalnie, słysząc kurwę padającą z ust Riny i jednocześnie usiłując pchnąć krzesło na jej drogę, co może nie do końca mu się powiodło, bo tor jazdy nie był tak idealny jak powinien, ale...
...no cóż, reakcja dziewczyny ponownie wzbudziła w nim satysfakcję.
Oczywiście, że to usłyszał. Nie miał pojęcia, że te słowa nie były skierowane ku nie mu i że tylko sama do siebie komentowała jego nie do końca uczciwe posunięcie. Tym bardziej, że jeśli wydawało jej się, że to określenie padło szeptem cóż najprawdopodobniej była jeszcze bardziej napruta od niego. A to nie zdarzało się zbyt często.
No, może inaczej - zdarzało się często, ale mało kto był wtedy w stanie tak po prostu skoczyć za nim i rzucić się do biegu. Większość osób kończyła zwinięta pod stołem, cicho pochrapując a rano budząc się z kacem mordercą. Tymczasem Geraldine, choć chyba nie do końca panowała nad wysokością tonu głosu, ruszyła za nim. Wręcz czuł jej oddech na karku.
- Oportunista! - Poprawił ją całkiem melodyjnym a nawet wręcz przesadnie śpiewnym (bo narąbanym w trzy dupy) głosem, jednocześnie wcale nie zamierzając udawać, że sprawiało mu to wprost dziecinną przyjemność.
Tak. W istocie uważał, że po prostu znalazł doskonały moment na to, aby odwdzięczyć się Geraldine za słowo na T, które było chyba ich odpowiednikiem tego mitycznie emocjonującego słowa na K dla części ludzi. Zobaczył ku temu okazję, więc ją wykorzystał.
Zresztą sama podstawiła mu to krzesło niemalże pod rękę, bo wcześniej nie dosunęła go do stołu. Ambroise w pierwszej chwili zamierzał po prostu się o nie podeprzeć, gdy po nagłym ruszeniu z miejsca nieco poplątały mu się nogi. Nie chciał wyjebać się na podłogę, bo wtedy nie tylko od razu przegrałby to starcie tytanów, lecz także byłoby mu to wypominane do końca życia.
Czyjego? Nieistotne - jego lub jej. Choć znając koleje przekornego losu oraz to, z jakim talentem ostatnio oboje ładowali się w kłopoty, bardzo możliwe, że ich obojga. W gruncie rzeczy przecież jeszcze niespełna dwa dni wstecz, Greengrass nie wykluczał możliwości zginięcia z nią tam razem w jaskini dopplegangera.
Tak się całe szczęście nie stało, więc teraz mogli z uporem maniaka poszukiwać sobie nowego sposobu na wyzionięcie ducha. Mieli już zresztą widma w okolicach Doliny Godryka. One z pewnością mogły całkiem szybko przynieść im tę usraną śmierć, o której mówili, gdy jeszcze byli razem.
Natomiast po co im były stwory z Kniei Godryka, skoro mogli wypluć sobie płuca tu i teraz? Albo wpaść na lampę czy kanapę? Potknąć się o próg salonu albo zrobić coś jeszcze głupszego w ramach udowodnienia sobie nawzajem, kto w istocie był lepszy?
Nie oglądał się za siebie. Nie musiał, bo doskonale słyszał jej sarnie tąpnięcie stopami o kuchenne kafle, gdy najwidoczniej pokonała przeszkodę. I rzeczywiście. Moment później stanęli niemalże oko w oko, bo utrzymanie się na nogach i jednocześnie umykanie dziewczynie nie było tak proste jak mogłoby się wydawać.
Wpadając do salonu na chwilę przed nią, usiłował przyspieszyć tempa, żeby mieć trochę więcej czasu, by spróbować powtórzyć wyczyn Geraldine. Tyle tylko, że przeskakując przez kanapę i oddzielając się nią od łowczej, aby zwiększyć ich dystans. Parkour.
AF (III) - na przyspieszenie ruchów, by móc lepiej wycelować ze skokiem (jak blisko znajdzie się Rina zanim Roise skoczy)
Rzut Z 1d100 - 82
Sukces!
Sukces!
AF (III) - skok za kanapę (przeskoczy czy będzie spierdalać przeturlaniem się)
Rzut Z 1d100 - 65
Sukces!
Sukces!
Because no matter how long the night
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down