15.01.2025, 12:39 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 15.01.2025, 12:41 przez Ambroise Greengrass-Yaxley.)
Ani myślał dać się dorwać. To była kwestia godności i honoru. Tak, dokładnie tak - godności i honoru człowieka, który moment wcześniej dostał poduszką w twarz zaś teraz czołgał się po podłodze, na którą rzucił się ze ślizgiem. Usiłował umknąć skokowi dziewczyny. Wężowym ruchem dotrzeć do fotela, wcześniej być może znajdując w sobie tyle siły i trzeźwości, żeby podciągnąć się na cztery i trochę przyspieszyć ucieczkę.
- Taegouja - odmruknął zdecydowanie głośniej niż zamierzał, czując nagły przypływ rozsądku, chuja tam czystej pierwotnej energii.
To, że w tej chwili znalazła się niepokojąco blisko niego nie oznaczało, że miał się teraz poddać. Zdecydowanie nie. Jedno drobne potknięcie w realizacji planu nie oznaczało przecież, że teraz należało tak po prostu zaakceptować swój los i poddać się całej reszcie tego, co miała zamiar z nim zrobić.
Tak jak jej to oznajmił swoim całkiem głośnym, lekko bełkoczącym (a przez to na tyle miękkim, że słowa zlały się w jedno) głosem: takiego chuja. Nie tylko wjechała mu na ambicję tym wszystkim, co tak hardo rzuciła wtedy w kuchni. Nie tylko rozjuszyła go tamtym tchórzem. Nie tylko nie chciał mieć jabłka na głowie i kuszy wycelowanej mu w sam środek czoła.
W tym momencie po prostu podszedł do tego jak do kwestii własnego honoru. A że zdecydowanie nie wyglądał jak dumny i poważny człowiek, gdy tak miotał się po ziemi? Całe szczęście był na tyle narąbany, że nawet nie próbował analizować swojego zachowania.
Zresztą to, co działo się w domu, pozostawało w ich domu. Pomiędzy nimi. Szczęśliwie, choć nie za sprawą przypadku, bo była to ich świadoma decyzja, Piaskownica znajdowała się na kompletnym odludziu.
Spędzając czas na uboczu mogli pozwolić sobie na wszelkie ekscesy, nawet jeśli Ambroise wiele lat temu, gdy kupowali dom w żadnym wypadku nie powiedziałby, że jedną z tych najbardziej kontrowersyjnych aktywności będzie ganianie się z Geraldine po pokojach.
I to nawet nie nago, bo w tym wszystkim, co teraz robili nie było ani grama tego typu łowieckich intencji. Zresztą gdzieś tam z tyłu głowy spodziewał się, że raczej znacznie łatwiej byłoby mu wyjaśnić komukolwiek zabawę w kotka i myszkę mającą doprowadzić do dzikiego zbliżenia. Aniżeli to, co teraz robili.
Nie to, aby zamierzał się komukolwiek tłumaczyć. Raczej nie miewali nieoczekiwanych gości. Nie w tym miejscu, o którym nie wiedział nikt poza ich dwojgiem. Nie bez powodu przez lata zachowywali je w tajemnicy. Teraz, kiedy już nie on decydował o przyszłości tego domu to mogło się zmienić, ale nie pytał.
W tej chwili czuł się zupełnie tak, jakby nadal był panem na swoich włościach. Kimś kto miał tu równie dużo do powiedzenia, co jego rozczochrana towarzyszka, której machający koński ogon na głowie raz po raz przyciągał jego wzrok. Ba, nie tylko przyciągał a całkowicie go rozpraszał, będąc tym dodatkowym ruchomym elementem wokół jej i tak bardzo ekspresyjnej twarzy.
Może sam powinien wpaść na to, aby także zapewnić sobie coś, na czym mogłaby zawiesić wzrok? Nawet po pijaku nie, nie sądził, aby to było dobry pomysł, bo wtedy mogłaby go łatwo złapać za kitkę. Zamiast tego wił się po podłodze dokładnie w takiej samej formie, w jakiej stanął przy garach.
Już na wrzosowisku zdjął klamrę z włosów, by wygodniej leżeć między krzewami, więc teraz nic już nie przytrzymywało jego przydługich włosów. Luźno rozpuszczone kosmyki nie tylko rozczochrały się po kilku pierwszych wężowych ruchach na podłodze, lecz także naelektryzowały się od pocierania o włókna dywanu, po którym sunął Greengrass.
W efekcie wyglądał jeszcze bardziej komicznie, choć gdyby miał okazję spojrzeć na siebie w lustrze (ono zaś wisiało zbyt wysoko - na jego szczęście lub też nie) to najpewniej odbiłby ten niedorzeczny komentarz stwierdzeniem, że wyglądał jak lew. Lew - król dżungli, a więc zajebiście, bo nie mógł być większą elitą na polowaniu.
