Pierścionek leżał na lewej dłoni, ale nie na palcu serdecznym, na którym przyjęto noszenie tych zaręczynowych. Zajmował miejsce palca wskazującego. Blisko kciuka - i nie było to przypadkowe. Laurent nałogowo bawił się tymi pierścionkami właśnie kciukiem - ten od Flynna był więc skazany na ciągłe miętoszenie go.
- Mogę być nawet twoją żoną. - Uniósł lekko kąciki ust ku górze. - Znam takiego jednego uduchowionego, który chyba by nam ślubu udzielił pod gołym niebem... - Pomyślał o Jimie, owszem. Ale Laurent nie marzył o ślubie, o sukniach ślubnych, nie myślał o tym, że było mu to potrzebne do szczęśliwego życia. Przynajmniej jeszcze o tym nie myślał.
- Czy tobie nie jest w tym gorąco? - Przyjął kurtkę od Flynna, ważąc ją trochę w swojej ręce. Była cięższa, niż się spodziewał. Spojrzał na nią ciekawsko, ale powstrzymał się przed przeglądaniem jej. Jej samej - nie jej zawartości. Był już świadkiem, jakie cuda się z jednej kieszeni wysypywały. Kiedy indziej ją sobie obejrzy - tutaj nie było nawet na to za dużo miejsca. Tego dyskomfortu doświadczył już na Lammas, kiedy ludzie się o ciebie ocierają, jest tak tłoczno, tak... nieprzyjemnie. Zwątpienie wstąpiło na jego twarz, nawet trochę zmarszczył brwi, kiedy Flynn powiedział, że po prostu przymierzasz, aż będzie pasować. Tak po prostu. - Jeśli coś ci się spodoba, a nie będzie pasować, pamiętaj, że można to przeszyć. Chyba że wtedy straci to swoją wartość w twojej opinii. - Tą... artystyczną, do której się odwoływał. Nie byłoby to coś, co mógłby w pełni zrozumieć, ale zaakceptować i przyjąć, że Flynn tak ma - jak najbardziej. - Aria? Jedna z tych niewiast? - Obie wyglądały jakby były po przejściach, a ta jedna już... szczególnie. Blondyn nie wgapiał się w nią, chociaż miał ochotę. Nie to, że była atrakcyjna fizycznie, ale atrakcyjność nie zawsze oznaczała (w jego mniemaniu) doskonałości rysów twarzy, idealnej cery i tak dalej... no, przynajmniej nie u innych. Bo Laurent piętnował każdą swoją niedoskonałość. Dlatego zaczął walkę z bliznami, żeby się ich pozbyć. Te, które przez moment dawały mu ukojenie, bo udowodniały mu, że ta imperfekcja niczego nie zmieniała. Że może sobie na to pozwolić. Ten stan jego umysłu długo się nie utrzymał. - Po prostu mi się spodobało. Ten kontrast motywu i delikatnego szycia do wyrazistości i charakteru skóry. To nie była sugestia. - Nawet chyba... nie podobałby mu się w tym Flynn do końca. Chyba bardziej by mu się podobał w kurtce z tamtymi psami.
Specyficzny smród (w mniemaniu Laurenta to był smród) skóry uderzył go w nozdrza, kiedy weszli w ten stragan. Laurent szedł za Flynnem w odległości jakichś dwóch kroków, kroku, żeby zostawić mu przestrzeń do wybierania rzeczy. I tylko spoglądał, co wybiera, ciekaw tego procesu. Czasem oglądał się po sklepie - teraz to nie Flynn był kuriozum, na które ludzie się gapili. Miał takie niespokojne wrażenie, że jeden chłopak z drugiego końca tego sklepu spoglądał na niego tak, jakby w głowie otworzyła mu się kasa fiskalna. Wrócił wzrokiem na spodnie i przesunął palcami po jednym z modeli, chcąc sprawdzić fakturę tej skóry.
- W życiu bym nie pomyślał, że tak mogą wyglądać zakupy... - Puścił nogawkę, niekoniecznie zadowolony ze swoich oględzin, ale najważniejsze było dla niego to, żeby Flynnowi było w tym wygodnie. Nie przepadasz za tłumami, ale wolisz przyjść tu na zakupy. Bo tutaj tworzą sztukę z duszą, którą nie stworzy krawiec. Nawet gdyby odwzorował wszystko... I Laurent uważał, że zrobiłby to lepiej. Co za kuriozum. Flynn był istnym kuriozum. - Może być tak, że będę cię musiał na sekundę zostawić. - Uprzedził z wyprzedzeniem, bo nie był pewien, ile czasu tu wytrzyma, w tym zaduchu intensywnego zapachu skóry. - Żeby odetchnąć powietrzem. - Dodał po sekundzie, żeby Flynn nie musiał pytać ani głowić się, czy coś złego się nie stało.