15.01.2025, 21:50 ✶
Nie pamiętał, kiedy ostatnio aż tak bardzo dali ponieść się szaleństwu chwili. Nie w tym samym sensie, w którym robili to przez ostatnie dwa razy zanim udali się wspólnie na akcję prowadzącą ich do tu i teraz. Nie w ten sposób prowadzący ich do rzucania ostrych i nieprzemyślanych słów.
Teraz zachowywali się nieodpowiedzialnie, ale radośnie. W tym sensie, w którym przez lata pozwalali sobie na coś, co w teorii nie powinno wypadać ludziom ich pokroju. Na to, by zachowywać się jeszcze mniej dojrzale. Jeszcze bardziej niekonwencjonalnie i impulsywnie.
Ale to było ich. Kiedy na zewnątrz wszystko zaczynało się walić, zawsze mieli swój dom. Od tamtego pamiętnego początku lata, gdy wszystko zaczęło tak bardzo do siebie pasować, nie musieli rozmawiać o tym, czego pragnęli i potrzebowali. Sam nie pamiętał, kiedy tak właściwie po raz pierwszy pozwolił sobie przy niej na ten rodzaj swobody.
Czy ona zrobiła to pierwsza, czy może jednak on tak bardzo spuścił z tonu, że postanowił zaryzykować wygłupienie się w jej oczach. To nie było istotne. Rozumieli się. Znali swoje potrzeby, potrafili dać się tak po prostu bezmyślnie ponieść tym pragnieniom. Częstokroć znacznie bardziej fizycznym, dużo mniej niewinnym.
Teraz? Mimo jej ud zaciśniętych wokół jego ciała, jeszcze nie poddał się pożądaniu. Nie dał się skusić jej długiej, wygiętej szyi i rumianym policzkom. Omijał wzrokiem zaczerwieniony, wilgotny od potu dekolt i rozwiane włosy wypadające z jasnego kucyka. Nie pozwalał sobie na to, by za długo patrzeć w te błyszczące niebieskie oczy.
Bo by przepadł. Doskonale wiedział, że miałaby go tu i teraz. Dokładnie w tej chwili, gdyby tylko choć o sekundę zbyt długo zawiesił spojrzenie na skrawku jej odsłoniętej skóry. Już teraz czuł ten znajomy zapach, już teraz mógłby złapać ją w dużo bardziej niepoprawny sposób.
Od dawna nie byli ze sobą tak blisko. Nie zachowywali się nie tyle jak ludzie spragnieni swojego dotyku, co jak przyjaciele. Ci, którzy potrafili w jednej sekundzie docinać sobie nawzajem, rywalizować w tych wszystkich głupotach tylko po to, by w kolejnej mimo wszystko wciąż patrzeć na siebie z czułością.
Nawet, gdy próbował ją z siebie zrzucić, robiąc te wszystkie niezbyt skoordynowane, dosyć pokraczne figury, wciąż starał się wycelować w taki sposób, aby opadła na płaską (bo tylko w połowie wypełnioną piórami) poduszkę. Ona zaś dalej była w stanie posłać mu te przepraszające spojrzenie, jednocześnie próbując zadusić go udami.
- Powinienem, ale nie muszę - sapnął, jednocześnie próbując wymanewrować się z jej uścisku. - A wiesz czemu? - Oczywiście, że potrzebował zadać to pytanie, nawet nie czekając na odpowiedź. - Bo ja nic kurwa nie muszę. Poddać się też nie - chuja zatem miała a nie wygrać.
Patrzył na nią zmrużonymi oczami, usiłując skondensować dwie Geraldine w jedną, choć teraz przynajmniej nie musiał już domyślać się, która jest prawdziwa. Kiedy siedziała mu na piersi, zdecydowanie wyczuwał jej obecność. Mógł złapać ją za kolana, poczuć pod palcami mięśnie długich nóg, które tym razem wykorzystywała po to, aby nie dać mu spierdolić tam, gdzie pieprz rośnie.
Był zarumieniony i zdyszany. Kropelki potu skrzyły się na jego skórze w smudze światła padającej przez okno do salonu. Wszędzie dookoła nich fruwały tumany kurzu, który poruszyli swą gonitwą po domu. Jeśli była tu jeszcze jakaś powierzchnia, na której w dalszym ciągu znajdowała się jego warstwa, to zapewne wkrótce mieli znaleźć i zetrzeć także ją. Bowiem Ambroise wcale nie zamierzał odpuścić.
Tamta zniewaga wymagała tego, by się teraz nie poddał. Nie mogła bezkarnie nazywać go słowem na T i oczekiwać, że tak łatwo jej to teraz odpuści. W żadnym razie. Zresztą, gdyby się tak zastanowić to właśnie w tej chwili robili jedną z rzeczy, jakie mieli w planach. Mimowolnie sprzątali Piaskownicę.
Weryfikowali wytrzymałość kolejnych mebli i położenie przedmiotów. To czy stały we właściwym miejscu. Wycierali ubraniami podłogę do czysta, zbierając też wszelkie możliwe kłaczki z dywanu w jedną linię pod plecami Greengrassa. Pozbywali się popsutych poduszek, nawet jeśli to oznaczało, że później mieli sprzątać pierze. To, które unosiło się i opadało w rytm ich szamotaniny.
