Ta rozmowa nie brzmiała jak test, by odpowiedzi mogłyby dobre lub złe. Były jakie były i dawały mały wgląd na osobę, jaką była Victoria i równie mały na to, jaki był Joseph. To była niezobowiązująca rozmowa, ale przy tym pouczająca, nie small talk o pogodzie, gdy nie wiesz, co masz mówić do drugiej strony. Nie, tutaj weszli na sprawy kulturowe, socjologiczne i nieco filozoficzne – nie z każdą osobą przy pierwszej sposobności można było w ten sposób rozmawiać.
– To prawda… Niektórzy trafiają na karty czekoladowych żab, a inni nie – zmrużyła lekko oczy, akcentując żart, bo zdawała sobie sprawę, że starszy Rookwood mógł za cholerę nie wyczuć, kiedy Victoria mówi poważnie, a kiedy nie, zwłaszcza, że w większości potrafiła robić jedno i drugie z kamienną twarzą pokerzysty. – W obecnych czasach, myślę, że niezbędna, żeby przeżyć, a nie utonąć – biorąc pod uwagę wszystko, co ją spotkało od maja, jaki miała zawód, rodzinę i w jakim punkcie życia była obecnie – radziła sobie naprawdę… może nie nieźle, ale jakoś. I uważała, że dostrzega całkiem sporo: w ludziach, z jakimi rozmawiała, jakimi się otaczała, ale też w otoczeniu. To nie była fałszywa skromność, ale nie była też nadmierna pewność siebie. Była za to pewnego rodzaju duma, która wcale nie wypinała piersi.
I nie zamierzała się z tej intymności obdzierać. Zachowała to wszystko dla siebie w milczeniu. Cholernie pewne, że wejdzie jej to do głowy, że zmusi do myślenia… ale to nie był na to odpowiedni dzień, ani chwila. Victoria potrzebowała do tego czasu, spokojniejszych dni, a nie obłożonych poczuciem winy, bezsilnością i żalem z niedokończonych spraw, które już zawsze zostaną takie – urwane w trakcie, niewyjaśnione.
– Studium ludzkiej natury – zgodziła się, ale na te rozważania zapewne potrzebowaliby więcej wina i znacznie więcej czasu, zaś Victoria zastanawiała się, gdzie podział się Sauriel. Przyszło jej nawet do głowy, że ten wredny skrzat to poszedł po Josepha, a nie Sauriela. Ewentualnie… że ten stał za ścianą, słuchał i się dobrze bawił. – Cerber to pies, a psy i koty potrafią się całkiem nieźle dogadywać wbrew pozorom – wyczuła w tym żart… i sama też go poniekąd pociągnęła, mając w głowie kolejne z określeń: pies jako policjant, którym sama była, kot… Czarny Kot, o którego Joseph pytał, czy nie powinna go wliczyć w te swoje przygarnięte mruczki rozjaśniające dzień. Czy i jemu tak te dni rozjaśniał?
Joseph zaprzeczył, a Victoria w odpowiedzi tylko się uśmiechnęła. Jeśli ta rozmowa miała się dalej ciągnąć, to zostało to przerwane przez tak dobrze jej znany głos, który wybrał zaiste idealny moment na wejście. I przez tak znaną jej sylwetkę. Victoria uniosła spojrzenie znad kieliszka i uśmiech, jaki przeciął jej twarz, dla Josepha zapewne był zupełnie innym, niż te, które pokazywała do tej pory – ten uśmiech był dużo łagodniejszy.
– Dobry wieczór – ledwo się powstrzymała od standardowego „hej”. Na komentarz Josepha musiała swój kolejny uśmieszek ukryć w kieliszku. – Zastanawiałam się, czy się dzisiaj zjawisz – ot… zaczepka, miła, nieszkodliwa.