15.01.2025, 02:24 ✶
Nigdy nie przewidziałby najnowszej odsłony ich usrania się. Zwłaszcza, gdy wszystkie poprzednie, jakie zaliczyli tu w przeciągu ostatnich dwóch dni nie należały do niczego tak...
...przyjemnego? To nie do końca było właściwe słowo, jednak żadne inne nie przychodziło mu teraz do głowy. Zresztą co się dziwić - nawet na trzeźwo zdecydowanie nie był mistrzem w doborze słów. No, chyba że tych całkiem świadomie prowokacyjnych.
Tych, które kierował teraz ku jedynej osobie, z którą mógł pozwolić sobie na coś takiego, całkowicie świadomy jak to musiałoby wyglądać dla kogoś z zewnątrz. Nie mieli już po kilkanaście lat, nie żarli się w szkolnej toalecie, nie odstawiali cyrków mogących zapewnić im szlaban.
Za to jego akcje wciąż mogły mieć konsekwencje. A on naprawdę nie chciał musieć ich ponosić, szczególnie że wtedy musiałby także zrobić wszystko, by wyjść z tego z twarzą. Nie jęczeć, nie próbować pertraktować, tylko przyjąć to jabłko na klatę na głowę i liczyć na to, że nie skończy ustrzelony jak świnia na bankietowym stole.
Niby zazwyczaj ufał w talenty Geraldine, ale w przypadku kuszy, no, kurwa jakoś niespecjalnie. Niby miała kilkukrotną okazję udowodnić mu, że całkiem sprawnie sobie z nią radzi. Teoretycznie ustrzeliła z niej tamtą akromantulę a potem jeszcze kilka innych bestii, przy walce z którymi miał okazję jej towarzyszyć.
Ale nie. Wolał nie dać się dorwać. Tym razem, że pijany czy nie, uważał swoje szanse za całkiem wysokie. Tak, jeśli to było możliwe, Ambroise w tym stanie był jeszcze mniej samoświadomy, całkowicie ignorując chybotanie się na nogach.
A najwidoczniej również pojęcie przestrzeni, bo choć wydawało mu się, że będzie w stanie przecisnąć się między kanapą a ścianą, kompletnie nie wziął pod uwagę książek leżących na podłodze. Nie byle jakich książek, bo grubych i ciężkich tomiszczy. Bezlitośnie blokujących jego ruchy dokładnie w tej samej chwili, w której jego najdroższa równie bez wahania cisnęła mu w twarz poduszką.
- Perfidia! - Skomentował, wyłaniając się spod śnieżycy wywołanej uderzeniem poduszki, która ewidentnie musiała mieć gdzieś wcześniej jakieś rozdarcie.
Teraz pierz wzniósł się w górę, co Ambroise spróbował wykorzystać na swoją korzyść. Niczym jebany Houdini (oszust, partacz i frajer, ale no dobra, nikt inny nie przechodził mu przez myśl) usiłował wykorzystać latające pierze niczym swoją zasłonę dymną.
Jak? Jakim cudem wydawało mu się, że to zadziała? Gdzie miał przy tym w głowie pojęcie przestrzeni i tego, że pomiędzy piórami doskonale dało się dostrzec wszystkie jego ruchy? No, nie wiedział. Po prostu rzucił się w bok z resztkami smętnie półwypełnionej poduszki, wyrywając nogę z uścisku kanapy i padając plackiem na podłogę.
A potem zaczął się wić... ...jak węgorz.
Albo turlać... ...jak seler na desce do krojenia.
Ewentualnie pełzać?... ...jak robak?... ...nie, to była rola Geraldine, więc nie, on nie pełzał.
On naprawdę szybko przemieszczał się po dywanie w stronę korytarza, chcąc stanąć na nogi przy wykorzystaniu futryny, ale no...
...ewidentnie nie było mu to dane.
Oczywiście, że mógł się spodziewać powtórki z rozrywki. Teoretycznie jeszcze chwilę wcześniej wewnętrznie chełpił się znajomością wszystkich technik wykorzystywanych przez Geraldine. Zresztą na zewnątrz też pewnie mógłby to zacząć robić, gdyby nadarzyła się ku temu odpowiednia okazja. No, bądźmy szczerzy - również wtedy, gdy sam stworzyłby sobie okoliczność ku temu, ale tego nie zrobił.
Wybrał dużo bardziej zawiłą, perspektywiczną opcję mydlenia oczu Riny po to, żeby spierdolić jej w jak najmniej oczekiwanym momencie. Zbierał przy tym wszystkie swoje siły, aby powstrzymać komentarze cisnące mu się na usta czy też ten sam nieopanowany rechot, który falami wydobywał się z jego ust.
Być może to go zgubiło. Kolejna salwa śmiechu na widok tego, w jaki sposób dziewczyna znalazła się za kanapą. Tą, za którą już go nie było, bo zgrabnie (jasna sprawa) wyszarpał nogę z uścisku książek i kanapy, rzucając się na podłogę i turlając się po dywanie w stronę drzwi prowadzących z powrotem na korytarz.
