16.01.2025, 00:04 ✶
- Ta, jasne - niemalże parsknął na to śmiechem. - To sobie na to poczekasz, moja droga - skwitował znacząco, w żadnym razie nie zamierzając wypowiadać słów, których od niego oczekiwała.
Nie, nie zamierzał błagać jej, by z niego zeszła. W żadnym z możliwych sensów. Ani tym teraz, ani tym znacznie bardziej przez niego dopuszczalnym, ale w tej chwili przesuniętym na drugi plan. Tak jak i on zamierzał przesunąć dziewczynę ze swojego ciała. Ba, zrzucić ją na dywan i spierdolić na czterech tak jak jej to zakomunikował. Może nie wprost, ale doskonale wiedział, że znała jego plan.
Dostrzegł to w jej oczach za pierwszym razem, gdy spróbowała założyć mu ten iście uliczny chwyt. Od tamtej pory natomiast niewiele się zmieniło. W dalszym ciągu kotłowali się na ziemi pośród kurzu i pierza z rozerwanej poduszki. Żadne ani myślało o tym, aby odpuścić. Zresztą to nie było nic dziwnego, prawda?
Byli siebie warci. W tym wypadku, co prawda, trudno było stwierdzić czy to był bardziej komplement, czy coś na kształt zawoalowanej obelgi. W końcu oboje dosyć mocno usrali się przy wygranej, nie robiąc sobie zbyt wiele ze sposobu, w jaki zamierzali ją osiągnąć. Posuwali się do coraz dziwniejszych kroków, coraz bardziej nieskoordynowanych ruchów. Do czegoś, na co raczej nie patrzyło się w poważny sposób.
Daleko było temu do jakiejkolwiek bójki. To nie były techniki stosowane w ulicznej walce. Nie były temu nawet ani trochę bliskie, bo nawet w stanie upojenia alkoholowego i przy tak głębokiej chęci zwycięstwa nie zamierzali zrobić sobie przecież krzywdy, nie?
Jasne, uderzenia o podłogę bolały. Tąpnięcie na dywan nie było zbyt przyjemne. Wbicie paznokci w skórę również nie należało do najbardziej lubianych przez niego chwytów, szczególnie gdy nie było związane z tym, o czym postanowiła tak otwarcie mu teraz wspomnieć. Uniósł brwi, posyłając jej trochę dłuższe spojrzenie, choć w dalszym ciągu wił się i kręcił, nie zamierzając ulec temu chwilowemu czarowi.
- Nadal wspominasz tamten maj? Nie sądziłem, że jesteś taka sentymentalna, Yaxley - wypalił, nawet jeśli doskonale wiedział, że nie miała na myśli sześćdziesiątego szóstego.
Mimo wszystko nie potrafił się powstrzymać. Liczył bowiem na to, że dzięki temu będzie w stanie zbić ją z tropu. Rozproszyć dziewczynę na tyle, że uda mu się jeszcze jakoś wyswobodzić z jej mocnego chwytu. Nadal miał nadzieję pokazać jej, że zadarła z niewłaściwym człowiekiem, że był naprawdę trudnym przeciwnikiem, że niczym nie odbiegał od poziomu, który prezentowała podczas swoich polowań.
A jednak musiał odpuścić. Z ciężkim, urywanym oddechem, aż za dobrze wiedząc, że znalazł się w kompletnym impasie i nie był już w stanie zrobić wiele więcej niżeli zatupać nogą o podłogę...
...wreszcie odpuścił. Rzecz jasna nie zamierzał uznać przegranej na głos. Wyłącznie nieznacznie wywrócił oczami, unosząc wzrok ku sufitowi, gdy Geraldine zsunęła się z niego na podłogę.
- Łajza - mruknął w jej kierunku, opadając płasko na plecy i oddychając ciężko, pozwalając na to, by unormował mu się oddech.
Potrzebował odsapnąć zanim w ogóle mógłby zrobić cokolwiek innego niż leżeć plackiem na podłodze, wpatrując się w sufit i wciągając powietrze w płuca. Wdech i wydech. Nie przetarł czoła z potu, czując jak jego policzki w dalszym ciągu pieką od krwi buzującej w naczynkach. Z pewnością był czerwony. Bez wątpienia był także rozczochrany i wygnieciony, ale...
...nie wściekły. Wbrew wszystkiemu, co deklarował, nie czuł zawodu czy irytacji. Poczucie porażki nie kłuło go w piersi. Nie był naburmuszony, nie czuł konieczności wymamrotania czegoś, co choć trochę zmyłoby gorycz z jego języka, bo wcale jej nie czuł. Nawet wtedy, kiedy usłyszał pierwszą salwę śmiechu Geraldine.