- Tylko we śnie? To mi urąga - oczywiście, że miał mieć co najmniej tyle samo słów odpowiedzi na to, co docierało do niego z ust dziewczyny.
Nawet wtedy, kiedy jednocześnie starał się zmobilizować wszystkie swoje siły do tego mostka-nie-mostka czy czymże to było. Z pewnością czymś. Czymś, co za chuja mu nie wyszło, bo gdzieś po drodze poplątał się o własne nogi, tracąc równowagę i dosyć mocno uderzając plecami o ziemię. Sapnął głośno, mimo to próbując przewrócić się na bok. Zwalić ją z siebie, wygrać, bo przecież przegrana nie wchodziła w grę.
Nie znosił przegrywać. Nie w dziedzinach, w których uważał się za specjalistę. W końcu nie pierwszy raz tarzał się z kimś po ziemi. Za to zdecydowanie po raz pierwszy robił to tak intensywnie ze swoją dziewczyną, nie próbując doprowadzić przy tym do niczego innego niż tylko wyswobodzenia się z jej coraz bardziej intensywnego uścisku.
Nie chciał przyznać, że złapała go w potrzask. Że jej noga zdecydowanie zbyt mocno owinęła się wokół niego, że nie był w stanie wyślizgnąć się z tego chwytu, szczególnie gdy dołożyła do niego swoją rękę. Wyciągnęła lewe ramię, by założyć mu chwyt. Nie miał możliwości poruszenia prawą dłonią, bo w dalszym ciągu mu ją blokowała. Lewa też przestała wchodzić w grę, więc w teorii powinien być w impasie, prawda?
Normalnie pewnie nie wiedziałby, co zrobić. A jednak w tej chwili był pijany. Na tyle pijany, aby nie do końca panować nad swoimi instynktami. Jasne, nie chciał jej zrobić krzywdy. W żadnym momencie by tego nie zrobił, ale przecież nie mógł przegrać, prawda?
Spróbował więc kolejny raz przewrócić ich tak, by znalazł się na niej. Już leżeli obok siebie na bokach, owinięci wokół siebie, więc mógł spróbować zachować się jak żuk. Przetoczyć się z nią, korzystając z jej owiniętych wokół niego ramion i braku podparcia z tyłu. Przyprzeć ją do ziemi. Jeśli to się jednak nie udało, trzykrotnie uderzył nogą o ziemię, sygnalizując poddanie walki.
AF (III) - przetaczamy się? tylko w przypadku 100 na kościach, ech
Teraz zachowywali się nieodpowiedzialnie, ale radośnie. W tym sensie, w którym przez lata pozwalali sobie na coś, co w teorii nie powinno wypadać ludziom ich pokroju. Na to, by zachowywać się jeszcze mniej dojrzale. Jeszcze bardziej niekonwencjonalnie i impulsywnie.
Ale to było ich. Kiedy na zewnątrz wszystko zaczynało się walić, zawsze mieli swój dom. Od tamtego pamiętnego początku lata, gdy wszystko zaczęło tak bardzo do siebie pasować, nie musieli rozmawiać o tym, czego pragnęli i potrzebowali. Sam nie pamiętał, kiedy tak właściwie po raz pierwszy pozwolił sobie przy niej na ten rodzaj swobody.
Czy ona zrobiła to pierwsza, czy może jednak on tak bardzo spuścił z tonu, że postanowił zaryzykować wygłupienie się w jej oczach. To nie było istotne. Rozumieli się. Znali swoje potrzeby, potrafili dać się tak po prostu bezmyślnie ponieść tym pragnieniom. Częstokroć znacznie bardziej fizycznym, dużo mniej niewinnym.
Teraz? Mimo jej ud zaciśniętych wokół jego ciała, jeszcze nie poddał się pożądaniu. Nie dał się skusić jej długiej, wygiętej szyi i rumianym policzkom. Omijał wzrokiem zaczerwieniony, wilgotny od potu dekolt i rozwiane włosy wypadające z jasnego kucyka. Nie pozwalał sobie na to, by za długo patrzeć w te błyszczące niebieskie oczy.
Bo by przepadł. Doskonale wiedział, że miałaby go tu i teraz. Dokładnie w tej chwili, gdyby tylko choć o sekundę zbyt długo zawiesił spojrzenie na skrawku jej odsłoniętej skóry. Już teraz czuł ten znajomy zapach, już teraz mógłby złapać ją w dużo bardziej niepoprawny sposób.
Od dawna nie byli ze sobą tak blisko. Nie zachowywali się nie tyle jak ludzie spragnieni swojego dotyku, co jak przyjaciele. Ci, którzy potrafili w jednej sekundzie docinać sobie nawzajem, rywalizować w tych wszystkich głupotach tylko po to, by w kolejnej mimo wszystko wciąż patrzeć na siebie z czułością.
