Bał się tam wrócić. Znowu to zrobił. Znowu wszystko zniszczył, spierdolił. Miło słuchało się o tym, że nie był winny tym okropnościom, które działu się w jego życiu, ale to nie była prawda. Zawiódł Alexandra na każdym polu. Fontaine musiała kiedyś znudzić się wychowywaniem dorosłego dzieciaka. Cainowi całkowicie zjebał percepcję rzeczywistości i to dla własnej uciechy. Teraz powtarzał to samo z Laurentem. Te same sprzeczki, te same kłótnie. Odwlekał to tym „dawaniem sobie przestrzeni”, okrutną prawdę o tym, że absolutnie nie dało się z nim wytrzymać. Dostarczał wrażeń i emocji, pokazywał innym jak wspaniały mógł być seks, pieścił, chronił, mówił słodkie słówka, ale cena za to żeby mieć go przy sobie nie była przecież niska. Tak samo jak potrafił kogoś uszczęśliwić potrafił też... Uczynić go absolutnym wrakiem.
Prawie się pod tą blaszaną ścianą poryczał. Było mu łatwiej znosić te górki i dołki krótko po dojściu. Chyba nie istniała łagodniejsza istota na Ziemi jak facet po spuszczeniu się w kimś kogo tak lubił. Ale teraz tej łagodności nie było. Zamiast tego... Stres. Strach. Bezlitosny ucisk bólu za każdym razem kiedy wyobrażał sobie pójście spać w milczeniu nie będącym niczym dobrym. W tym milczeniu, które rozdziera człowieka na pół, kaleczy jego serce jak potłuczone szkło.
Zadarł głowę do góry chcąc zobaczyć czy Laurent w ogóle patrzy się w jego kierunku, czy wyszedł już i idzie gdzieś obrażony, nie wiedząc dokąd. A może poradził sobie ze wszystkim sam. Może nigdy go tam nie potrzebował i... Nie miał po co gdybać. Prawda była jeszcze gorsza. Nabuzowany tym wszystkim, pełen złości i żalu do samego siebie, ruszył do przodu. I czuł to. Jak jego ciało zmienia rytm, jak jego kark przestaje boleć, ale mięśnie wcale się nie rozluźniają - napina się jeszcze mocniej, prostując plecy i absolutnie każdy na tej uliczce schodzi mu z drogi lub wymija go z przerażeniem. Bo to jest ten chód. Charakterystyczny dla człowieka chcącego zrobić coś złego. Ktoś by go pewnie powstrzymał przed głupotą, gdyby idąc nie poprawił czarnego pokrowca w kieszeni spodni. Ludzie śmiali się z różdżek i reagowali różnie na broń palną - z jakiegoś powodu zawsze wydawało im się, że dadzą radę uniknąć kuli. Nikt jednak nie próbował unikać noży. Noże przerażały każdego. Crow przerobił to dziesiątki razy - nikt nie podskakiwał do nożownika, dlatego w Londynie było ich coraz więcej. Ale nie miał zamiaru używać teraz noża, oh nie - bo to znaczyło poplamienie marynarki Laurenta i całkowite, doszczętne już zrujnowanie tego dnia. Obrócenie każdej dobrej chwili w proch. Nie pójdzie stąd jednak jeżeli nie da temu człowiekowi żadnej nauczki. Czy jakoś szczególnie go obchodził? Nie. Zwyczajnie miał zły dzień. Zestawiając to z tragicznie złym momentem facet wygrał najgorszy moment jaki mógł na to, żeby przystawiać się do jego chłopaka, ale to złapanie Laurenta za kark przeważyło szalę goryczy.
Policzył do trzech, zbliżając się do tej dwójki, a później zrobił dokładnie to, co zaplanował w swojej głowie.
Raz - wykręcenie mu ręki tak, żeby zamroczyło go z bólu i sprowadzenie go niżej, tak żeby mógł złapać go za kudły.
Dwa - przeciągnięcie go za te włosy po stoliku z bluzami i wyprowadzenie w ten sposób z butiku.
Trzy - puszczenie go i kopnięcie w dupę tak, żeby upadł na lub obok okolicznego śmietnika.
Wciąż nie odezwał się ani słowem. Zdawał sobie sprawę z tego, że każą im stąd wypierdalać i nie dziwił się temu jakoś wielce, więc w takiej sytuacji złapał blondyna za rękę, rzucił trzymane przez niego ubrania na bok (z wyjątkiem swojej własnej kurtki rzecz jasna) i zabrał go stąd, wciąż nie wiedząc co powiedzieć. Zwyczajnie z nim szedł. I szedł. I szedł...
