Wydawało mu się, że był po prostu żałosny.
Bo wydawało mu się, przez chwilę, że Flynn się uspokaja, że jest lepiej. Zmieniła się rytmika, byli bliżej, złapali jakieś połączenie. Najwyraźniej mu się tylko wydawało, skoro zaraz kolejne ubrania zawisnęły na jego rękach, a Flynn wyszedł.
Również - tak po prostu.
Zmęczenie sprawiło, że opuścił powieki i opuścił swoją głowę, spoglądając na te ubrania wybrane przez czarnowłosego i przesunął po nich dłonią. Cenne? Jeszcze chyba nie, jeszcze nijakie. Nieprzymierzone, więc nawet bezsensem było zabieranie ich, żeby za nie zapłacić. Miał je więc odwiesić? Namówienie Flynna na kupienie sobie kolejnych wyrastało teraz ponad jego siłę. Wyrastało ponad chęci. To co miał zrobić? Co miał zrobić?! Tkwić tutaj w tym bezruchu? Nie chciał nawet oglądać się na resztę sklepu, oglądać na te sprzedawczynie, kolejny pokaz dziwnego sposobu na upiększanie odzieży - teraz rozszarpywanego materiału widelcem, jakby był to najlepszy sposób na ozdobę bawełnianej koszuli, najlepsze narzędzie.
Te ubrania były ciężkie. Ciążyły strasznie w rękach - i nadal nie wiedział, co z nimi zrobić. Smród tego miejsca był straszny, zaczynało mu się już kręcić w głowie. Nic nie było na swoim miejscu. W tamtej restauracji przynajmniej był w miejscu, które znał, w którym nie było zaduchu, gdzie ktoś zaraz nie przeciskał się obok ciebie z "przepraszam" na ustach, albo spojrzeniem pełnym wyrzutu, że tutaj tkwisz i... tkwisz.
- Kupujesz to? - Uniósł głowę, namierzając chudą sprzedawczynię spojrzeniem.
- Zaraz... mój przyjaciel zaraz wróci. - A może nie wróci. Na razie kobieta obróciła się po prostu do innego klienta obwieszonego żelastwem, które pewnie o wiele bardziej zainteresowałoby Laurenta, gdyby nie to, że wszystko, o czym teraz myślał, to znaleźć się daleko stąd. Z powrotem w tym sowim oderwanym od świata schronieniu, gdzie ręce rzeczywistości chwytały jego ułamek raju i próbowały udowodnić, że żadnego raju z tego nie będzie. Nigdy nie miało być. Świat zbudowany na kłamstwach mógł dotrzeć tylko do tego punktu.
Było mu słabo, było mu niedobrze i trochę się zgarbił. Wykrzywił się z niezadowoleniem, bo przecież... wydawały mu się różne rzeczy, tylko czemu w ogóle brał to wszystko do siebie. Nie powinien. Przejmowanie się humorkami Flynna do niczego nie prowadziło. Czy brak przejmowania się nimi nie prowadziło jednak do braku zainteresowania? Równie dobrze mógłby powiedzieć, że go nie chce? Jak to działało. W którą stronę miał się obrócić, żeby było dobrze? Chciał ponucić. Chciał oszukać swoje własne zmysły, że świat był inny, że wcale tu nie brzmiał taki gwar i hałas, ale gdzie by go to zaniosło? Jego i przypadkowo słyszących to, przechodzących obok mugoli? Budujący się smutek tym razem o wiele szybciej przerodził się w irytację. To bolało. Fizycznie bolały go wnętrzności, jakby ktoś wykręcał je rękoma i uderzał sporadycznie w żołądek.
- Klasa wyższa schodzi do rynsztoka? - Poczuł pociągnięcie marynarki, więc automatycznie ją złapał wolną ręką i pociągnął do siebie, unosząc rozeźlone spojrzenie. Ten sam mężczyzna, który przed momentem zagadywał sprzedawczynię, spoglądał na niego z rozbawieniem w oczach i kpiną na ustach.
- Nie muszę. Rynsztok przyszedł do mnie. - Ten mężczyzna nagle wydawał się wybawieniem. Nagle był kotwicą, dzięki której mógł utrzymać się na powierzchni. Ręką, w którą mógł wbić swoje zęby i przelać nadmiar kotłującego się w nim jadu. Mężczyzna puścił jego marynarkę - ale za to wziął go pod ramię, jakby byli najlepszymi kumplami i przysunął się do niego. Śmierdział. Śmierdział tak, że Laurent miał odruch wymiotny. Potem, kurzem ulic, jakimś niezidentyfikowanym alkoholem.
- Kupujesz? Sponsorujesz? Sponsor! Przydałby się... - Odpowiedział, nieprzejęty. Albo w ogóle nie słuchał i nie słyszał - nie zdziwiłoby go to. A Laurent nie pojmował, jakim cudem ludzie, których spotykał w dziwnych miejscach z Flynnem byli za głupi, żeby chociaż zrozumieć obelgę. Chciał kontynuować, ale obrócił głowę na mijające ich dwie dziewczyny, które chciały się przepchnąć dalej. Dzięki za to Merlinowi - bo jego oddech był w tych wszystkich zapachach najgorszy. Laurent kulił się, mocno przyciągnięty ramieniem do mężczyzny, drżąc z tego stresu i wszystkich emocji, które uderzały go w głowę.
- Sponsorować ciebie? - Uśmiechnął się z obrzydzeniem. - Wybacz, kochanie. Nie sponsoruje ciot. - Chyba jednak słuchał. Chyba to fenomalne przezwisko pozostawało niezawodne nawet w takich kręgach. Przestał go obejmować - zamiast tego położył dłoń na jego karku i zacisnął palce.