Nawet, gdy próbował ją z siebie zrzucić, robiąc te wszystkie niezbyt skoordynowane, dosyć pokraczne figury, wciąż starał się wycelować w taki sposób, aby opadła na płaską (bo tylko w połowie wypełnioną piórami) poduszkę. Ona zaś dalej była w stanie posłać mu te przepraszające spojrzenie, jednocześnie próbując zadusić go udami.
- Powinienem, ale nie muszę - sapnął, jednocześnie próbując wymanewrować się z jej uścisku. - A wiesz czemu? - Oczywiście, że potrzebował zadać to pytanie, nawet nie czekając na odpowiedź. - Bo ja nic kurwa nie muszę. Poddać się też nie - chuja zatem miała a nie wygrać.
Patrzył na nią zmrużonymi oczami, usiłując skondensować dwie Geraldine w jedną, choć teraz przynajmniej nie musiał już domyślać się, która jest prawdziwa. Kiedy siedziała mu na piersi, zdecydowanie wyczuwał jej obecność. Mógł złapać ją za kolana, poczuć pod palcami mięśnie długich nóg, które tym razem wykorzystywała po to, aby nie dać mu spierdolić tam, gdzie pieprz rośnie.
Był zarumieniony i zdyszany. Kropelki potu skrzyły się na jego skórze w smudze światła padającej przez okno do salonu. Wszędzie dookoła nich fruwały tumany kurzu, który poruszyli swą gonitwą po domu. Jeśli była tu jeszcze jakaś powierzchnia, na której w dalszym ciągu znajdowała się jego warstwa, to zapewne wkrótce mieli znaleźć i zetrzeć także ją. Bowiem Ambroise wcale nie zamierzał odpuścić.
Tamta zniewaga wymagała tego, by się teraz nie poddał. Nie mogła bezkarnie nazywać go słowem na T i oczekiwać, że tak łatwo jej to teraz odpuści. W żadnym razie. Zresztą, gdyby się tak zastanowić to właśnie w tej chwili robili jedną z rzeczy, jakie mieli w planach. Mimowolnie sprzątali Piaskownicę.
Weryfikowali wytrzymałość kolejnych mebli i położenie przedmiotów. To czy stały we właściwym miejscu. Wycierali ubraniami podłogę do czysta, zbierając też wszelkie możliwe kłaczki z dywanu w jedną linię pod plecami Greengrassa. Pozbywali się popsutych poduszek, nawet jeśli to oznaczało, że później mieli sprzątać pierze. To, które unosiło się i opadało w rytm ich szamotaniny.
- Tylko we śnie? To mi urąga - oczywiście, że miał mieć co najmniej tyle samo słów odpowiedzi na to, co docierało do niego z ust dziewczyny.
Nawet wtedy, kiedy jednocześnie starał się zmobilizować wszystkie swoje siły do tego mostka-nie-mostka czy czymże to było. Z pewnością czymś. Czymś, co za chuja mu nie wyszło, bo gdzieś po drodze poplątał się o własne nogi, tracąc równowagę i dosyć mocno uderzając plecami o ziemię. Sapnął głośno, mimo to próbując przewrócić się na bok. Zwalić ją z siebie, wygrać, bo przecież przegrana nie wchodziła w grę.
Nie znosił przegrywać. Nie w dziedzinach, w których uważał się za specjalistę. W końcu nie pierwszy raz tarzał się z kimś po ziemi. Za to zdecydowanie po raz pierwszy robił to tak intensywnie ze swoją dziewczyną, nie próbując doprowadzić przy tym do niczego innego niż tylko wyswobodzenia się z jej coraz bardziej intensywnego uścisku.
Nie chciał przyznać, że złapała go w potrzask. Że jej noga zdecydowanie zbyt mocno owinęła się wokół niego, że nie był w stanie wyślizgnąć się z tego chwytu, szczególnie gdy dołożyła do niego swoją rękę. Wyciągnęła lewe ramię, by założyć mu chwyt. Nie miał możliwości poruszenia prawą dłonią, bo w dalszym ciągu mu ją blokowała. Lewa też przestała wchodzić w grę, więc w teorii powinien być w impasie, prawda?
Normalnie pewnie nie wiedziałby, co zrobić. A jednak w tej chwili był pijany. Na tyle pijany, aby nie do końca panować nad swoimi instynktami. Jasne, nie chciał jej zrobić krzywdy. W żadnym momencie by tego nie zrobił, ale przecież nie mógł przegrać, prawda?
Spróbował więc kolejny raz przewrócić ich tak, by znalazł się na niej. Już leżeli obok siebie na bokach, owinięci wokół siebie, więc mógł spróbować zachować się jak żuk. Przetoczyć się z nią, korzystając z jej owiniętych wokół niego ramion i braku podparcia z tyłu. Przyprzeć ją do ziemi. Jeśli to się jednak nie udało, trzykrotnie uderzył nogą o ziemię, sygnalizując poddanie walki.
AF (III) - przetaczamy się? tylko w przypadku 100 na kościach, ech
Rzut Z 1d100 - 5
Akcja nieudana
Akcja nieudana
Rzut Z 1d100 - 7
Akcja nieudana
Akcja nieudana
Because no matter how long the night
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down