16.01.2025, 15:07 ✶
Miał nowe słowo, które mógłby wpisać do tego dziennika, co go dostał bez okazji. Altschmerz. Znużenie tymi samymi problemami, które dręczyły cię od zawsze. Te same nudne, oklepane wady i lęki, przeanalizowane tyle razy, że brało cię od tego na wymioty. Znów znalazł się w tym potwornym miejscu, w którym nienawidził samego siebie - minimalnie gorszym od tego sprzed godziny, kiedy nad ich głowami rozpościerała się feeria zielonkawych świateł, a on się ulotnił do łazienki i tkwił tam tak długo, żeby nawet ktoś tak cierpliwy jak Laurent w końcu się poddał.
Było miło słyszeć te słowa. Kto do cholery nie chciałby ich słyszeć? Wszyscy ludzie na świecie pragnęli czuć się kochani, wszyscy chcieli być zamknięci w takim dotyku przez kogoś, kto im się podobał. On też tego chciał. Nawet sto razy bardziej niż inni. Więc dlaczego czuł się tak dziwnie? To uczucie, to samo uczucie prowadzące go do stanu, w którym przestawał myśleć. Histeria. Ją również mógłby dopisać do tego słownika i listy diagnoz, jakie mogliby wypisać Laurentowi lekarze mający z nim do czynienia. I naprawdę się starał. Przylgnął do niego, chcąc chłonąć jego ciepło. Położył wolną dłoń na jego dłoni. Czuł, jak napięcie rozlewa się po jego ciele, tym razem to związane z bliskością, ale...
Były w tym jeszcze ukłucia.
Bo odpływanie w kierunku paniki nie pomagało w pamiętaniu rzeczy. Kiedy mu powiedział o tym biurku? Dzisiaj? Wcześniej? Kiedykolwiek? Czy świat sobie z niego żartował? Skąd on to wszystko... I jeszcze więcej?
Rytm stukania zmienił się znowu i dało się w tej melodii znaleźć zagubienie. Było w niej nagłe przejście - jakby ktoś skusił, nie trafił w odpowiednie klawisze i próbował wrócić do gry, nie odrywając palców od fortepianu. Daremnie, chaotycznie, podkreslając pomyłkę przed wszystkimi widzami i pogłębiając ogarniające pianistę uczucie beznadziei. Nie było żadnego ich domu, tak samo jak nigdy nie będzie koszuli przewieszonej przez krzesło w domu pedanta.
Ależ okrutna była rzeczywistość, w której ktoś dawał ci wszystko, o czym marzyłeś, a ty nie potrafiłeś się tym cieszyć. Gotowałeś się w środku i marzłeś jednocześnie. Wracałeś do kokietowania go przypartego plecami do blaszanej budy naprzeciwko i nie wiedziałeś jak tutaj doszliście? Jak to się wszystko stało? Kiedy to przestało być słodkie, a zaczęło go przerażać i przytłaczać? Zaczynał żałować zgodzenia się na zjedzenie obiadu w Londynie. Gdyby został w tym łóżku i poczekał, żadna z tych rzeczy by się nie wydarzyła - tak przynajmniej pomyślał w pierwszej chwili, bo w drugiej przypomniał sobie, że jutro miał odwiedzić Laurenta gość. Jakże wspaniale.
Zrobił więc dokładnie to, czego nie chciał robić - zostawił go tutaj. Wcisnął mu te ubrania, które zebrał z wieszaków i rozedrgany wyślizgnął się z tego objęcia, żeby ruszyć przed siebie i nie zatrzymywać się, aż nie znalazł się przy tym blaszanym budynku naprzeciwko i nie wsadził rąk w kieszenie spodni. Stał tam i garbił się. Wyglądał, jakby było mu cholernie chłodno i od tego właśnie zwijało go w taki dziwny sposób, ale słońce wciąż górowało nad chmurami i stwarzało atmosferę parności przyćmiewaną tylko i wyłącznie przez bliskie sąsiedztwo rzeki.