Zresztą czy uważał się za ofiarę? Czy w tej dynamice miał się za myszkę, którą usiłowała upolować jego nastroszona kocica? No, niekoniecznie. Raczej w dalszym ciągu trwał przy tym, że po prostu usiłował udowodnić jej błąd. Coś jak... ...lew. Tak. Jak ten lew stara się pokazać młodym, że jeszcze chuja wiedzą o świecie. Idealnie się więc składało, że w istocie była od niego młodsza.
Młodsza, ale równie zawzięta. Nie zachowywali się ani trochę poważnie, ani trochę z godnością. Nie jak poważni ludzie, nie jak elita. Z dużym prawdopodobieństwem łatwiej byłoby mu wyjaśnić to, że wczorajszego poranka bez zawahania złamali półtoraroczny dystans, nie potrzebując zbyt wielu słów, aby iść ze sobą do łóżka. Aniżeli to, co działo się w tym momencie.
Dosłownie w ostatniej chwili udało mu się przesunąć nogę, za którą dziewczyna usiłowała go złapać. Co prawda nie zrobił tego specjalnie. Po prostu trochę rozjechały mu się nogi, gdy próbował podciągnąć się na cztery, ale liczył się efekt końcowy, prawda?
A był taki, że go do siebie nie przyciągnęła. I tak - był na tyle rozkojarzony, że niemal zaczął już triumfować. Znowu na ułamek sekundy pozwolił sobie na to, żeby się rozkojarzony a wtedy...
...wtedy to się stało. Wlazła mu na nogę, łapiąc się go jak konia czy jednego z tych zaczarowanych wypchanych byków. No cóż. Skoro tak, musiała mieć świadomość, że rzeczywiście potrafił być turem. Nie zamierzał dać jej usiedzieć na jego łydce ani tym bardziej przesunąć się wyżej, żeby opleść go udami.
Nie to, żeby nie chciał się pomiędzy nimi znaleźć, ale to w dalszym ciągu była kwestia honoru.
Więc zaczął się szamotać. Wierzgać jak dzikie zwierzę, usiłując ją zrzucić na poduszkę i wtedy zaangażować wszelkie siły w to, aby rzucić się na czterech za fotel, którego w dalszym ciągu potrzebował, aby wstać. Tu nic się nie zmieniło.
AF (III) - na zrzucenie Geraldine z nogi.
AF (III) - jeśli się powiodło to na dopadnięcie do fotela i wstanie.
- Taegouja - odmruknął zdecydowanie głośniej niż zamierzał, czując nagły przypływ rozsądku, chuja tam czystej pierwotnej energii.
To, że w tej chwili znalazła się niepokojąco blisko niego nie oznaczało, że miał się teraz poddać. Zdecydowanie nie. Jedno drobne potknięcie w realizacji planu nie oznaczało przecież, że teraz należało tak po prostu zaakceptować swój los i poddać się całej reszcie tego, co miała zamiar z nim zrobić.
Tak jak jej to oznajmił swoim całkiem głośnym, lekko bełkoczącym (a przez to na tyle miękkim, że słowa zlały się w jedno) głosem: takiego chuja. Nie tylko wjechała mu na ambicję tym wszystkim, co tak hardo rzuciła wtedy w kuchni. Nie tylko rozjuszyła go tamtym tchórzem. Nie tylko nie chciał mieć jabłka na głowie i kuszy wycelowanej mu w sam środek czoła.
W tym momencie po prostu podszedł do tego jak do kwestii własnego honoru. A że zdecydowanie nie wyglądał jak dumny i poważny człowiek, gdy tak miotał się po ziemi? Całe szczęście był na tyle narąbany, że nawet nie próbował analizować swojego zachowania.
Zresztą to, co działo się w domu, pozostawało w ich domu. Pomiędzy nimi. Szczęśliwie, choć nie za sprawą przypadku, bo była to ich świadoma decyzja, Piaskownica znajdowała się na kompletnym odludziu.
Spędzając czas na uboczu mogli pozwolić sobie na wszelkie ekscesy, nawet jeśli Ambroise wiele lat temu, gdy kupowali dom w żadnym wypadku nie powiedziałby, że jedną z tych najbardziej kontrowersyjnych aktywności będzie ganianie się z Geraldine po pokojach.
I to nawet nie nago, bo w tym wszystkim, co teraz robili nie było ani grama tego typu łowieckich intencji. Zresztą gdzieś tam z tyłu głowy spodziewał się, że raczej znacznie łatwiej byłoby mu wyjaśnić komukolwiek zabawę w kotka i myszkę mającą doprowadzić do dzikiego zbliżenia. Aniżeli to, co teraz robili.
