17.01.2025, 00:31 ✶
Starał się nie dać po sobie poznać tego jak bardzo zaskoczył go stan, w którym znalazła się Geraldine. Tego, co pomyślał w pierwszej chwili, gdy jeszcze znajdował się w korytarzu, pokonując po kilka stopni na raz, żeby wpaść do sypialni gnany przekonaniem, że stało się coś naprawdę złego.
To nie było normalne. Zazwyczaj spędzali naprawdę spokojne noce, równie błogie poranki. Jasne, od czasu do czasu zdarzało się, że było gorzej. Gdzieś tam pod osłoną nocy zdarzało się, że koszmary triumfowały nad tym spokojnym i błogim stanem, który potrafili osiągnąć śpiąc u swojego boku.
Bywało, że wracał nad ranem z pracy po to, żeby w pierwszej chwili znaleźć się w sypialni, obejmując ją ramionami i pytając o to, jak długo (i czy w ogóle) spała. Bywało trudno, lecz nie aż tak. Ostatnie miesiące przyniosły jednak coś, co teraz zaczynało wypływać, rozmywając grunt pod ich nogami.
Spodziewał się, że było trudno. Niełatwo było powrócić do przewracania się z boku na bok w zimnym, pustym łóżku. W pościeli pachnącej znajomo, a jednak obco, bo brakowało tam tej łagodnej znajomej nuty ciepła i bezpieczeństwa. Poprzednia nic spędzona przez niego na kanapie była czymś, czego nie chciał wspominać. Nie pierwszym i nie ostatnim momentem desperackiej próby ocknięcia się i wyrwania marom.
Gdy poprzedniego wieczoru powrócili do wspólnego łóżka, sen nadszedł niemalże samoistnie. Być może częściowo chodziło o wypity alkohol. On zawsze pozwalał na chwilę zapomnieć, odlecieć w krainę nieważkości, jednak przypisywanie tego przyjętym procentom byłoby czymś naprawdę żałosnym. W istocie nigdy nie chodziło o nie. Po nich i tak pojawiały się koszmary.
To była obecność nie tyle drugiego człowieka, co tej konkretnej, właściwej osoby. Jej ciepło i zapach. Miękkość ciała, uścisk ramion. Teraz starał się jej to dać na jawie. Usiłował sprawić, że dygotanie zniknie tak szybko jak się pojawiło. Przyciskał dziewczynę do siebie ignorując wszystko dookoła. Tylko ona miała teraz znaczenie.
- Będzie - odparł, starając się zabrzmieć tak jak ona wtedy, kiedy znaleźli się w może nie analogicznej, jednak na swój sposób podobnej sytuacji. - Jeszcze będzie pięknie, tak? - To też musiał jej teraz przypomnieć, nie zastanawiając się nad tym, czy we właściwy sposób zacytował tamte słowa, ale w gruncie rzeczy nawet nie starając się przywołać ich z pamięci.
Skupiał się jedynie na pierwotnym sensie tego, co mu wtedy powiedziała. Na brzmieniu tak, jakby w istocie nie tylko potrafił w to uwierzyć, lecz także właśnie to robił. Wierzył. Jakby w którymś magicznym momencie rzeczywiście postanowił dać wiarę tamtej wypowiedzi. Może nie być cholernie entuzjastycznym, nie emanować przesadną pewnością, bowiem w to zdecydowanie by mu nie uwierzyła, jednak dać Rinie poczucie, że miała wtedy rację a to on się mylił.
Próbował. Naprawdę próbował ją okłamać. Białe kłamstwo, tak? Coś, czego teraz od niego potrzebowała. Powoli kołysał ją w swoich ramionach, uważając na swoje naciągnięte i poobijane mięśnie a także na siniaki, które i ona sobie nabiła, przytrzymując ją w taki sposób, aby nie zadać jej jeszcze fizycznego bólu. Ten psychiczny, jaki ją ogarnął był wystarczająco paskudny.
Sam zaś starał się nie zaciskać zębów na ból obitej kości ogonowej ani na łupanie w krzyżu, utrzymując tak łagodny wyraz twarzy jak tylko mógł. Usiłował być. Być tak jak ona wtedy w nocy w salonie. Być - może nie mówić zbyt wiele, bo brakowało mu słów, ale wciąż znajdować się tuż przy niej.