Pięć lat temu też obraziłby się w tym sklepie osiem razy. Wymienił ją na niego. Altschmerz. Przeżył to wszystko dziesiątki razy.
Było miło słyszeć te słowa. Kto do cholery nie chciałby ich słyszeć? Wszyscy ludzie na świecie pragnęli czuć się kochani, wszyscy chcieli być zamknięci w takim dotyku przez kogoś, kto im się podobał. On też tego chciał. Nawet sto razy bardziej niż inni. Więc dlaczego czuł się tak dziwnie? To uczucie, to samo uczucie prowadzące go do stanu, w którym przestawał myśleć. Histeria. Ją również mógłby dopisać do tego słownika i listy diagnoz, jakie mogliby wypisać Laurentowi lekarze mający z nim do czynienia. I naprawdę się starał. Przylgnął do niego, chcąc chłonąć jego ciepło. Położył wolną dłoń na jego dłoni. Czuł, jak napięcie rozlewa się po jego ciele, tym razem to związane z bliskością, ale...
Były w tym jeszcze ukłucia.
Bo odpływanie w kierunku paniki nie pomagało w pamiętaniu rzeczy. Kiedy mu powiedział o tym biurku? Dzisiaj? Wcześniej? Kiedykolwiek? Czy świat sobie z niego żartował? Skąd on to wszystko... I jeszcze więcej?
Rytm stukania zmienił się znowu i dało się w tej melodii znaleźć zagubienie. Było w niej nagłe przejście - jakby ktoś skusił, nie trafił w odpowiednie klawisze i próbował wrócić do gry, nie odrywając palców od fortepianu. Daremnie, chaotycznie, podkreslając pomyłkę przed wszystkimi widzami i pogłębiając ogarniające pianistę uczucie beznadziei. Nie było żadnego ich domu, tak samo jak nigdy nie będzie koszuli przewieszonej przez krzesło w domu pedanta.
Ależ okrutna była rzeczywistość, w której ktoś dawał ci wszystko, o czym marzyłeś, a ty nie potrafiłeś się tym cieszyć. Gotowałeś się w środku i marzłeś jednocześnie. Wracałeś do kokietowania go przypartego plecami do blaszanej budy naprzeciwko i nie wiedziałeś jak tutaj doszliście? Jak to się wszystko stało? Kiedy to przestało być słodkie, a zaczęło go przerażać i przytłaczać? Zaczynał żałować zgodzenia się na zjedzenie obiadu w Londynie. Gdyby został w tym łóżku i poczekał, żadna z tych rzeczy by się nie wydarzyła - tak przynajmniej pomyślał w pierwszej chwili, bo w drugiej przypomniał sobie, że jutro miał odwiedzić Laurenta gość. Jakże wspaniale.
Zrobił więc dokładnie to, czego nie chciał robić - zostawił go tutaj. Wcisnął mu te ubrania, które zebrał z wieszaków i rozedrgany wyślizgnął się z tego objęcia, żeby ruszyć przed siebie i nie zatrzymywać się, aż nie znalazł się przy tym blaszanym budynku naprzeciwko i nie wsadził rąk w kieszenie spodni. Stał tam i garbił się. Wyglądał, jakby było mu cholernie chłodno i od tego właśnie zwijało go w taki dziwny sposób, ale słońce wciąż górowało nad chmurami i stwarzało atmosferę parności przyćmiewaną tylko i wyłącznie przez bliskie sąsiedztwo rzeki.
Pięć lat temu też obraziłby się w tym sklepie osiem razy. Wymienił ją na niego. Altschmerz. Przeżył to wszystko dziesiątki razy.
Oh darling, it's so sweet
you think you know how crazy I am.
My mind is a hall of mirrors.
you think you know how crazy I am.
My mind is a hall of mirrors.