– Nie – może i nie było to pytanie, ale i tak zaprzeczyła. Zmiana to nie była śmierć, może i były to narodziny, ale też nie do końca. Właściwie to wszystko zależało od natury tej zmiany, ale w większości była po prostu… sobą. Zmianą. Niczym mniej, niczym więcej. Ani stare nie oznaczało lepsze, ani nowe nie oznaczało lepsze. Oznaczało inne. Jedno nie mogło istnieć bez drugiego, bo były swoim kontrastem, to jak biel i czerń, światło i mrok. Stare uwydatniało nowe, nowe pokazywało, że coś się zestarzało. – Młodzi i gniewni prędzej czy później stają się starzy i zgorzkniali, i zastanawiają się, gdzie popełniono błąd – nie, nie przychodzili z pokorą. Udawało się zrobić rewolucję, ale nie całkowitą, nigdy nie dało się do góry nogami odwrócić całego świata, chociaż próbowano. Jak skończył Grindelwald? On też był młody i gniewny, pociągnął za sobą ludzi, by ostatecznie się ukorzyć. Historia w końcu lubiła się domagać o atencję. – Taka już moja natura: dostrzegać – analizować, uczyć się i wyciągać wnioski. Wiedza, pogoń za nią, zawsze była jej motywacją. Być może nie należącą całkowicie do niej samej, lecz wpojoną przez matkę i następnie wziętą w objęcia przez malutką Victorię, która wyrosła z tym bakcylem, który mocno się w niej zakorzenił. – Lub tacy, którzy się im nie poddają – dodała i zakołysała trunkiem w kieliszku, pozwalając mu rozwinąć swój bukiet, nim upiła kolejny łyk. – To bardzo intymne pytanie – zauważyła, lecz bez cienia irytacji, ot – stwierdzenie faktu, nic innego. Co sama oddałaby za obiekt pożądania? Wszystko. Nic. Nie znała na to pytanie prawidłowej odpowiedzi, być może dlatego, że nie była wystarczająco pechowa, by stanąć twarzą w twarz z tym pożądaniem, i wystarczająco zdesperowana, by musieć zapłacić. A potem uśmiechnęła się… dość ciepło. Nieco dłużej niż dotychczas. – To, co dla mnie wartościowe, jest razem ze mną – tak, niewinna rozmowa pełna podwójnych, a może nawet i potrójnych den, pomiędzy którymi należało lawirować. Było w tym coś elektryzującego, jak wyzwanie, które pobudza do życia – równie pobudzająca była ta rozmowa, bo trzeba się było mentalnie nagimnastykować, żeby nie okazać się przegranym. Joseph mówił jednocześnie wprost i bardzo naokoło, i to samo robiła teraz Victoria, lawirując pomiędzy dosłownością, a metaforami.
Nie wiedziała, czy Joseph się dobrze bawił. Czy byłą to dla niego kotwica, a może okazja do ocenienia Victorii, skoro pierwszy raz siedzieli sam na sam naprzeciwko siebie i mogli porozmawiać bez świadków w postaci reszty rodziny podczas zaręczyn, na powolnym obiedzie przed rozpoczęciem sabatu.
– Zwłaszcza małe kociaki, które nie mają jeszcze swoich przyzwyczajeń – dodała, a przy kolejnej uwadze mężczyzny lekko wypuściła powietrze przez nos, jakby się śmiała. Po części może trochę tak było, bo zastanawiała się od pewnego czasu, kiedy padnie nawiązanie do osoby, której wciąż tutaj nie było. Nie była przecież głupia, zauważyła to. – Myślę, że to zależy od semantyki – zdecydowała się odpowiedzieć, patrząc spokojnie na wampira. – I być może jest to pytanie skierowane do niewłaściwej osoby – czy licznik był poprawny? Cóż. Teoretycznie tak. Technicznie… Niekoniecznie.