Zamiast tego sam mimowolnie uniósł kąciki ust, bo czuł się... ...dobrze. Czuł się naprawdę dobrze. Był zmęczony i zziajany, adrenalina w dalszym ciągu krążyła w jego żyłach, świat nadal kręcił mu się przed oczami, ale to nie było nic złego. To było wirowanie przypominające pobyt na karuzeli w magicznym lunaparku. W jednej z tych gigantycznych kręcących się filiżanek, w której siedział mając niespełna trzy czy cztery lata.
Tak i wtedy jak teraz czuł się po prostu szczęśliwy. Ni mniej i ni więcej. Bez nadmiernego analizowania otaczającej go rzeczywistości. Z kurzem skrzącym się w powietrzu i promieniami słonecznymi wpadającymi przez rozchylone zasłony. Nie patrzył na Rinę, ale jej śmiech, choć wariacki i niekontrolowany, brzmiał dla niego kojąco. Melodyjnie i szczerze - jak coś, dla czego usłyszenia mógł faktycznie odpuścić ten jeden raz.
Nie przegrał. Nie w taki sposób. Nie, gdy jednocześnie w dalszym ciągu czuł się jak zwycięzca, bo w końcu doprowadził ją niemalże do łez rozbawienia. Tych samych, na które wreszcie skierował wzrok. Obrócił się na bok ku Yaxleyównie. Przetoczył się powoli i ze stłumionym jękiem, bo chyba obił sobie jednocześnie i kręgosłup, i kość ogonową.
Przeniósł na nią błyszczące, po prostu ciepłe spojrzenie, nie mówiąc ani słowa, tylko bardzo ostrożnie wyciągając kciuk ku jej twarzy, żeby zetrzeć opuszką drobne kropelki z kącików jej oczu.
Równie powoli przypatrując się własnemu palcowi zanim bez wahania wsunął go sobie do ust. Nie po to, by zlizać stamtąd słoność (choć bez wątpienia i to zrobił), tylko po to, żeby w kolejnej chwili tym samym kciukiem zetrzeć odrobinę kurzu z policzka ukochanej. A potem bezwiednie jeszcze mocniej uniósł kąciki ust, zaczynając się śmiać...
Nie, nie zamierzał błagać jej, by z niego zeszła. W żadnym z możliwych sensów. Ani tym teraz, ani tym znacznie bardziej przez niego dopuszczalnym, ale w tej chwili przesuniętym na drugi plan. Tak jak i on zamierzał przesunąć dziewczynę ze swojego ciała. Ba, zrzucić ją na dywan i spierdolić na czterech tak jak jej to zakomunikował. Może nie wprost, ale doskonale wiedział, że znała jego plan.
Dostrzegł to w jej oczach za pierwszym razem, gdy spróbowała założyć mu ten iście uliczny chwyt. Od tamtej pory natomiast niewiele się zmieniło. W dalszym ciągu kotłowali się na ziemi pośród kurzu i pierza z rozerwanej poduszki. Żadne ani myślało o tym, aby odpuścić. Zresztą to nie było nic dziwnego, prawda?
Byli siebie warci. W tym wypadku, co prawda, trudno było stwierdzić czy to był bardziej komplement, czy coś na kształt zawoalowanej obelgi. W końcu oboje dosyć mocno usrali się przy wygranej, nie robiąc sobie zbyt wiele ze sposobu, w jaki zamierzali ją osiągnąć. Posuwali się do coraz dziwniejszych kroków, coraz bardziej nieskoordynowanych ruchów. Do czegoś, na co raczej nie patrzyło się w poważny sposób.
Daleko było temu do jakiejkolwiek bójki. To nie były techniki stosowane w ulicznej walce. Nie były temu nawet ani trochę bliskie, bo nawet w stanie upojenia alkoholowego i przy tak głębokiej chęci zwycięstwa nie zamierzali zrobić sobie przecież krzywdy, nie?
Jasne, uderzenia o podłogę bolały. Tąpnięcie na dywan nie było zbyt przyjemne. Wbicie paznokci w skórę również nie należało do najbardziej lubianych przez niego chwytów, szczególnie gdy nie było związane z tym, o czym postanowiła tak otwarcie mu teraz wspomnieć. Uniósł brwi, posyłając jej trochę dłuższe spojrzenie, choć w dalszym ciągu wił się i kręcił, nie zamierzając ulec temu chwilowemu czarowi.