To nie było normalne. Zazwyczaj spędzali naprawdę spokojne noce, równie błogie poranki. Jasne, od czasu do czasu zdarzało się, że było gorzej. Gdzieś tam pod osłoną nocy zdarzało się, że koszmary triumfowały nad tym spokojnym i błogim stanem, który potrafili osiągnąć śpiąc u swojego boku.
Bywało, że wracał nad ranem z pracy po to, żeby w pierwszej chwili znaleźć się w sypialni, obejmując ją ramionami i pytając o to, jak długo (i czy w ogóle) spała. Bywało trudno, lecz nie aż tak. Ostatnie miesiące przyniosły jednak coś, co teraz zaczynało wypływać, rozmywając grunt pod ich nogami.
Spodziewał się, że było trudno. Niełatwo było powrócić do przewracania się z boku na bok w zimnym, pustym łóżku. W pościeli pachnącej znajomo, a jednak obco, bo brakowało tam tej łagodnej znajomej nuty ciepła i bezpieczeństwa. Poprzednia nic spędzona przez niego na kanapie była czymś, czego nie chciał wspominać. Nie pierwszym i nie ostatnim momentem desperackiej próby ocknięcia się i wyrwania marom.
Gdy poprzedniego wieczoru powrócili do wspólnego łóżka, sen nadszedł niemalże samoistnie. Być może częściowo chodziło o wypity alkohol. On zawsze pozwalał na chwilę zapomnieć, odlecieć w krainę nieważkości, jednak przypisywanie tego przyjętym procentom byłoby czymś naprawdę żałosnym. W istocie nigdy nie chodziło o nie. Po nich i tak pojawiały się koszmary.
To była obecność nie tyle drugiego człowieka, co tej konkretnej, właściwej osoby. Jej ciepło i zapach. Miękkość ciała, uścisk ramion. Teraz starał się jej to dać na jawie. Usiłował sprawić, że dygotanie zniknie tak szybko jak się pojawiło. Przyciskał dziewczynę do siebie ignorując wszystko dookoła. Tylko ona miała teraz znaczenie.
- Będzie - odparł, starając się zabrzmieć tak jak ona wtedy, kiedy znaleźli się w może nie analogicznej, jednak na swój sposób podobnej sytuacji. - Jeszcze będzie pięknie, tak? - To też musiał jej teraz przypomnieć, nie zastanawiając się nad tym, czy we właściwy sposób zacytował tamte słowa, ale w gruncie rzeczy nawet nie starając się przywołać ich z pamięci.
Skupiał się jedynie na pierwotnym sensie tego, co mu wtedy powiedziała. Na brzmieniu tak, jakby w istocie nie tylko potrafił w to uwierzyć, lecz także właśnie to robił. Wierzył. Jakby w którymś magicznym momencie rzeczywiście postanowił dać wiarę tamtej wypowiedzi. Może nie być cholernie entuzjastycznym, nie emanować przesadną pewnością, bowiem w to zdecydowanie by mu nie uwierzyła, jednak dać Rinie poczucie, że miała wtedy rację a to on się mylił.
Próbował. Naprawdę próbował ją okłamać. Białe kłamstwo, tak? Coś, czego teraz od niego potrzebowała. Powoli kołysał ją w swoich ramionach, uważając na swoje naciągnięte i poobijane mięśnie a także na siniaki, które i ona sobie nabiła, przytrzymując ją w taki sposób, aby nie zadać jej jeszcze fizycznego bólu. Ten psychiczny, jaki ją ogarnął był wystarczająco paskudny.
Sam zaś starał się nie zaciskać zębów na ból obitej kości ogonowej ani na łupanie w krzyżu, utrzymując tak łagodny wyraz twarzy jak tylko mógł. Usiłował być. Być tak jak ona wtedy w nocy w salonie. Być - może nie mówić zbyt wiele, bo brakowało mu słów, ale wciąż znajdować się tuż przy niej.
Because no matter how long the night
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down