Przez ten cały czas, gdy nie był zajęty tarzaniem się, aby uniknąć ataku, obserwował wyraz twarzy Yaxleyówny. To, w jaki sposób gniewnie marszczyła czoło, mrużyła oczy i kręciła czubkiem nosa. Gdyby mogła rzucić w niego nie poduszką a gromem, pewnie by to zrobiła. Ta myśl była równie prawdziwa, co absurdalna...
...i właśnie ten komizm go teraz zgubił. Bowiem, gdy tylko Ambroise zaniósł się kolejną salwą śmiechu, tym razem do turlania w celu ucieczki dołączając tarzanie się z powodu bolącej przepony i braku tlenu od rechotu. Kiedy tylko na moment stracił kontrolę nad sytuacją i poczucie czasu, dostrzegł nad sobą cień zwiastujący dokładnie to, czego przecież mógł się spodziewać.
Ale się nie spodziewał. Nie przewidział tego, że dziewczyna ponownie użyje tej samej techniki co chwilę wcześniej, bo on sam tego nie zrobił. Tyle tylko, że w jego przypadku skakanie przez przeszkody nie było raczej niczym typowym. Był turem, nie sarenką. Prędzej mógł wpierdolić się w coś niż pokonać to pełnym gracji susem.
Patrząc przez swój własny pryzmat (choć przecież powinien być świadomy, że nie należy tego robić) zdecydowanie nie docenił przeciwniczki. No, nie był obecnie orłem. Za to bez wątpienia dostrzegł cień...
...usiłując zareagować jedynym, na co było go teraz stać - jeszcze mocniejszym i gwałtowniejszym odturlaniem się w bok po dywanie. Jeśli mu się to powiodło, nie zamierzał czekać ani sprawdzać jak bardzo Geraldine była niezadowolona ze znalezienia się na poduszce, nie na nim. Zamierzał podciągnąć się na cztery i zacząć popierdalać na nich w kierunku najbliższego fotela, przy pomocy którego mógłby się potencjalnie podciągnąć już na dwie. Inaczej? Inaczej był zdecydowanie zbyt napruty, by bez pomocy stanąć prosto, gdy już raz znalazł się na podłodze.
AF (III) - odturlanie się z pola rażenia skoku Geraldine.
AF (III) - jeśli to się powiodło to zapierdalanie na czterech za fotel, żeby spróbować się podnieść.
...przyjemnego? To nie do końca było właściwe słowo, jednak żadne inne nie przychodziło mu teraz do głowy. Zresztą co się dziwić - nawet na trzeźwo zdecydowanie nie był mistrzem w doborze słów. No, chyba że tych całkiem świadomie prowokacyjnych.
Tych, które kierował teraz ku jedynej osobie, z którą mógł pozwolić sobie na coś takiego, całkowicie świadomy jak to musiałoby wyglądać dla kogoś z zewnątrz. Nie mieli już po kilkanaście lat, nie żarli się w szkolnej toalecie, nie odstawiali cyrków mogących zapewnić im szlaban.
Za to jego akcje wciąż mogły mieć konsekwencje. A on naprawdę nie chciał musieć ich ponosić, szczególnie że wtedy musiałby także zrobić wszystko, by wyjść z tego z twarzą. Nie jęczeć, nie próbować pertraktować, tylko przyjąć to jabłko na klatę na głowę i liczyć na to, że nie skończy ustrzelony jak świnia na bankietowym stole.
Niby zazwyczaj ufał w talenty Geraldine, ale w przypadku kuszy, no, kurwa jakoś niespecjalnie. Niby miała kilkukrotną okazję udowodnić mu, że całkiem sprawnie sobie z nią radzi. Teoretycznie ustrzeliła z niej tamtą akromantulę a potem jeszcze kilka innych bestii, przy walce z którymi miał okazję jej towarzyszyć.
Ale nie. Wolał nie dać się dorwać. Tym razem, że pijany czy nie, uważał swoje szanse za całkiem wysokie. Tak, jeśli to było możliwe, Ambroise w tym stanie był jeszcze mniej samoświadomy, całkowicie ignorując chybotanie się na nogach.
A najwidoczniej również pojęcie przestrzeni, bo choć wydawało mu się, że będzie w stanie przecisnąć się między kanapą a ścianą, kompletnie nie wziął pod uwagę książek leżących na podłodze. Nie byle jakich książek, bo grubych i ciężkich tomiszczy. Bezlitośnie blokujących jego ruchy dokładnie w tej samej chwili, w której jego najdroższa równie bez wahania cisnęła mu w twarz poduszką.
- Perfidia! - Skomentował, wyłaniając się spod śnieżycy wywołanej uderzeniem poduszki, która ewidentnie musiała mieć gdzieś wcześniej jakieś rozdarcie.
