15.01.2025, 20:20 ✶
Nawet nie syknął, gdy wbiła mu paznokcie w ramię. Być może to był wynik alkoholu, możliwe, że to adrenalina zrobiła swoje. Tak czy siak niemal tego nie poczuł, posyłając dziewczynie harde spojrzenie spod potarganych włosów. Teraz pozlepianych w mocno lokowaną, niemal baranią (a niby był osłem) grzywkę na czole.
Nie przejmował się dokonanymi zniszczeniami. Nie zamierzał dawać po sobie poznać niczego, co teraz odczuwał w związku ze sposobem, w jaki przygwoździła go do ziemi albo sam wcześniej wywalił się na dywan. Teraz walczył. Nie planował mieć jabłka na głowie. Ani dziś, ani nigdy.
- Kiedy mówiłem - wydyszał, usiłując podnieść prawą rękę z podłogi, mimo ciążącego na niej żelaznego uścisku Geraldine - że to byłaby dobra śmierć - sapnął ciężko, próbując zmobilizować wszystkie mięśnie, żeby wymknąć się jej palcom zaciśniętym wokół jego nadgarstka - nie miałem na myśli tego - z dużym prawdopodobieństwem zdawała sobie sprawę z jego ówczesnej logiki, po prostu obecnie miała to gdzieś, coraz mocniej ściskając go swoimi ciepłymi, kształtnymi udami, o których nacisk normalnie nie byłby ani trochę zły, ale teraz po prostu musiał mieć ostatnie słowo.
Potrzebował koniecznie podkreślić, że choć uda zdecydowanie w dalszym ciągu były jedną z ulubionych części ciała Yaxleyówny, które miał okazję podziwiać i doceniać, to dopóki siedziała mu na klatce piersiowej, nie na twarzy...
...no cóż, był niespecjalnie przekonany co do tego, że warto było odejść w ten sposób. A zdecydowanie czuł siłę, z jaką usiłowała go przy tym przycisnąć do podłogi. Cokolwiek robiła przez ostatnie półtora roku, jej mięśnie były jeszcze bardziej twarde i wyćwiczone. Zdecydowanie nie próżnowała podczas treningów. Zresztą pewnie miała na nie całkiem dużo czasu.
Wiedział to przecież po sobie. Sam starał się jakoś zabijać cały ten czas wolny, jaki wcześniej przeznaczał na bycie dobrym chłopakiem. Teraz już praktycznie nie gotował, bo nie czuł takiej potrzeby, skoro skrzaty mogły go wyręczyć. Nie sprzątał - ponownie robiły to skrzaty. Tylko okazjonalnie musiał wykorzystywać przymusowe dni urlopu w pracy, więc wtedy raczej zajmował się czysto fizycznymi czynnościami.
Ogrodem, szklarniami, może nie naprawami tak jak to miało miejsce w Whitby, gdzie zawsze się coś psuło. A jednak w ostatecznym bilansie nawet przemieszczanie się z miejsca na miejsce podczas załatwiania interesów na Nokturnie czy Ścieżkach sprawiało, że był chyba w najlepszej formie od lat. W lepszej był tylko w czasach szkolnych, gdy grał w drużynie quidditcha.
Nie powinna go bagatelizować. Nawet teraz, gdy znalazła się na górze i uniemożliwiła mu te łaskotki, które miał dla niej zaplanowane, nie powiedział jeszcze ostatniego słowa. Nie zwyciężyła. No chyba po jego trupie. Zimnym i sztywnym. A teraz był raczej rozgrzany i wyjątkowo giętki przez ilości alkoholu, które wypił.
- Chyba śnisz - syknął, wypuszczając powietrze z ust i starając się jak najbardziej wypchnąć je przy tym z płuc, żeby mocniej wciskać plecy w podłogę.
Nie, ni chuja nie zamierzał uznać tego zwycięstwa. Nie zamierzał zacząć walić ręką w metaforyczną matę (a faktyczny dywan), ani przez chwilę nie planując tak tego skończyć. Jeśli była w stanie tak szybko uznać swoje zwycięstwo to tym bardziej zamierzał pokazać jej jak grubo i srogo się myliła.
Na wydechu wcisnął się w podłogę, aby bez ostrzeżenia znowu wziąć głęboki oddech, angażując wszystkie mięśnie ciała, żeby jednocześnie spróbować poderwać się z ugiętych kolan do czegoś na kształt ułomnego, raczej niestabilnego mostka z dziewczyną w dalszym ciągu siedzącą mu na torsie.
Nie sądził, żeby była w stanie się tego spodziewać. Nigdy zresztą nie miał okazji wozić jej na sobie na odwróconego konika. Mógłby mrugnąć do niej okiem, przypominając, że woleli bawić się jak inne zwierzątka, ale w tym momencie zdecydowanie zbyt mocno skupił się na próbie wypchnięcia jej w górę. Może i trzymała go za rękę, ale nie miała dodatkowych chwytników w kolanach, nie?
Jeśli powiodło mu się uniesienie jej w górę i nie wyjebali się przy tym ponownie na podłogę, spróbował zepchnąć ją z siebie miotaniem się na boki.
Jeśli zaś ponownie uderzyli o ziemię, usiłował skorzystać z impaktu, ignorując gwiazdki, które zapewne pojawiły mu się przed oczami. To mógł być jego jedyny moment zaskoczenia, więc wtedy też spróbował wywalić się z nią na prawy bok, korzystając z tego, że trzymała go tylko za tę jedną rękę.
