16.01.2025, 11:15 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 08.03.2025, 12:10 przez Anthony Shafiq.)
Widok Erika nie powinien go zaskoczyć, a jednak jego ciepły głos wdzierający się gwałtem w potok myśli płynący przy lekturze... nie żeby ten potok był związany z czytaną książką, jego skupienie w ostatnim miesiącu szwankowało bardziej, rozbryzgnięte na setki przeróżnych tematów. Z tego barwnego korowodu jednak zawsze pojedyncza, złocista, gruba linia biegła w stronę jednego mężczyzny. Tego samego, który właśnie wszedł do własnego, uporządkowanego niewidzialną ręką obejścia.
Anthony zamknął tomik, niespiesznie wsuwając pomiędzy karty lśniącą w dogasającym słońcu materiałową zakładkę wszytą w grzbiet książki. Zsunął z nosa okulary i złożył je delikatnie do wewnętrznej kieszeni w palcie, wciąż nie patrząc w stronę Longbottoma, jakby w obawie, że gdy to zrobi jego sen o nowym szlaku wytyczanym w ich życiach pierzchnie. Odetchnął, dodając sam sobie odwagi i dopiero wtedy wstał z przyniesionego kufra, dając się porwać nurtowi. Znów. Czy można wejść do tej samej rzeki dwa razy? Czy kiedykolwiek była to ta sama rzeka, gdy jeden i drugi wzrastali, wciąż dojrzewali, gdy woda płynęła czasami dziko i zachłannie zawłaszczając dla siebie brzegi, kształtując je na nowo?
Jego dotyk palił, jak zawsze gdy słońce po dniu pracy łagodnym łukiem dotykało ziemi. Mimowolnie dociążał ów dłoń własnym policzkiem, zdając sobie sprawy jak wygłodniały jest pieszczoty po ledwie tygodniu abstynencji. Czy zawsze tak było? Czy gdyby sześć lat temu spotkali się tydzień później od pierwszego zderzenia niebieskich ciał podczas rozgwieżdżonej lipcowej nocy, czy byłby głodny tak samo? Ciało podążało za dłonią, za zaproszeniem, gdy odchylił nieco głowę i rozchylił wargi w oczekiwaniu, zapatrzony w dwa złociste topazy oczu swojego wybranka.
– Jakiż w tym sens jest? Dokąd strumień płynie? Czym ja szalony, czy to sen, co minie? Zmysły w Letei niech marzenie kąpią... Jeżeli to sen, to niech sny nie ustępują... – wyrecytował cicho. Zalew uczuć uformuował cudzymi słowami, lecz czyż Shakespeare nie był zawsze dobrą opcją, aby okiełznać to co przelewało się w nim od tygodni, miesięcy, od lat?
W jego szarych oczach odbijało się zmęczenie ostatnich trzech dni. Nieprzespanych nocy, ciągłego ruchu, spraw, które nagle musiał załatwiać na Afrykańskim terytorium, każdej sekundy, minuty, którą wykorzystywał... na coś. Widywali się tak rzadko, jak było to możliwe przy takim przydziale pracy i tylko celulozowe żurawie jak nieme sowy wzlatywały i opadały jednostronnie na silne dłonie mające absolutnie nic do roboty. Ktoś mógł odpocząć, być może, gdy w tym czasie kto inny pracował ponad miarę. A jednak, cienie kłębiące się na pobladłej twarzy, zakrył łagodny uśmiech gdy złożył dłonie na biodrach swojego gościa, prawdziwego gospodarza tego miejsca, gdy próbował opuszkami palców ocenić jakość materiału, który pokrywał gibkie, czekające kształtowania ciało, wciąż zbyt odległe, niepotrzebnie rozgraniczone przestrzenią i ubraniami ciało.
– Mam dla Ciebie prezent. Ale to może w środku... zająłbyś się skrzynią mój drogi? Jest tam wszystko czego potrzebujemy na dzisiejszy wieczór. – Jeden wieczór, teraz nie kradł go tylko jemu, ale też sobie. Jeden słodki wieczór, aby zapamiętać, aby wbić sobie do głowy po co to wszystko było. Gdzieś wciąż cichy głos zachęcał go do ucieczki do Hiszpanii, ale tłumił go jak tylko mógł i nawet nie zamierzał pytać Erika o podróż w jedną stronę do małej winiarni, którą kupił za jego namową. Sam nie wyjechałby bez własnych przyjaciół, którzy absolutnie nigdzie się nie wybierali. W przekonaniu o sobie Anthony może i był tchórzem, ale głęboko w sercu znajdowały się pokłady lojalności, o które sam siebie by nie podejrzewał jeszcze dziesięć, dwadzieścia lat temu. Rzeka wzbierała. Niedługo nie pozostanie nic do uratowania. Musiał się spieszyć.
