27.01.2023, 21:06 ✶
Napierający na siebie ludzie przypominali Fergusowi nieco tłumy na koncertach, próbujące przepchać się pod scenę, by znaleźć się jak najbliżej ulubionego zespołu. Tyle że tutaj nie było określonego punktu, do którego wszyscy by dążyli, a hałas nie pochodził z jednego miejsca, a zewsząd wokół. I nawet jeśli miał jakieś doświadczenie w popychaniu i przeciskaniu się między ściskającymi się nawzajem czarodziejami, to jednak w przypadku wydarzeń muzycznych nikt nie groził mu śmiercią, stałym uszczerbkiem na zdrowiu, czy podpaleniem włosów. No dobra, kiedy zapalniczki lub różdżki szły w ruch, wtedy może i istniało takie ryzyko. Ale żeby od razu pochodnie?
W uszach dzwoniło mu, jakby coś niedaleko wybuchło i może rzeczywiście nawet tak było. Nie potrafił ogarnąć tego zamieszania, działając zupełnie automatycznie. Planował dopchać się do swojego sklepu i dopilnować, by Lestrange znalazł się tam razem z nim. Bezpieczni na tyle, na ile mogli. Skoro William w jakiś sposób ocalił go przed znalezieniem się w środku groźnej i wyjątkowo bezmyślnej walki, musiał się mu w jakiś sposób odwdzięczyć i przynajmniej pozwolić przeczekać to zamieszanie w spokojniejszym miejscu niż samo epicentrum prostestu, który zamienił się w… brzydko mówiąc… napierdalankę.
Nawet nie chciał się zastanawiać, ile zdobył siniaków podczas tego krótkiego wyjścia. A wszystko to za sprawą uderzeń łokci, kolan i barków najróżniejszych osób. Potknął się o coś, co mogło być jednym z nieprzytomnych ciał, ale obawiał się spojrzeć w dół, więc przytrzymał się po prostu jednej z witryn, próbując przy tym zneutralizować nieprzyjemne uczucie żołądka podchodzącego mu do gardła. Nie wypadało po nikim deptać, ale nie dostał żadnego wyboru w sytuacji, w jakiej obaj się znaleźli. Jeśli zbyt mocno skupiałby się na innych, sam zaraz stałby się jednym z poszkodowanych.
Znalazł Williama wzrokiem w chwili, gdy ten wyciągał przed siebie różdżkę, gotowy odepchnąć ludzi odcinających mu drogę. I już miał mu pomóc, ale nie zdążył, bo poczuł uderzenie, którego siła wepchnęła go do sklepu. Coś ciężkiego przyparło go do podłogi, sprawiając, że jego twarz doznała bliskiego spotkania z zakurzonymi deskami. Aż mu na moment zaparło dech w piersi i nie mógł się poruszyć do momentu, aż usłyszał bardzo głośny krzyk Williama. Tak, jakby mężczyzna nie ogarnął, że znaleźli się w pomieszczeniu, a cała sceneria walk rozgrywała się za witrynową szybą.
- W porządku – powiedział, przewracając się na plecy i oddychając ciężko po całym wysiłku włożonym w przedostanie się do sklepu, a tym bardziej po upadku, przez który wciąż bolało go ramię. – Co to było za zaklęcie? – zapytał zdziwiony, zdając sobie sprawę, że rykoszet był na tyle silny, że musiało też odepchnąć wszystkich ludzi znajdujących się w promieniu metra od nich.
Kręciło go w nosie od kurzu, wciąż miał wrażenie, że szumiało mu w uszach po tych wszystkich wybuchach, a na dodatek adrenalina krążyła w żyłach, tworząc uczucie niepokoju i gotowości do dalszej walki o przetrwanie. Przesunął się na podłodze, kopiąc drzwi, by zatrzasnęły się z głośnym hukiem. Zahaczyły przy okazji o dzwonek, sprawiając, że rozbrzęczał się jak opętany, nie mogąc powrócić do stanu bezruchu.
