16.01.2025, 11:03 ✶
Zmrużył oczy na wzmiankę o nekromancji. Oczywiście potrafił rozróżnić nekromancję od czarnej magii i bawiło go bardzo to, z jaką pieczołowitością zabraniano lekarzom używać magii mogącej ratować życie w momencie, kiedy manipulacja energią dawała stokroć, jeśli nie tysiąckroć więcej możliwości by fantazyjnie doprowadzić do cudzego zgonu. Kształtowanie młotów, maczug, kowadeł, ciężkich, ostrych przedmiotów, które chwile potem rozpłyną się jak we mgle nie pozostawiając żadnego narzędzia zbrodni. Transmutowanie naszyjników w malutkie pierścionki, olbrzymiej kuli w małe ziarenko tak proste do połknięcia, które z czasem utraci swoje mikroskopijne rozmiary. Translokowanie ubrań, kości... Uroki, które nawet bez rozkazów mogły iluzorycznie przesłonić śmiercionośne miejsce, do którego zdążała nic nieświadoma ofiara. Z tego wszystkiego dziedzina rozproszeń zdawała się najprzyjaźniejsza, a i tak... odpowiednio rozproszone zaklęcie, w odpowiednim miejscu czasie, mogło przynieść dramatyczne skutki.
Ale nekromancja była czymś złym.
– Mowa o patronusie?– dedukował, choć mogło jednak chodzić o szpitale. – One chyba mają dość ograniczone zastosowanie? Poza dementorami... któż jeszcze na nie reaguje? A czemuż mieliby tego właśnie uczyć, by mogło się okazać, że kogoś opiekuńcze zwierzę jest nazbyt mizerne, że ktoś nie jest w stanie już go wyczarować? – Cynicznie uśmiechnął się, upijając słodki trunek, zawieszając odpowiedź utkaną w pytaniu. Nie wierzył w dobre intencje zakazywania tego zaklęcia, wszak magowie w Azkabanie i tak pozbawiani byli różdżek, a dementorzy z tego co wiedział nie biegali po ulicach Londynu ścigając przestępców. Na szczęście mieli od tego służby.
Zamyślił się na tak jawne oskarżenia, rozważając na ile jego kolejne słowa mogłyby być potraktowane już jako "hak", intepretowane jako brak lojalności. Zemlął więc odpowiedź, która szczerze lęgła mu się w głowie, milcząc co mogło być bardziej wymowne dla rozmówcy, a jednocześnie bezpieczne z perspektywy ewentualnej zdrady. Zaufanie... cenna i rzadka waluta. Dopiero na wzmiankę o potrzebach, na jego zamyśloną twarz powrócił uśmiech. Wyglądał trochę jak nauczyciel, który spogląda z dumą na ucznia. Jak mentor, który z satysfakcją odkrył że jego podopieczny opanował w końcu coś, czego nie dostrzegał wcześniej.
– Pragnienie to najsilniejsza dźwignia. Zdrowie, bezpieczeństwo najbliższych to działa nawet silniej niż pragnienie władzy i potęgi. Choć nie możemy milczeniem przykrywać faktu, że jednostki socjopatyczne nie dbają o to na drodze do osiągnięcia własnego celu. Jednostki pozbawione honoru, których słowo - czemu nie mogę przestać się dziwić - odbierane jest za pewnik. – Umilkł, uciekając wzrokiem ku ścianom udekorowanym pięknymi zdjęciami najmodniejszych strojów, stojącym gdzieś w tle manekinom obwieszonym barwnymi fatałaszkami. Wszystko marność.
– Może byliśmy po prostu konformistami, którzy lubili własne życia. Wygodne życia. Niezmienne życia. To zawsze jakaś zmiana, aby nagle wybrać to co słuszne, w miejsce tego co łatwe. – Jego głos stał się odleglejszy, nieobecny, zaskakująco jednak w swojej surowości szczery. Oczy zeszkliły się nieco poczuciem winy, straconych miesięcy. Odetchnął głęboko, zapodziany w planach, które od dwóch tygodni formułowały się zawzięcie, plany, które mogły sprawić, że nie dożyje następnego lata. – Ty i ja, jesteśmy czystokrwiści, teoretycznie zagrożenie nas nie dotyczy. Tak nam wmawiają, tak powtarzamy sobie na balach i przyjęciach. Ale to jest kłamstwo lśniące bezsensem jak tombak. Jeśli społeczeństwo się wykrwawia, my się wykrwawiamy. Każda rewolucja zjada swoje dzieci, wystarczy tylko odrobić lekcje historii... – Westchnął ciężko, umieszczając kciuk i kłykieć wskazującego palca u nasady nosa, gdy nieoczekiwanie swobodna rozmowa przy przymiarce garniturów nabrała ciężaru gatunkowego, intymności w której nigdy nie spodziewał się znaleźć z bladolicym aniołem. – Myślałeś o tym co Ty mógłbyś dla tego sprawy? Zastanawiałeś się nad wszystkimi narzędziami od których odwracałeś wzrok? – Zapytał nieoczekiwanie i nie brzmiało to pytaniem retorycznym. Wręcz przeciwnie, przypominali teraz bardziej dwójkę przestępców, którym nie wyszedł skok i musieli obmyśleć awaryjny plan jeszcze przed południem.