Nie to, aby zamierzał się komukolwiek tłumaczyć. Raczej nie miewali nieoczekiwanych gości. Nie w tym miejscu, o którym nie wiedział nikt poza ich dwojgiem. Nie bez powodu przez lata zachowywali je w tajemnicy. Teraz, kiedy już nie on decydował o przyszłości tego domu to mogło się zmienić, ale nie pytał.
W tej chwili czuł się zupełnie tak, jakby nadal był panem na swoich włościach. Kimś kto miał tu równie dużo do powiedzenia, co jego rozczochrana towarzyszka, której machający koński ogon na głowie raz po raz przyciągał jego wzrok. Ba, nie tylko przyciągał a całkowicie go rozpraszał, będąc tym dodatkowym ruchomym elementem wokół jej i tak bardzo ekspresyjnej twarzy.
Może sam powinien wpaść na to, aby także zapewnić sobie coś, na czym mogłaby zawiesić wzrok? Nawet po pijaku nie, nie sądził, aby to było dobry pomysł, bo wtedy mogłaby go łatwo złapać za kitkę. Zamiast tego wił się po podłodze dokładnie w takiej samej formie, w jakiej stanął przy garach.
Już na wrzosowisku zdjął klamrę z włosów, by wygodniej leżeć między krzewami, więc teraz nic już nie przytrzymywało jego przydługich włosów. Luźno rozpuszczone kosmyki nie tylko rozczochrały się po kilku pierwszych wężowych ruchach na podłodze, lecz także naelektryzowały się od pocierania o włókna dywanu, po którym sunął Greengrass.
W efekcie wyglądał jeszcze bardziej komicznie, choć gdyby miał okazję spojrzeć na siebie w lustrze (ono zaś wisiało zbyt wysoko - na jego szczęście lub też nie) to najpewniej odbiłby ten niedorzeczny komentarz stwierdzeniem, że wyglądał jak lew. Lew - król dżungli, a więc zajebiście, bo nie mógł być większą elitą na polowaniu.
Zresztą czy uważał się za ofiarę? Czy w tej dynamice miał się za myszkę, którą usiłowała upolować jego nastroszona kocica? No, niekoniecznie. Raczej w dalszym ciągu trwał przy tym, że po prostu usiłował udowodnić jej błąd. Coś jak... ...lew. Tak. Jak ten lew stara się pokazać młodym, że jeszcze chuja wiedzą o świecie. Idealnie się więc składało, że w istocie była od niego młodsza.
Młodsza, ale równie zawzięta. Nie zachowywali się ani trochę poważnie, ani trochę z godnością. Nie jak poważni ludzie, nie jak elita. Z dużym prawdopodobieństwem łatwiej byłoby mu wyjaśnić to, że wczorajszego poranka bez zawahania złamali półtoraroczny dystans, nie potrzebując zbyt wielu słów, aby iść ze sobą do łóżka. Aniżeli to, co działo się w tym momencie.
Dosłownie w ostatniej chwili udało mu się przesunąć nogę, za którą dziewczyna usiłowała go złapać. Co prawda nie zrobił tego specjalnie. Po prostu trochę rozjechały mu się nogi, gdy próbował podciągnąć się na cztery, ale liczył się efekt końcowy, prawda?
A był taki, że go do siebie nie przyciągnęła. I tak - był na tyle rozkojarzony, że niemal zaczął już triumfować. Znowu na ułamek sekundy pozwolił sobie na to, żeby się rozkojarzony a wtedy...
...wtedy to się stało. Wlazła mu na nogę, łapiąc się go jak konia czy jednego z tych zaczarowanych wypchanych byków. No cóż. Skoro tak, musiała mieć świadomość, że rzeczywiście potrafił być turem. Nie zamierzał dać jej usiedzieć na jego łydce ani tym bardziej przesunąć się wyżej, żeby opleść go udami.
Nie to, żeby nie chciał się pomiędzy nimi znaleźć, ale to w dalszym ciągu była kwestia honoru.
Więc zaczął się szamotać. Wierzgać jak dzikie zwierzę, usiłując ją zrzucić na poduszkę i wtedy zaangażować wszelkie siły w to, aby rzucić się na czterech za fotel, którego w dalszym ciągu potrzebował, aby wstać. Tu nic się nie zmieniło.
AF (III) - na zrzucenie Geraldine z nogi.
Rzut Z 1d100 - 59
Sukces!
Sukces!
AF (III) - jeśli się powiodło to na dopadnięcie do fotela i wstanie.
Rzut Z 1d100 - 56
Sukces!
Sukces!
Because no matter how long the night
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down