- Nadal wspominasz tamten maj? Nie sądziłem, że jesteś taka sentymentalna, Yaxley - wypalił, nawet jeśli doskonale wiedział, że nie miała na myśli sześćdziesiątego szóstego.
Mimo wszystko nie potrafił się powstrzymać. Liczył bowiem na to, że dzięki temu będzie w stanie zbić ją z tropu. Rozproszyć dziewczynę na tyle, że uda mu się jeszcze jakoś wyswobodzić z jej mocnego chwytu. Nadal miał nadzieję pokazać jej, że zadarła z niewłaściwym człowiekiem, że był naprawdę trudnym przeciwnikiem, że niczym nie odbiegał od poziomu, który prezentowała podczas swoich polowań.
A jednak musiał odpuścić. Z ciężkim, urywanym oddechem, aż za dobrze wiedząc, że znalazł się w kompletnym impasie i nie był już w stanie zrobić wiele więcej niżeli zatupać nogą o podłogę...
...wreszcie odpuścił. Rzecz jasna nie zamierzał uznać przegranej na głos. Wyłącznie nieznacznie wywrócił oczami, unosząc wzrok ku sufitowi, gdy Geraldine zsunęła się z niego na podłogę.
- Łajza - mruknął w jej kierunku, opadając płasko na plecy i oddychając ciężko, pozwalając na to, by unormował mu się oddech.
Potrzebował odsapnąć zanim w ogóle mógłby zrobić cokolwiek innego niż leżeć plackiem na podłodze, wpatrując się w sufit i wciągając powietrze w płuca. Wdech i wydech. Nie przetarł czoła z potu, czując jak jego policzki w dalszym ciągu pieką od krwi buzującej w naczynkach. Z pewnością był czerwony. Bez wątpienia był także rozczochrany i wygnieciony, ale...
...nie wściekły. Wbrew wszystkiemu, co deklarował, nie czuł zawodu czy irytacji. Poczucie porażki nie kłuło go w piersi. Nie był naburmuszony, nie czuł konieczności wymamrotania czegoś, co choć trochę zmyłoby gorycz z jego języka, bo wcale jej nie czuł. Nawet wtedy, kiedy usłyszał pierwszą salwę śmiechu Geraldine.
Zamiast tego sam mimowolnie uniósł kąciki ust, bo czuł się... ...dobrze. Czuł się naprawdę dobrze. Był zmęczony i zziajany, adrenalina w dalszym ciągu krążyła w jego żyłach, świat nadal kręcił mu się przed oczami, ale to nie było nic złego. To było wirowanie przypominające pobyt na karuzeli w magicznym lunaparku. W jednej z tych gigantycznych kręcących się filiżanek, w której siedział mając niespełna trzy czy cztery lata.
Tak i wtedy jak teraz czuł się po prostu szczęśliwy. Ni mniej i ni więcej. Bez nadmiernego analizowania otaczającej go rzeczywistości. Z kurzem skrzącym się w powietrzu i promieniami słonecznymi wpadającymi przez rozchylone zasłony. Nie patrzył na Rinę, ale jej śmiech, choć wariacki i niekontrolowany, brzmiał dla niego kojąco. Melodyjnie i szczerze - jak coś, dla czego usłyszenia mógł faktycznie odpuścić ten jeden raz.
Nie przegrał. Nie w taki sposób. Nie, gdy jednocześnie w dalszym ciągu czuł się jak zwycięzca, bo w końcu doprowadził ją niemalże do łez rozbawienia. Tych samych, na które wreszcie skierował wzrok. Obrócił się na bok ku Yaxleyównie. Przetoczył się powoli i ze stłumionym jękiem, bo chyba obił sobie jednocześnie i kręgosłup, i kość ogonową.
Przeniósł na nią błyszczące, po prostu ciepłe spojrzenie, nie mówiąc ani słowa, tylko bardzo ostrożnie wyciągając kciuk ku jej twarzy, żeby zetrzeć opuszką drobne kropelki z kącików jej oczu.
Równie powoli przypatrując się własnemu palcowi zanim bez wahania wsunął go sobie do ust. Nie po to, by zlizać stamtąd słoność (choć bez wątpienia i to zrobił), tylko po to, żeby w kolejnej chwili tym samym kciukiem zetrzeć odrobinę kurzu z policzka ukochanej. A potem bezwiednie jeszcze mocniej uniósł kąciki ust, zaczynając się śmiać...
Because no matter how long the night
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down