- Czy tylko ja mam takie wrażenie, czy kogoś zdrowo pojebało z tym protestem? – zapytał, obracając głowę, by spojrzeć na leżącego obok niego Lestrange’a. Sądząc po tym, że nikt nie wpadł tu z krzykiem z zaplecza, jego ojciec musiał się teleportować do domu, nim marsz zaczął się na dobre. Lepiej dla niego, bo uniknął niepotrzebnego stresu, a i Fergus dzięki temu miał chwilę spokoju bez zbędnych uwag na temat tego, że nie powinien był w ogóle wychodzić. – Żyjesz? – dopytał jeszcze dla pewności, widząc panikę w oczach Williama.
W uszach dzwoniło mu, jakby coś niedaleko wybuchło i może rzeczywiście nawet tak było. Nie potrafił ogarnąć tego zamieszania, działając zupełnie automatycznie. Planował dopchać się do swojego sklepu i dopilnować, by Lestrange znalazł się tam razem z nim. Bezpieczni na tyle, na ile mogli. Skoro William w jakiś sposób ocalił go przed znalezieniem się w środku groźnej i wyjątkowo bezmyślnej walki, musiał się mu w jakiś sposób odwdzięczyć i przynajmniej pozwolić przeczekać to zamieszanie w spokojniejszym miejscu niż samo epicentrum prostestu, który zamienił się w… brzydko mówiąc… napierdalankę.
Nawet nie chciał się zastanawiać, ile zdobył siniaków podczas tego krótkiego wyjścia. A wszystko to za sprawą uderzeń łokci, kolan i barków najróżniejszych osób. Potknął się o coś, co mogło być jednym z nieprzytomnych ciał, ale obawiał się spojrzeć w dół, więc przytrzymał się po prostu jednej z witryn, próbując przy tym zneutralizować nieprzyjemne uczucie żołądka podchodzącego mu do gardła. Nie wypadało po nikim deptać, ale nie dostał żadnego wyboru w sytuacji, w jakiej obaj się znaleźli. Jeśli zbyt mocno skupiałby się na innych, sam zaraz stałby się jednym z poszkodowanych.
Znalazł Williama wzrokiem w chwili, gdy ten wyciągał przed siebie różdżkę, gotowy odepchnąć ludzi odcinających mu drogę. I już miał mu pomóc, ale nie zdążył, bo poczuł uderzenie, którego siła wepchnęła go do sklepu. Coś ciężkiego przyparło go do podłogi, sprawiając, że jego twarz doznała bliskiego spotkania z zakurzonymi deskami. Aż mu na moment zaparło dech w piersi i nie mógł się poruszyć do momentu, aż usłyszał bardzo głośny krzyk Williama. Tak, jakby mężczyzna nie ogarnął, że znaleźli się w pomieszczeniu, a cała sceneria walk rozgrywała się za witrynową szybą.
- W porządku – powiedział, przewracając się na plecy i oddychając ciężko po całym wysiłku włożonym w przedostanie się do sklepu, a tym bardziej po upadku, przez który wciąż bolało go ramię. – Co to było za zaklęcie? – zapytał zdziwiony, zdając sobie sprawę, że rykoszet był na tyle silny, że musiało też odepchnąć wszystkich ludzi znajdujących się w promieniu metra od nich.
Kręciło go w nosie od kurzu, wciąż miał wrażenie, że szumiało mu w uszach po tych wszystkich wybuchach, a na dodatek adrenalina krążyła w żyłach, tworząc uczucie niepokoju i gotowości do dalszej walki o przetrwanie. Przesunął się na podłodze, kopiąc drzwi, by zatrzasnęły się z głośnym hukiem. Zahaczyły przy okazji o dzwonek, sprawiając, że rozbrzęczał się jak opętany, nie mogąc powrócić do stanu bezruchu.
- Czy tylko ja mam takie wrażenie, czy kogoś zdrowo pojebało z tym protestem? – zapytał, obracając głowę, by spojrzeć na leżącego obok niego Lestrange’a. Sądząc po tym, że nikt nie wpadł tu z krzykiem z zaplecza, jego ojciec musiał się teleportować do domu, nim marsz zaczął się na dobre. Lepiej dla niego, bo uniknął niepotrzebnego stresu, a i Fergus dzięki temu miał chwilę spokoju bez zbędnych uwag na temat tego, że nie powinien był w ogóle wychodzić. – Żyjesz? – dopytał jeszcze dla pewności, widząc panikę w oczach Williama.