16.01.2025, 01:14 ✶
I jak człowiek miał nie dostać zajoba, kiedy jeden nazywał cię szwagrem, a drugi dzieckiem? Nie wiedziała co gorsze, więc skrzywiła się jednako na obydwa zawołania, a potem spojrzała sponad ciemnych okularów najpierw na Rookwooda.
- Nie mów tak do mnie, bo mi się cofnie - ostrzegła, a potem błyskawicznie przeniosła wzrok na Stanleya. - A ty gdzie tu widzisz szwagra? Od teraz tylko i wyłącznie jestem siostrą, może być i Panzerfaustyna, nawet z IV diecezji przeciwpancernej. - Podparła się pod boki dumnie, fleksując swój wisior z drewnianym krzyżem na piersi. Baldwin się postarał z akcesoriami. - Ale serio mugole mają takie długie imiona? Panzerfaustyna? - Zmarszczyła brwi, pytając całkiem szczerze, bo to imię wydawało jej się kurewsko śmieszne. No ale skoro taką przykrywkę dostała, to miała zamiar się jej trzymać, bo była profesjonalistką. W mieście nie było drugiego takiego złodzieja tożsamości, wszyscy szarlatani chcieliby nią być.
Musiała zapamiętać plan, bo jak nie ona, to nie będą mieli planu. Stanley przecież nawet nie próbował pamiętać, bo mierzył siłę na zamiary. Skupiła ich wspólną komórkę mózgową na słowach Sauriela, ale już po drugim zdaniu miała wiele pytań i zaczęła pokładać założenia w wątpliwość.
- Czekaj, Joachim - zatrzymała go, unosząc ręce w ugodowym geście. - Mamy ich namawiać na polowania na czarownice? A przepraszam bardzo, czym my jesteśmy? - Pokazała palcem na ich trójkę, choć na Stacha to tak metaforycznie, bo ewidentnie sobie na boku przed akcją setkę strzelał. Nie winiła go, też by to zrobiła, gdyby to miało przynieść efekt. - Ty odkryłeś w sobie jakiś pośmiertny kink i się na stos chcesz wpakować, czy po prostu jeszcze dzisiaj nie sikałeś? - Zeszła tutaj już na poziom konspiracyjnego szeptu zadając to znane im wszystkim pytanie, które pojawiało się zawsze, gdy któryś zaczynał odpierdalać manianę. Zawahała się jednak nagle. - W zasadzie, ty w ogóle jeszcze sikasz? - Z jednej strony zabrzmiało to jak ciekawość, z drugiej zmartwienie, że może uraziła mu uczucia.
- Dobra, w sumie nie chcę wiedzieć, wróćmy do sedna. Nie zrozum mnie źle, wynieść możemy stąd wszystko, a zwłaszcza zastawę, ale chyba mnie omija sens tego obrzydzania im magii, bo to jak sranie sobie do gniazda? - Nie mówiła stanowczego nie, bo brała pod uwagę opcję, że nie widzi drugiego dna sprawy. Niemniej Sauriel nie wyjaśnił, po co będą odstawiać taki cyrk, więc chciała się upewnić, w jak głupi szajs się pakuje. Bo to, że taki był, to nie miała najmniejszych wątpliwości.
Wtem zza dębu wyłonił się diakon Andrzej. Omiotła go wzrokiem od stóp do głów i musiała przyznać, że dobrego dilera wielosokowego znalazł. Dobrze, że nie szedł po kosztach, bo po felernych potrafiła nawet trzecia noga z dupy wyrosnąć, a celował w aspirującego księdza, a nie biblijnie akuratnego anioła.
- Pochwalony - przywitała się, wiedząc już teraz od którego zaśpiewu się zaczyna, a na którym kończy. Spojrzała na słoik z bardzo smacznym napisem i spojrzała z pełną powagą na Stanleya. To jest Andrzeja. - Mogę trochę? Liznę tylko, nawet się nie kapnie, że ruszane - zapewniła, już wyciągając łapy po bitą śmietanę. Jakiś klecha miał z bachorami się objadać, a ona miała się obejść smakiem? No jak to tak?
