Nawet nie myślała, by mogło to być poza jego zasięgiem i absolutnie tego nie sugerowała. Wręcz przeciwnie: uważała, że zapewne bardzo dobrze się w nią wtapia, pasował tam jak księżyc pasował do nocnego nieba. Podejrzewała, że być może nawet potrzebował tego, by nie stracić poczucia czasu, albo że czasami trudno mu uciąć myśli zawracające ku przeszłości, a takie spotkania były dla niego jak kotwica. Takie spotkanie jak to teraz – rozmowa z kimś mniej upartym i opryskliwym niż wiecznie niezadowolony Sauriel. Ale czy można się było mu dziwić? Zabrano jego życie, jego słońce, jego marzenia i kazano się dostosować do ciemności.
Po co była Victoria Rookwoodom było myślą, która bardzo długo nie dawała jej spokoju już od dawna. Odkąd dowiedziała się, że Sauriel jest wampirem. Do teraz jednak była to dla niej tajemnica, teraz już zresztą mało ważna, skoro zaręczyny zostały zerwane i wszelkie biznesy i układy poszły w piach.
– A jednak nawet wśród młodego pokolenia nie brakuje tych, którzy z chęcią sięgają do starych obyczajów, czerpiąc z historii i odkrywając je na nowo – wszak historia nie tylko lubiła się powtarzać, a cyklicznie miało to miejsce. Stare tradycje, pozornie zapomniane, znowu stawały się modne i wchodziły do mainstreamu, zastępując obecne, i tak dalej. Victoria kontynuowała, rozwijając swoją myśl, którą Joseph tak zręcznie złapał, najwyraźniej chcąc się dowiedzieć, co kryje się za jej słowami.
– Mam wrażenie, że mało jest rzeczy, które by ich wystraszyły. Dla niektórych znaki ostrzegawcze są najwyraźniej skryte pod peleryną niewidką – czy mówiła z własnego doświadczenia…? Być może trochę. Czuła jednak, że chociażby fenomenem Zimnych interesowali się różni ludzie, którzy niekoniecznie bawili się w jakieś środki ostrożności. Zastanawiała się też ilu już pracowników Departamentu Tajemnic próbowało odtworzyć to, co zrobili na Beltane. Zakładała, że kilku i to z marnym skutkiem. – Niektórzy dla rozwikłania zagadki są w stanie zaprzedać własną duszę – a jak było z tobą, Victorio? Wierzyła, że miała jakieś hamulce, że były granice, których by nie przekroczyła. To była teoria. W praktyce… dowiedziałaby się dopiero stojąc przed taką granicą. Prawdą jednak było, że umknęła, dość nieświadomie, przed rosnącym niebezpieczeństwem Doliny, choć to wcale nie przynosiło jej spokoju serca. W końcu w Dolinie Godryka nadal miała rodzinę, rodziców, siostry… Przyjaciół. – Zdarzyło – uśmiechnęła się lekko do własnych myśli. Zdarzyło i to wcale nie tak dawno temu. A potem uniosła wyżej obie brwi, w zaskoczeniu. Joseph dedukował i bardzo celnie strzelał, czy doskonale wiedział? Nie znała na to odpowiedzi, przez co poczuła pewien niepokój. Ile Joseph o niej wiedział? Ile dowiedział się od Sauriela, ile z gazet, a ile… od jeszcze kogoś innego?
Victoria, oczywiście, w lustro spoglądała. Niestety, ale często widziała swoje podkrążone w zmęczeniu oczy, widziała też dużo niepokoju, a ostatnio – smutku. Te uczucia nie miały nic wspólnego z przeprowadzką. Sama jednak rzeczywiście dobrze na nią wpłynęła, chociaż… Uważała, że to nie do końca to. Ten rozkwit, jak to ujął. Uznała, że nie będzie palić głupa i obrażać jego inteligencję, nie zaczęła więc udawać, że nie wie, o czym mówi. – Myślę, że to nie jest kwestia samej przeprowadzki – przyznała więc, potwierdzając fakt zmiany adresu. – A kotów – w końcu adoptowała dwa i to w niedługim czasie. I była całkiem pewna, że to, że sobie radziła, to zasługa tych dwóch mruczków i zajęcia myśli eliksirami. I fakt, że nadal rozmawiała z Saurielem. – Miesiąc temu przygarnęłam jednego, niedługo później drugiego. Bardzo mi… poprawiają humor – spłyciła to, ale taka była prawda: rozświetlały jej czarne dni. One i to, co ze sobą przyniosły, czyli obecność pewnego marudnego wampira.