Ale czy faktycznie kazali im od razu wyjść?
Niech więc tak będzie. Nigdy nie chciał tych rzeczy. Wcale go to... nie obchodziło, tak?
Prawie się pod tą blaszaną ścianą poryczał. Było mu łatwiej znosić te górki i dołki krótko po dojściu. Chyba nie istniała łagodniejsza istota na Ziemi jak facet po spuszczeniu się w kimś kogo tak lubił. Ale teraz tej łagodności nie było. Zamiast tego... Stres. Strach. Bezlitosny ucisk bólu za każdym razem kiedy wyobrażał sobie pójście spać w milczeniu nie będącym niczym dobrym. W tym milczeniu, które rozdziera człowieka na pół, kaleczy jego serce jak potłuczone szkło.
Zadarł głowę do góry chcąc zobaczyć czy Laurent w ogóle patrzy się w jego kierunku, czy wyszedł już i idzie gdzieś obrażony, nie wiedząc dokąd. A może poradził sobie ze wszystkim sam. Może nigdy go tam nie potrzebował i... Nie miał po co gdybać. Prawda była jeszcze gorsza. Nabuzowany tym wszystkim, pełen złości i żalu do samego siebie, ruszył do przodu. I czuł to. Jak jego ciało zmienia rytm, jak jego kark przestaje boleć, ale mięśnie wcale się nie rozluźniają - napina się jeszcze mocniej, prostując plecy i absolutnie każdy na tej uliczce schodzi mu z drogi lub wymija go z przerażeniem. Bo to jest ten chód. Charakterystyczny dla człowieka chcącego zrobić coś złego. Ktoś by go pewnie powstrzymał przed głupotą, gdyby idąc nie poprawił czarnego pokrowca w kieszeni spodni. Ludzie śmiali się z różdżek i reagowali różnie na broń palną - z jakiegoś powodu zawsze wydawało im się, że dadzą radę uniknąć kuli. Nikt jednak nie próbował unikać noży. Noże przerażały każdego. Crow przerobił to dziesiątki razy - nikt nie podskakiwał do nożownika, dlatego w Londynie było ich coraz więcej. Ale nie miał zamiaru używać teraz noża, oh nie - bo to znaczyło poplamienie marynarki Laurenta i całkowite, doszczętne już zrujnowanie tego dnia. Obrócenie każdej dobrej chwili w proch. Nie pójdzie stąd jednak jeżeli nie da temu człowiekowi żadnej nauczki. Czy jakoś szczególnie go obchodził? Nie. Zwyczajnie miał zły dzień. Zestawiając to z tragicznie złym momentem facet wygrał najgorszy moment jaki mógł na to, żeby przystawiać się do jego chłopaka, ale to złapanie Laurenta za kark przeważyło szalę goryczy.
Policzył do trzech, zbliżając się do tej dwójki, a później zrobił dokładnie to, co zaplanował w swojej głowie.
Raz - wykręcenie mu ręki tak, żeby zamroczyło go z bólu i sprowadzenie go niżej, tak żeby mógł złapać go za kudły.
Dwa - przeciągnięcie go za te włosy po stoliku z bluzami i wyprowadzenie w ten sposób z butiku.
Trzy - puszczenie go i kopnięcie w dupę tak, żeby upadł na lub obok okolicznego śmietnika.
Rzut PO 1d100 - 93
Sukces!
Sukces!
Wciąż nie odezwał się ani słowem. Zdawał sobie sprawę z tego, że każą im stąd wypierdalać i nie dziwił się temu jakoś wielce, więc w takiej sytuacji złapał blondyna za rękę, rzucił trzymane przez niego ubrania na bok (z wyjątkiem swojej własnej kurtki rzecz jasna) i zabrał go stąd, wciąż nie wiedząc co powiedzieć. Zwyczajnie z nim szedł. I szedł. I szedł...
Ale czy faktycznie kazali im od razu wyjść?
Rzut TakNie 1d2 - 1
Tak
Tak
Niech więc tak będzie. Nigdy nie chciał tych rzeczy. Wcale go to... nie obchodziło, tak?
Oh darling, it's so sweet
you think you know how crazy I am.
My mind is a hall of mirrors.
you think you know how crazy I am.
My mind is a hall of mirrors.