- Nie mów tak do mnie, bo mi się cofnie - ostrzegła, a potem błyskawicznie przeniosła wzrok na Stanleya. - A ty gdzie tu widzisz szwagra? Od teraz tylko i wyłącznie jestem siostrą, może być i Panzerfaustyna, nawet z IV diecezji przeciwpancernej. - Podparła się pod boki dumnie, fleksując swój wisior z drewnianym krzyżem na piersi. Baldwin się postarał z akcesoriami. - Ale serio mugole mają takie długie imiona? Panzerfaustyna? - Zmarszczyła brwi, pytając całkiem szczerze, bo to imię wydawało jej się kurewsko śmieszne. No ale skoro taką przykrywkę dostała, to miała zamiar się jej trzymać, bo była profesjonalistką. W mieście nie było drugiego takiego złodzieja tożsamości, wszyscy szarlatani chcieliby nią być.
Musiała zapamiętać plan, bo jak nie ona, to nie będą mieli planu. Stanley przecież nawet nie próbował pamiętać, bo mierzył siłę na zamiary. Skupiła ich wspólną komórkę mózgową na słowach Sauriela, ale już po drugim zdaniu miała wiele pytań i zaczęła pokładać założenia w wątpliwość.
- Czekaj, Joachim - zatrzymała go, unosząc ręce w ugodowym geście. - Mamy ich namawiać na polowania na czarownice? A przepraszam bardzo, czym my jesteśmy? - Pokazała palcem na ich trójkę, choć na Stacha to tak metaforycznie, bo ewidentnie sobie na boku przed akcją setkę strzelał. Nie winiła go, też by to zrobiła, gdyby to miało przynieść efekt. - Ty odkryłeś w sobie jakiś pośmiertny kink i się na stos chcesz wpakować, czy po prostu jeszcze dzisiaj nie sikałeś? - Zeszła tutaj już na poziom konspiracyjnego szeptu zadając to znane im wszystkim pytanie, które pojawiało się zawsze, gdy któryś zaczynał odpierdalać manianę. Zawahała się jednak nagle. - W zasadzie, ty w ogóle jeszcze sikasz? - Z jednej strony zabrzmiało to jak ciekawość, z drugiej zmartwienie, że może uraziła mu uczucia.
- Dobra, w sumie nie chcę wiedzieć, wróćmy do sedna. Nie zrozum mnie źle, wynieść możemy stąd wszystko, a zwłaszcza zastawę, ale chyba mnie omija sens tego obrzydzania im magii, bo to jak sranie sobie do gniazda? - Nie mówiła stanowczego nie, bo brała pod uwagę opcję, że nie widzi drugiego dna sprawy. Niemniej Sauriel nie wyjaśnił, po co będą odstawiać taki cyrk, więc chciała się upewnić, w jak głupi szajs się pakuje. Bo to, że taki był, to nie miała najmniejszych wątpliwości.
Wtem zza dębu wyłonił się diakon Andrzej. Omiotła go wzrokiem od stóp do głów i musiała przyznać, że dobrego dilera wielosokowego znalazł. Dobrze, że nie szedł po kosztach, bo po felernych potrafiła nawet trzecia noga z dupy wyrosnąć, a celował w aspirującego księdza, a nie biblijnie akuratnego anioła.
- Pochwalony - przywitała się, wiedząc już teraz od którego zaśpiewu się zaczyna, a na którym kończy. Spojrzała na słoik z bardzo smacznym napisem i spojrzała z pełną powagą na Stanleya. To jest Andrzeja. - Mogę trochę? Liznę tylko, nawet się nie kapnie, że ruszane - zapewniła, już wyciągając łapy po bitą śmietanę. Jakiś klecha miał z bachorami się objadać, a ona miała się obejść smakiem? No jak to tak?
I wanna skin you alive
I wanna wear your flesh
— like a costume —
I wanna wear your flesh
— like a costume —