AF (III) - mostek i zwalenie Geraldine
AF (III) - jeśli nie, to skorzystanie z impaktu upadku/momentu zaskoczenia i wywalenie się z nią na prawy bok
Nie przejmował się dokonanymi zniszczeniami. Nie zamierzał dawać po sobie poznać niczego, co teraz odczuwał w związku ze sposobem, w jaki przygwoździła go do ziemi albo sam wcześniej wywalił się na dywan. Teraz walczył. Nie planował mieć jabłka na głowie. Ani dziś, ani nigdy.
- Kiedy mówiłem - wydyszał, usiłując podnieść prawą rękę z podłogi, mimo ciążącego na niej żelaznego uścisku Geraldine - że to byłaby dobra śmierć - sapnął ciężko, próbując zmobilizować wszystkie mięśnie, żeby wymknąć się jej palcom zaciśniętym wokół jego nadgarstka - nie miałem na myśli tego - z dużym prawdopodobieństwem zdawała sobie sprawę z jego ówczesnej logiki, po prostu obecnie miała to gdzieś, coraz mocniej ściskając go swoimi ciepłymi, kształtnymi udami, o których nacisk normalnie nie byłby ani trochę zły, ale teraz po prostu musiał mieć ostatnie słowo.
Potrzebował koniecznie podkreślić, że choć uda zdecydowanie w dalszym ciągu były jedną z ulubionych części ciała Yaxleyówny, które miał okazję podziwiać i doceniać, to dopóki siedziała mu na klatce piersiowej, nie na twarzy...
...no cóż, był niespecjalnie przekonany co do tego, że warto było odejść w ten sposób. A zdecydowanie czuł siłę, z jaką usiłowała go przy tym przycisnąć do podłogi. Cokolwiek robiła przez ostatnie półtora roku, jej mięśnie były jeszcze bardziej twarde i wyćwiczone. Zdecydowanie nie próżnowała podczas treningów. Zresztą pewnie miała na nie całkiem dużo czasu.
Wiedział to przecież po sobie. Sam starał się jakoś zabijać cały ten czas wolny, jaki wcześniej przeznaczał na bycie dobrym chłopakiem. Teraz już praktycznie nie gotował, bo nie czuł takiej potrzeby, skoro skrzaty mogły go wyręczyć. Nie sprzątał - ponownie robiły to skrzaty. Tylko okazjonalnie musiał wykorzystywać przymusowe dni urlopu w pracy, więc wtedy raczej zajmował się czysto fizycznymi czynnościami.
Ogrodem, szklarniami, może nie naprawami tak jak to miało miejsce w Whitby, gdzie zawsze się coś psuło. A jednak w ostatecznym bilansie nawet przemieszczanie się z miejsca na miejsce podczas załatwiania interesów na Nokturnie czy Ścieżkach sprawiało, że był chyba w najlepszej formie od lat. W lepszej był tylko w czasach szkolnych, gdy grał w drużynie quidditcha.
Nie powinna go bagatelizować. Nawet teraz, gdy znalazła się na górze i uniemożliwiła mu te łaskotki, które miał dla niej zaplanowane, nie powiedział jeszcze ostatniego słowa. Nie zwyciężyła. No chyba po jego trupie. Zimnym i sztywnym. A teraz był raczej rozgrzany i wyjątkowo giętki przez ilości alkoholu, które wypił.
- Chyba śnisz - syknął, wypuszczając powietrze z ust i starając się jak najbardziej wypchnąć je przy tym z płuc, żeby mocniej wciskać plecy w podłogę.
Nie, ni chuja nie zamierzał uznać tego zwycięstwa. Nie zamierzał zacząć walić ręką w metaforyczną matę (a faktyczny dywan), ani przez chwilę nie planując tak tego skończyć. Jeśli była w stanie tak szybko uznać swoje zwycięstwo to tym bardziej zamierzał pokazać jej jak grubo i srogo się myliła.
Na wydechu wcisnął się w podłogę, aby bez ostrzeżenia znowu wziąć głęboki oddech, angażując wszystkie mięśnie ciała, żeby jednocześnie spróbować poderwać się z ugiętych kolan do czegoś na kształt ułomnego, raczej niestabilnego mostka z dziewczyną w dalszym ciągu siedzącą mu na torsie.
Nie sądził, żeby była w stanie się tego spodziewać. Nigdy zresztą nie miał okazji wozić jej na sobie na odwróconego konika. Mógłby mrugnąć do niej okiem, przypominając, że woleli bawić się jak inne zwierzątka, ale w tym momencie zdecydowanie zbyt mocno skupił się na próbie wypchnięcia jej w górę. Może i trzymała go za rękę, ale nie miała dodatkowych chwytników w kolanach, nie?
Jeśli powiodło mu się uniesienie jej w górę i nie wyjebali się przy tym ponownie na podłogę, spróbował zepchnąć ją z siebie miotaniem się na boki.
Jeśli zaś ponownie uderzyli o ziemię, usiłował skorzystać z impaktu, ignorując gwiazdki, które zapewne pojawiły mu się przed oczami. To mógł być jego jedyny moment zaskoczenia, więc wtedy też spróbował wywalić się z nią na prawy bok, korzystając z tego, że trzymała go tylko za tę jedną rękę.
AF (III) - mostek i zwalenie Geraldine
Rzut Z 1d100 - 27
Akcja nieudana
Akcja nieudana
AF (III) - jeśli nie, to skorzystanie z impaktu upadku/momentu zaskoczenia i wywalenie się z nią na prawy bok
Rzut Z 1d100 - 93
Sukces!
Sukces!
Because no matter how long the night
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down