Chcieć z kimś być i chcieć zupełnie go zmienić... a może - chcieć z kimś być i chcieć mu pomóc. Żeby niektóre rzeczy stały się prostsze, aby możliwe było wymazanie cierpienia, żeby bajkowe "żyli długo i szczęśliwe" nie było aż takie nierealne. Słowo "długo" przy Flynnie nabierało trochę innego znaczenia. Jego kaszel był straszny - a Laurent nie był przekonany, że to jedyne, co mu dolega. Po tych wszystkich latach spędzonych na Ścieżkach. Myślał nawet o tym, że problemy zdrowotne mogące sięgać głębiej któregoś dnia nie pozwolą mu... tańczyć. Przecież to byłby pewnie dla Flynna koniec świata. Myślał o tym wszystkim... i jak zwykle patrzył za daleko w przód. Może naprawdę to tu i teraz... hah. Ale przecież nie byłby sobą, gdyby nie pisał scenariuszy na przyszłość. Wtedy... byłby tym sobą, który widząc już tylko czerń chciał, by został jej poddany wraz z krwią, która zasilała życie kogoś innego.
Z jednej strony chciał pociągnąć manipulację zgodnie z tym, co ułożył sobie w głowie, z drugiej... patrzył tutaj na niego, na nowo zdenerwowanego, stukającego tą nogą, gotowego... znowu wyjść. Nie oponowałby - skoro tego potrzebował to poczekałby tutaj na niego tak długo, jak byłoby to potrzebne. Nie o to jednak chodziło - chodziło o to, że te ubrania były mu potrzebne. Po prostu... za dużo kroków na raz, Laurent. Z tym typem trzeba powoli - on wpadał w życie z butami, ale już w tym życiu potrzebował prowadzenia po mikro kroczkach.
Przekroczył dzielącą ich przestrzeń i stanął za jego plecami. Pierwszy krok był niepewny i zadrżały mu fałszywie ręce z niepewności - powstrzymywał się, żeby nie spojrzeć, czy zwracają czyjąkolwiek uwagę. Nie kusił się na taką wylewną bliskość z kobietami, co dopiero z mężczyzną, ale chciał, żeby to z niego zeszło. To na nowo zebrane napięcie. Położył dłonie na jego biodrach, oparł podbródek na jego barku. Na jednej z tych przewieszonych koszul, które przesiąkły tutejszym smrodem skóry.
- Kocham cię. - Wyznanie przesłane prosto do jego uszka. - Myślałem o tym, że brakuje bardzo ważnej rzeczy w tym domu, który robisz. Sali do ćwiczeń. Dla ciebie. Albo dla mnie, żebym mógł podziwiać, jak robisz to, co lubisz i zakochiwać się w tobie na nowo z każdym twoim magicznym ruchem, jakby obserwował wiłę oglądającą się o poranku w sadzawce... - Tak. Stop. Może jednak tamto pytanie o to, za co przepraszał, też sobie darujemy. - I ten pokój z biurkiem, żebyś mógł wytężać swój wspaniały umysł nad wszystkim, co do niego wkroczy, albo zabierać radia od znajomych, żeby naprawić je lepiej od nich. - Laurent się zupełnie na tym nie znał. Tamta rozmowa między nim a tym mężczyzną z kantoru - równie dobrze mogliby mówić po chińsku. Ale może to był kolejny zły temat. Też nie wiedział. Jak i tego, że to wszystko kosztowało Flynna więcej, niż mógł sobie wyobrazić. A wyobrażał sobie i tak sporo. Ale Laurent nie przyszedł tutaj dlatego, żeby sprawić przyjemność sobie. Owszem - przyjemność była, bo zobaczenie tego wszystkiego było fascynujące (i smutne, ale refleksja nad życiem innym to nie refleksja teraz go zajmująca). Żadna przyjemność nie miała szansy rozkwitnąć u niego, kiedy była robiona cudzym kosztem. - Twój dom. Nasz dom. Taki z twoją koszulą przewieszoną przez krzesło w jadalni i twoją książką zostawioną gdzieś w salonie. - Te rzeczy, których mówił, że nie miał, ale które leżałyby tu i tam... może niekoniecznie jak ta butelka perfum, o której mówił. Laurent ciągle był ciekaw, co zrobił z pierścionkiem, którego kazał mu nie oddawać. - Ślady twojej obecności.