– Chociaż mam mieszane uczucia, czy Ci się spodoba. To dość... szalony plan, nawet jak na mnie. I w grę wchodzi... kuchnia. Dobrze pamiętam, że to Twoje nemesis? – spróbował przybrać lżejszy ton, w końcu nie byli tu po to, żeby się smucić i utyskiwać nad swym losem.
Anthony zamknął tomik, niespiesznie wsuwając pomiędzy karty lśniącą w dogasającym słońcu materiałową zakładkę wszytą w grzbiet książki. Zsunął z nosa okulary i złożył je delikatnie do wewnętrznej kieszeni w palcie, wciąż nie patrząc w stronę Longbottoma, jakby w obawie, że gdy to zrobi jego sen o nowym szlaku wytyczanym w ich życiach pierzchnie. Odetchnął, dodając sam sobie odwagi i dopiero wtedy wstał z przyniesionego kufra, dając się porwać nurtowi. Znów. Czy można wejść do tej samej rzeki dwa razy? Czy kiedykolwiek była to ta sama rzeka, gdy jeden i drugi wzrastali, wciąż dojrzewali, gdy woda płynęła czasami dziko i zachłannie zawłaszczając dla siebie brzegi, kształtując je na nowo?
Jego dotyk palił, jak zawsze gdy słońce po dniu pracy łagodnym łukiem dotykało ziemi. Mimowolnie dociążał ów dłoń własnym policzkiem, zdając sobie sprawy jak wygłodniały jest pieszczoty po ledwie tygodniu abstynencji. Czy zawsze tak było? Czy gdyby sześć lat temu spotkali się tydzień później od pierwszego zderzenia niebieskich ciał podczas rozgwieżdżonej lipcowej nocy, czy byłby głodny tak samo? Ciało podążało za dłonią, za zaproszeniem, gdy odchylił nieco głowę i rozchylił wargi w oczekiwaniu, zapatrzony w dwa złociste topazy oczu swojego wybranka.
– Jakiż w tym sens jest? Dokąd strumień płynie? Czym ja szalony, czy to sen, co minie? Zmysły w Letei niech marzenie kąpią... Jeżeli to sen, to niech sny nie ustępują... – wyrecytował cicho. Zalew uczuć uformuował cudzymi słowami, lecz czyż Shakespeare nie był zawsze dobrą opcją, aby okiełznać to co przelewało się w nim od tygodni, miesięcy, od lat?
W jego szarych oczach odbijało się zmęczenie ostatnich trzech dni. Nieprzespanych nocy, ciągłego ruchu, spraw, które nagle musiał załatwiać na Afrykańskim terytorium, każdej sekundy, minuty, którą wykorzystywał... na coś. Widywali się tak rzadko, jak było to możliwe przy takim przydziale pracy i tylko celulozowe żurawie jak nieme sowy wzlatywały i opadały jednostronnie na silne dłonie mające absolutnie nic do roboty. Ktoś mógł odpocząć, być może, gdy w tym czasie kto inny pracował ponad miarę. A jednak, cienie kłębiące się na pobladłej twarzy, zakrył łagodny uśmiech gdy złożył dłonie na biodrach swojego gościa, prawdziwego gospodarza tego miejsca, gdy próbował opuszkami palców ocenić jakość materiału, który pokrywał gibkie, czekające kształtowania ciało, wciąż zbyt odległe, niepotrzebnie rozgraniczone przestrzenią i ubraniami ciało.
– Mam dla Ciebie prezent. Ale to może w środku... zająłbyś się skrzynią mój drogi? Jest tam wszystko czego potrzebujemy na dzisiejszy wieczór. – Jeden wieczór, teraz nie kradł go tylko jemu, ale też sobie. Jeden słodki wieczór, aby zapamiętać, aby wbić sobie do głowy po co to wszystko było. Gdzieś wciąż cichy głos zachęcał go do ucieczki do Hiszpanii, ale tłumił go jak tylko mógł i nawet nie zamierzał pytać Erika o podróż w jedną stronę do małej winiarni, którą kupił za jego namową. Sam nie wyjechałby bez własnych przyjaciół, którzy absolutnie nigdzie się nie wybierali. W przekonaniu o sobie Anthony może i był tchórzem, ale głęboko w sercu znajdowały się pokłady lojalności, o które sam siebie by nie podejrzewał jeszcze dziesięć, dwadzieścia lat temu. Rzeka wzbierała. Niedługo nie pozostanie nic do uratowania. Musiał się spieszyć.
– Chociaż mam mieszane uczucia, czy Ci się spodoba. To dość... szalony plan, nawet jak na mnie. I w grę wchodzi... kuchnia. Dobrze pamiętam, że to Twoje nemesis? – spróbował przybrać lżejszy ton, w końcu nie byli tu po to, żeby się smucić i utyskiwać nad swym losem.