Teraz pierz wzniósł się w górę, co Ambroise spróbował wykorzystać na swoją korzyść. Niczym jebany Houdini (oszust, partacz i frajer, ale no dobra, nikt inny nie przechodził mu przez myśl) usiłował wykorzystać latające pierze niczym swoją zasłonę dymną.
Jak? Jakim cudem wydawało mu się, że to zadziała? Gdzie miał przy tym w głowie pojęcie przestrzeni i tego, że pomiędzy piórami doskonale dało się dostrzec wszystkie jego ruchy? No, nie wiedział. Po prostu rzucił się w bok z resztkami smętnie półwypełnionej poduszki, wyrywając nogę z uścisku kanapy i padając plackiem na podłogę.
A potem zaczął się wić... ...jak węgorz.
Albo turlać... ...jak seler na desce do krojenia.
Ewentualnie pełzać?... ...jak robak?... ...nie, to była rola Geraldine, więc nie, on nie pełzał.
On naprawdę szybko przemieszczał się po dywanie w stronę korytarza, chcąc stanąć na nogi przy wykorzystaniu futryny, ale no...
...ewidentnie nie było mu to dane.
Oczywiście, że mógł się spodziewać powtórki z rozrywki. Teoretycznie jeszcze chwilę wcześniej wewnętrznie chełpił się znajomością wszystkich technik wykorzystywanych przez Geraldine. Zresztą na zewnątrz też pewnie mógłby to zacząć robić, gdyby nadarzyła się ku temu odpowiednia okazja. No, bądźmy szczerzy - również wtedy, gdy sam stworzyłby sobie okoliczność ku temu, ale tego nie zrobił.
Wybrał dużo bardziej zawiłą, perspektywiczną opcję mydlenia oczu Riny po to, żeby spierdolić jej w jak najmniej oczekiwanym momencie. Zbierał przy tym wszystkie swoje siły, aby powstrzymać komentarze cisnące mu się na usta czy też ten sam nieopanowany rechot, który falami wydobywał się z jego ust.
Być może to go zgubiło. Kolejna salwa śmiechu na widok tego, w jaki sposób dziewczyna znalazła się za kanapą. Tą, za którą już go nie było, bo zgrabnie (jasna sprawa) wyszarpał nogę z uścisku książek i kanapy, rzucając się na podłogę i turlając się po dywanie w stronę drzwi prowadzących z powrotem na korytarz.
Przez ten cały czas, gdy nie był zajęty tarzaniem się, aby uniknąć ataku, obserwował wyraz twarzy Yaxleyówny. To, w jaki sposób gniewnie marszczyła czoło, mrużyła oczy i kręciła czubkiem nosa. Gdyby mogła rzucić w niego nie poduszką a gromem, pewnie by to zrobiła. Ta myśl była równie prawdziwa, co absurdalna...
...i właśnie ten komizm go teraz zgubił. Bowiem, gdy tylko Ambroise zaniósł się kolejną salwą śmiechu, tym razem do turlania w celu ucieczki dołączając tarzanie się z powodu bolącej przepony i braku tlenu od rechotu. Kiedy tylko na moment stracił kontrolę nad sytuacją i poczucie czasu, dostrzegł nad sobą cień zwiastujący dokładnie to, czego przecież mógł się spodziewać.
Ale się nie spodziewał. Nie przewidział tego, że dziewczyna ponownie użyje tej samej techniki co chwilę wcześniej, bo on sam tego nie zrobił. Tyle tylko, że w jego przypadku skakanie przez przeszkody nie było raczej niczym typowym. Był turem, nie sarenką. Prędzej mógł wpierdolić się w coś niż pokonać to pełnym gracji susem.
Patrząc przez swój własny pryzmat (choć przecież powinien być świadomy, że nie należy tego robić) zdecydowanie nie docenił przeciwniczki. No, nie był obecnie orłem. Za to bez wątpienia dostrzegł cień...
...usiłując zareagować jedynym, na co było go teraz stać - jeszcze mocniejszym i gwałtowniejszym odturlaniem się w bok po dywanie. Jeśli mu się to powiodło, nie zamierzał czekać ani sprawdzać jak bardzo Geraldine była niezadowolona ze znalezienia się na poduszce, nie na nim. Zamierzał podciągnąć się na cztery i zacząć popierdalać na nich w kierunku najbliższego fotela, przy pomocy którego mógłby się potencjalnie podciągnąć już na dwie. Inaczej? Inaczej był zdecydowanie zbyt napruty, by bez pomocy stanąć prosto, gdy już raz znalazł się na podłodze.
AF (III) - odturlanie się z pola rażenia skoku Geraldine.
Rzut Z 1d100 - 40
Slaby sukces...
Slaby sukces...
AF (III) - jeśli to się powiodło to zapierdalanie na czterech za fotel, żeby spróbować się podnieść.
Rzut Z 1d100 - 58
Sukces!
Sukces!
Because no matter how long the night
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down