Ale nekromancja była czymś złym.
– Mowa o patronusie?– dedukował, choć mogło jednak chodzić o szpitale. – One chyba mają dość ograniczone zastosowanie? Poza dementorami... któż jeszcze na nie reaguje? A czemuż mieliby tego właśnie uczyć, by mogło się okazać, że kogoś opiekuńcze zwierzę jest nazbyt mizerne, że ktoś nie jest w stanie już go wyczarować? – Cynicznie uśmiechnął się, upijając słodki trunek, zawieszając odpowiedź utkaną w pytaniu. Nie wierzył w dobre intencje zakazywania tego zaklęcia, wszak magowie w Azkabanie i tak pozbawiani byli różdżek, a dementorzy z tego co wiedział nie biegali po ulicach Londynu ścigając przestępców. Na szczęście mieli od tego służby.
Zamyślił się na tak jawne oskarżenia, rozważając na ile jego kolejne słowa mogłyby być potraktowane już jako "hak", intepretowane jako brak lojalności. Zemlął więc odpowiedź, która szczerze lęgła mu się w głowie, milcząc co mogło być bardziej wymowne dla rozmówcy, a jednocześnie bezpieczne z perspektywy ewentualnej zdrady. Zaufanie... cenna i rzadka waluta. Dopiero na wzmiankę o potrzebach, na jego zamyśloną twarz powrócił uśmiech. Wyglądał trochę jak nauczyciel, który spogląda z dumą na ucznia. Jak mentor, który z satysfakcją odkrył że jego podopieczny opanował w końcu coś, czego nie dostrzegał wcześniej.
– Pragnienie to najsilniejsza dźwignia. Zdrowie, bezpieczeństwo najbliższych to działa nawet silniej niż pragnienie władzy i potęgi. Choć nie możemy milczeniem przykrywać faktu, że jednostki socjopatyczne nie dbają o to na drodze do osiągnięcia własnego celu. Jednostki pozbawione honoru, których słowo - czemu nie mogę przestać się dziwić - odbierane jest za pewnik. – Umilkł, uciekając wzrokiem ku ścianom udekorowanym pięknymi zdjęciami najmodniejszych strojów, stojącym gdzieś w tle manekinom obwieszonym barwnymi fatałaszkami. Wszystko marność.
– Może byliśmy po prostu konformistami, którzy lubili własne życia. Wygodne życia. Niezmienne życia. To zawsze jakaś zmiana, aby nagle wybrać to co słuszne, w miejsce tego co łatwe. – Jego głos stał się odleglejszy, nieobecny, zaskakująco jednak w swojej surowości szczery. Oczy zeszkliły się nieco poczuciem winy, straconych miesięcy. Odetchnął głęboko, zapodziany w planach, które od dwóch tygodni formułowały się zawzięcie, plany, które mogły sprawić, że nie dożyje następnego lata. – Ty i ja, jesteśmy czystokrwiści, teoretycznie zagrożenie nas nie dotyczy. Tak nam wmawiają, tak powtarzamy sobie na balach i przyjęciach. Ale to jest kłamstwo lśniące bezsensem jak tombak. Jeśli społeczeństwo się wykrwawia, my się wykrwawiamy. Każda rewolucja zjada swoje dzieci, wystarczy tylko odrobić lekcje historii... – Westchnął ciężko, umieszczając kciuk i kłykieć wskazującego palca u nasady nosa, gdy nieoczekiwanie swobodna rozmowa przy przymiarce garniturów nabrała ciężaru gatunkowego, intymności w której nigdy nie spodziewał się znaleźć z bladolicym aniołem. – Myślałeś o tym co Ty mógłbyś dla tego sprawy? Zastanawiałeś się nad wszystkimi narzędziami od których odwracałeś wzrok? – Zapytał nieoczekiwanie i nie brzmiało to pytaniem retorycznym. Wręcz przeciwnie, przypominali teraz bardziej dwójkę przestępców, którym nie wyszedł skok i musieli obmyśleć awaryjny plan jeszcze przed południem.